Newsletter

Terapia szokowa Gowina

Ustawa 2.0 dostosowuje szkolnictwo wyższe do wymagań rynku pracy, jednak przy jej wdrażaniu możemy zagubić inne ważne cele uczelni

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Duże instytucje i złożone systemy wolno adaptują się do zmian i często zostają kilka kroków za społeczeństwem. Taką instytucją jest uniwersytet, a systemem – szkolnictwo wyższe. Nagłe zmiany w potransformacyjnej Polsce, które wcale nie zwolniły trzydzieści lat po zmianie ustroju, mocno uderzają w akademię i jej skostniałe struktury. Dobrze, że podjęte zostały próby jej radykalnej reformy – jednak nie rozwiązują one wszystkich problemów.

W ciągu tych trzydziestu lat polskie szkolnictwo wyższe musiało zmierzyć się z kilkoma wyzwaniami, które bywały ze sobą nawzajem sprzeczne. W 1988 r. dyplomem ukończenia studiów wyższych legitymowało się tylko 6,5 proc. Polaków, czyli 1,8 mln obywateli. Dystans dzielący nas od krajów Zachodu był wówczas ogromny, i głównym celem szkolnictwa wyższego było jak najszybsze zasypanie tej luki. Z tego zadania system wywiązał się pozornie wzorowo: wg danych z Narodowego Spisu Powszechnego, w 2011 r. Polacy z wyższym wykształceniem stanowili już 17,5 proc. populacji, czyli było ich ponad 6,7 mln. Boom akademicki był niezaprzeczalny, przemiany podziwiano zarówno w kraju, jak i za granicą. Szczególnie szybko rozwijały się uczelnie prywatne. Część z nich nie wytrzymała próby czasu, silnej konkurencji i zmian demograficznych (obecnie na liście uczelni mających status „w likwidacji” są 54 szkoły, najczęściej założone między 1993 a 2004 r.). Po 2011 r. jednak rozwój ilościowy nie zatrzymał się (choć zwolnił w ostatnich latach – Badanie Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL) wskazuje, że w 2017 r. wśród Polaków było około 7,3 mln absolwentów wyższych uczelni). Wg danych OECD (z 2017 r. lub najnowszych dostępnych) pod względem odsetka osób w wieku 25-34, posiadających dyplom wyższej uczelni, Polska (z wartością 43,5 proc.) przebiła wiele krajów Zachodu – np. Hiszpanię (42,6 proc.), Finlandię (41,2 proc.), Austrię (40,3 proc.) i… Niemcy (31, 3 proc.). A jednak choćby wyniki Niemiec, uznawanych przez wielu ekspertów za najsolidniejszą gospodarkę w Europie, i Finlandii, stawianej od lat za przykład kraju wysoko innowacyjnego i jednego z najlepiej rozwiniętych pod względem edukacji skłaniają do refleksji: sam wzrost liczby absolwentów to za mało, by zbudować silne państwo i społeczeństwo radzące sobie dobrze w niestabilnym świecie.

Wyzwaniem, na które trafiło polskie szkolnictwo wyższe już wkrótce, było dostosowanie do potrzeb rynku pracy

Zacofane szkolnictwo wyższe

Drugim wyzwaniem, na które trafiło polskie szkolnictwo wyższe już wkrótce, było dostosowanie do potrzeb rynku pracy. Nadchodzącą katastrofę zapowiadało zejście się na początku XXI wieku kilku niekorzystnych zjawisk. Przedstawiciele wyżu demograficznego przełomu lat 70. i 80. masowo rozpoczynali studia, kryzys finansowy roku 1998 w Rosji spowodował daleko idące reperkusje na rynkach polskich, a dokańczany w bólach proces przekształcenia gospodarki z centralnie sterowanej w rynkową owocował kolejnymi upadłościami i zwolnieniami grupowymi. W efekcie zaczęła rosnąć liczba osób z wyższym wykształceniem wśród bezrobotnych i udział tej grupy wśród wszystkich bezrobotnych. W dużej mierze jest to związane z wzrostem odsetka osób z dyplomem w całej populacji Polaków, jednak problem pozostaje – o ile w 2002 r. zarejestrowanych bezrobotnych z wykształceniem wyższym było niecałe 69,5 tys., to w 2018 r. już ponaddwukrotnie więcej – niemal 150 tys. (apogeum miało miejsce w 2013 r., kiedy to w powiatowych urzędach pracy zarejestrowano niemal 260 tys. bezrobotnych z wyższym wykształceniem). Bezrobocie jednak nie jest najważniejszym problemem;  jak wskazywał dr Dominik Owczarek, studia przestały być furtką do awansu społecznego. Od dłuższego czasu mówi się o niedostosowaniu programów nauczania wyższych uczelni do potrzeb rynku pracy. Eksperci z Fundacji im. Lesława A. Pagi wyliczyli w 2015 r., że niedostosowanie struktury absolwentów do potrzeb rynku pracy rocznie kosztuje polską gospodarkę 12 miliardów złotych.

Z gospodarczego punktu widzenia problemem był jednak nie tylko sam rynek pracy. O ile lata 90. w dziedzinie gospodarki poświęciliśmy przede wszystkim ściąganiu inwestorów i zwiększaniu konkurencyjności przedsiębiorstw, to później – zwłaszcza po wejściu do Unii Europejskiej – dostrzeżono fatalną pozycję Polski w rankingach innowacyjności. Sama konkurencyjność (osiągana w polskim przypadku zwłaszcza niskimi cenami) nie wystarcza we współczesnym świecie, by wyrwać się z pułapki peryferyjności. Tymczasem już w 2012 r. ówczesna Strategia Rozwoju Kraju wskazywała na problem niskiej innowacyjności, za co w dużej mierze odpowiedzialna miała być słabość powiązań nauki ze sferą przedsiębiorczości. W ustawie z 1990 r., kształtującej system po okresie transformacji, mówiło się głównie o kształceniu i wychowywaniu studentów, prowadzeniu badań naukowych i niejasnym „rozwijaniu postępu technicznego”; dopiero dużo później jako zadanie uczelni wskazano współpracę z otoczeniem gospodarczym. Nauczyciele akademiccy, obciążeni dużą liczbą zajęć dydaktycznych i obowiązkami publikacyjnymi, nie mieli czasu na komercjalizację badań, a przede wszystkim nie byli przyzwyczajeni do takiego sposobu myślenia o nauce. Przez wiele lat żmudnie tworzono – przy wsparciu środków unijnych – system centrów transferu technologii, jednak naukowcy nie zawsze chcieli lub potrafili korzystać z tego wsparcia, nieraz preferując sprzedawanie stworzonych technologii bez pośrednictwa uczelnianych jednostek. Przerost biurokracji w administracji uczelnianej nie pomagał w dokonywaniu zmian – pełni entuzjazmu, elastyczni i otwarci pracownicy centrów transferu technologii (a później także spółek celowych uczelni) rozbijają się wielokrotnie o „twardą” administrację – kwestorów, kanclerzy i dziesiątki pracowników ich działów.

Już sześć lat temu Andrzej Maśnica w „Rzeczach Wspólnych” cytował Pierre’a Bourdieu, mówiącego o tym, że system edukacji staje się „instytucją służebną, poddaną logice sukcesu komercyjnego”

Na te wszystkie wyzwania odpowiadają reformy wprowadzone w Ustawie 2.0. Zaakcentowano mocniej współpracę uczelni z gospodarką, wprowadzono szereg nowych rozwiązań w tym zakresie, a nowa koncepcja uczelni zawodowych (i finansowania uczelni w ogóle) ma bezpośrednio lub pośrednio odpowiedzieć na potrzeby rynku pracy. Czy to wystarczy, by uznać reformę za optymalną?

 

Co z paideią?

 

Kwestie gospodarcze i „technokratyczne” to jednak nie koniec wyzwań dla systemu szkolnictwa wyższego.  Należy bowiem zadać sobie elementarne pytanie o cele akademii. Podstawowym dylematem dla szkolnictwa wyższego jest znalezienie równowagi między ideą paidei, klasycznego wychowywania mającego na celu ukształtowanie obywatela posiadającego elementarny zasób wiedzy ogólnej, osadzonego w narodowej kulturze i kierującego się cnotami – a kształceniem odpowiadającym na bieżące potrzeby pragmatyczne (rynek pracy, zawód itp.). Już sześć lat temu Andrzej Maśnica w „Rzeczach Wspólnych” cytował Pierre’a Bourdieu, mówiącego o tym, że system edukacji staje się „instytucją służebną, poddaną logice sukcesu komercyjnego”. Wiele lat później, przy okazji Ustawy 2.0, „Krytyka Polityczna” pisała o „neoliberalnym zamachu na naukę”, któremu sprzyjać mają systemy ewaluacji (zyskujące na znaczeniu w przypadku Konstytucji dla Nauki). Głosy podobnej krytyki rozlegały się także po prawej stronie sceny politycznej.

W istocie technokratyczne podejście do rozwoju nauki wiąże się z wieloma problemami. Największe wątpliwości budzi zaproponowany w ustawie podział uczelni na akademickie i zawodowe na podstawie ewaluacji, dokonywanej przez Komisję Ewaluacji Nauki. Efektem tego procesu będzie przyznanie uczelniom oceny (w skali od najlepszej A+ poprzez A, B+ i B do najsłabszej C). Jeżeli szkoła wyższa w danej dziedzinie nauki otrzyma ocenę niższą niż B+, nie będzie mogła wejść do grupy uczelni akademickich, a to oznacza, że w tym zakresie nie będzie miała uprawnień do nadawania stopnia doktora i doktora habilitowanego, nie będzie mogła prowadzić szkół doktorskich, a wymogiem wobec niej będzie prowadzenie kształcenia uwzględniającego potrzeby otoczenia społeczno-gospodarczego. Rozwarstwienie będzie jeszcze większe, gdyż 10 najlepiej ocenionych uczelni może także otrzymać na sześć lat dodatkowe 10 proc. subwencji w ramach programu „Inicjatywa doskonałości – uczelnia badawcza”. Krytycy twierdzą, że oznaczać to będzie śmierć humanistyki na uczelniach peryferyjnych. Kroki podjęte przez ministra Gowina w istocie stanowią terapię szokową. Małgorzata Kowalska pisze, że najlepsi fachowcy przeniosą się z prowincji do kilku elitarnych uczelni, a zgromadzony kapitał intelektualny i infrastrukturalny zostanie w dużej mierze zmarnotrawiony, co prowadzić będzie do jeszcze większej marginalizacji regionów i miejscowości peryferyjnych.

Dobrze, że podjęto wyzwania, ale…

To jest jednak tylko jedna strona medalu. Aby dokonać wyważonej oceny, należy wziąć pod uwagę kontekst zmian. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego pod kierownictwem Jarosława Gowina podjęło jedno z najważniejszych wyzwań, o którym mówiło się od wielu lat w środowisku naukowym – wyzwanie finansowania uczelni. W ostatnich kilkunastu latach nie było chyba konferencji dotyczącej szkolnictwa wyższego, na której nie krytykowano by systemu finansowania, w którym środki zależą w dużej mierze od liczby studentów. Zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, logika przedgowinowskiej akademii, w gruncie rzeczy nie mniej komercyjna niż ta przedstawiona w Ustawie 2.0 („pieniądze idą za studentem”), faktycznie prowadziła do masowego kształcenia ludzi na kierunkach, nieprzygotowujących do życia zawodowego. W ten sposób stworzono masy prekariuszy z wyższym wykształceniem, wykonujących prace odległe od wyuczonej, za bardzo niskie wynagrodzenia (np. anegdotycznych już socjologów, sprzedających hamburgery). Problemem nie są tylko same kierunki, ale także jakość nauczania, niejednokrotnie bardzo niska i bardzo trudna do skontrolowania.

Pozytywnie należy ocenić podjęcie wyzwania, z którym wiele kolejnych rządów nie chciało się zmierzyć. Z zaproponowanymi rozwiązaniami ewaluacyjnymi wiążą się jednak pewne problemy, na które trzeba zwrócić uwag już teraz, żeby z odpowiednim wyprzedzeniem móc na nie odpowiedzieć. Wg Ustawy 2.0 (art. 267), ewaluacja opierać się będzie na trzech podstawowych kryteriach (poziom naukowy lub artystyczny prowadzonej działalności, efekty finansowe badań naukowych i prac rozwojowych oraz wpływ działalności naukowej na funkcjonowanie społeczeństwa i gospodarki). Częściowo gubi się w tej sytuacji rola uczelni we wzmacnianiu potencjału miast i regionów, rola kulturotwórcza, w tym wspomniany ideał paidei. Zwolennicy ustawy odpowiedzą – w dużej mierze słusznie – że po pierwsze ideał ten jest nieuchwytny i nie poddaje się wymiernym wskaźnikom, a po drugie wątpliwe, w jakim stopniu faktycznie działające na dotychczasowych zasadach uczelnie kształtowały świadomego obywatela, jego wiedzę i cnoty. Oczywiście diabeł tkwi w szczegółach, i dlatego niezwykle istotny jest ostateczny kształt rozporządzenia w sprawie ewaluacji jakości działalności naukowej (w sierpniu br. przeprowadzone zostały jego konsultacje publiczne, jednak wyniki konsultacji nie zostały jeszcze opublikowane na stronie Rządowego Centrum Legislacyjnego – w debacie publicznej ostatnio obecny był przede wszystkim temat podziału dziedzin i dyscyplin naukowych). Niebezpieczeństwo polega przede wszystkim na zamianie jednej patologii na drugą. O ile dotychczas problemem była „punktoza” – skupienie na liczbie publikacji, o tyle w nowej ustawie na ocenie zaważy przede wszystkim prestiż czasopism i wydawnictw, w których naukowcy będą publikować. Z jednej strony pomoże to w ograniczeniu masowego tworzenia publikacji niskiej jakości, z drugiej należy pamiętać, że dotarcie do prestiżowego czasopisma nie zależy jedynie od poziomu publikacji, ale także od dotychczasowej współpracy, własnych kanałów dotarcia do czasopism. Naukowcy pracujący na już silnych uczelniach mają przetarte szlaki i nieraz większe szanse niż młody pracownik prowincjonalnej uczelni, nawet jeśli jego artykuł jest na wysokim poziomie naukowym.

Pozytywnie należy ocenić podjęcie wyzwania, z którym wiele kolejnych rządów nie chciało się zmierzyć. Z zaproponowanymi rozwiązaniami ewaluacyjnymi wiążą się jednak pewne problemy, na które trzeba zwrócić uwagę już teraz

Sprowadzenie oceny do parametryzowanych rankingów także może prowadzić do zabetonowania obecnej „sceny” szkolnictwa wyższego. W recenzowanej przeze mnie książce „Broń matematycznej zagłady” Cathy O’Neil wskazuje na niebezpieczną „pętlę informacji zwrotnej” – studenci i naukowcy unikają uczelni, które znajdują się na niskim poziomie rankingów, a to z kolei powoduje dalsze obniżanie się ich poziomu – w efekcie sytuacja tych, którzy już na starcie reformy są na wysokim poziomie, nie ulegnie zmianie, zaś uczelnie słabsze mają duże problemy z rozwojem. Pozostaje tu rzecz jasna otwarte pytanie o to, czy i kiedy faktycznie należy rozwijać coś, co już słabo się zapowiada.

Publikacje nie wystarczą

Krok naprzód w dziedzinie szkolnictwa wyższego był niewątpliwie niezbędny. Należy docenić próbę wyjścia z pułapki dotychczasowego systemu finansowania. I choć praca nad Ustawą 2.0 trwała długo i wypracowano wiele ważnych rozwiązań, to konieczne będą dalsze korekty kursu. Wymagają one dalszego, głębokiego namysłu nad ideą uniwersytetu i powrotu do idei akademii jako zewnętrznie elitarnej, a wewnętrznie demokratycznej wspólnoty kształtującej obywateli przez artes liberales, jednocześnie zapewniającej odpowiednią jakość nauczania i – przynajmniej częściowo – umożliwiającej zdobycie kwalifikacji zawodowych. Niebezpieczeństwem jest możliwa degradacja części uczelni do roli stricte technokratycznej, dającej zmierzyć się, w duchu New Public Management, zestawem wskaźników. Trzeba pamiętać, że wpływu społecznego uczelni na otoczenie, nie da się zmierzyć liczbą publikacji w najlepszych podręcznikach ani przychodami z komercjalizacji wyników badań naukowych. Należy podjąć refleksję nad możliwością przynajmniej częściowego uwzględnienia w ewaluacji kwestii związanych ze specyfiką danej uczelni i jej otoczenia, potencjałem kulturotwórczym, wzmacnianiem regionów i zachowaniem dotychczasowego dobytku. W miarę możliwości nie należy przy tym rezygnować z większego otwarcia na gospodarkę i dostosowania do potrzeb rynku pracy, choć niekoniecznie zorientowanie na ten ostatni cel musi odbywać się w toku studiów. Należałoby raczej stworzyć dla studentów możliwości równoległego do głównego kursu studiów, fakultatywnego zdobywania praktycznych umiejętności potrzebnych na współczesnym rynku pracy, gdyż, jak dowodzi praktyka, uczelnie – przynajmniej w polskich warunkach finansowego niedostatku – na dłuższą metę nie mogą pełnić wszystkich swoich funkcji równie efektywnie.

Choć praca nad Ustawą 2.0 trwała długo i wypracowano wiele ważnych rozwiązań, to konieczne będą dalsze korekty kursu

Faktycznie, jak wskazywałem w pierwszej części artykułu, przez dłuższy czas celem polityki rynku pracy (a więc i powiązanej z nią polityki szkolnictwa wyższego) było zniwelowanie bezrobocia, także przez dostosowanie programów nauczania do potrzeb rynku pracy. I temu celowi nowa ustawa sprosta. Rzecz jednak w tym, że bezrobocie spadło, pojawiają się ciągle nowe wyzwania, a stare – w tym wyzwanie paidei – pozostają w mocy. Abyśmy nie obudzili się w świecie doskonale wyspecjalizowanych pracowników – ludzkich robotów, pozbawionych elementarnej wiedzy ogólnej i zestawu cnót, koniecznego do dobrego kształtowania społeczeństwa, trzeba na te wyzwania odpowiadać. Reformy są potrzebne, ale publikacje w prestiżowych czasopismach to za mało.