Newsletter

Samorządowa trzecia siła

Trzecia siła w samorządach nie jest politycznym monolitem – tworzą ją sejmikowe reprezentacje PSL, lewicy i ugrupowań regionalnych oraz prezydenci miast o różnym rodowodzie. Jaką odegra rolę w wyborach?

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

W ostatnich wyborach sejmikowych na dwie główne partie polityczne padło niewiele ponad 53 proc. głosów. Cztery lata wcześniej – o jeden punkt procentowy więcej. Co ciekawe, w 2006 roku wynik ten był niemal identyczny – niewiele ponad 52 procent. Nawet w grupie największych miast rządzili niezależni prezydenci, z którymi kandydaci PO i PiS przegrywali. W miastach średnich niezależni byli siłą dominującą. Czy wybory 2018 odwrócą ten trend i okaże się, że największym przegranym będą „pozostali”, nieuczestniczący w walce między PO a PiS kandydaci i ich ugrupowania? Czy też samorządowa trzecia siła utrzyma swój stan posiadania, psując wizerunek Polski podzielonej na dwa obozy?

Symbolem tej kampanii samorządowej będzie bez wątpienia pojedynek Rafała Trzaskowskiego z Patrykiem Jakim. Nie tylko dlatego, że jego stawką jest urząd prezydenta stolicy, a uwaga mediów i polityków od lat jest szalenie warszawocentryczna. Także dlatego, że obu głównym siłom udało się znaleźć kandydatów, reprezentujących niemal idealnie wszelkie stereotypy na temat walczących ze sobą obozów. Zarówno pozytywne, jak i negatywne.

Samodzielne rządzenie to coś, co poza województwami podkarpackim (PiS) i pomorskim (PO) dotychczas było dla głównych partii niedostępne

Trzaskowski i Jaki stanowią wygodny punkt odniesienia dla mediów redukujących konflikt do podziału PO-PiS. W razie czego można jeszcze pokazać kampanię krakowską, gdzie rzecz rozgrywa się między Jackiem Majchrowskim a Małgorzatą Wassermann. Ale już w większej grupie miast – gdy uwzględnimy Gdańsk czy Szczecin – widoczne są wyjątki od reguły. W tych dwóch ośrodkach pojawia się bowiem trzeci bardzo silny kandydat ubiegający się o prezydenturę bez poparcia PO czy PiS. Trzecia siła w samorządach to zatem niekoniecznie kandydaci antysystemowi, tacy jak Jan Śpiewak w Warszawie czy Rafał Górski w Łodzi, ale często także bardzo mocni urzędujący prezydenci – jak Piotr Krzystek czy Paweł Adamowicz.

Czy zatem w wyborach samorządowych 2018 dojdzie do realnej dominacji dwóch ogólnopolskich potęg – Koalicji Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości, czy też samorządowa trzecia siła utrzyma swój stan posiadania? Pierwszą informację na ten temat poznamy zapewne wkrótce po wyborach, gdy okaże się, czy połączony wynik dwóch największych ugrupowań jest wyraźnie wyższy niż w trzech ostatnich kampaniach sejmikowych. Drugą – gdy dowiemy się, ilu kandydatów PO lub PiS przepadło w pierwszej turze. Z resztą wyników i ocen przyjdzie poczekać do drobiazgowej analizy wyników głosowania na poziomie miast, gmin wiejskich i powiatów.

Sejmiki dla wybranych

Walka o sejmiki rozegra się tylko na pierwszy rzut oka między KO a PiS. Tak naprawdę, decydujące znaczenie będą miały także wyniki tych partii, z którymi KO lub PiS będą mogły zawrzeć większościowe koalicje. Przede wszystkim – głównego koalicjanta PO z poprzedniej kadencji, PSL, ale także – przynajmniej w kilku województwach – SLD. Dla pozostałych ugrupowań wybory sejmikowe mogą okazać się za trudne. Po pierwsze dlatego, że nie mają tak rozbudowanych jak PSL czy SLD struktur i odpowiednio „zsieciowanego” zaplecza politycznego na poziomie lokalnym. Po drugie – dlatego, że działają przeciwko nim formalne reguły sejmikowej rywalizacji.

Wybory sejmikowe są – wbrew pozorom – trudniejsze od tych parlamentarnych. Choć do obsadzenia są 552 mandaty, to rywalizacja odbywa się nie w 41 – jak w Sejmie – a w 85 okręgach. A zatem średnia liczba mandatów przypadająca na okręg wynosi 6,5, podczas gdy w Sejmie – 11,2. W wyborach sejmowych w najmniejszym okręgu wyborczym z siedzibą w Częstochowie wybiera się 7 posłów. Oprócz tego istnieją cztery okręgi ośmiomandatowe, dziewięć dziewięciomandatowych. W pozostałych 27 okręgach wybiera się 10 lub więcej posłów.

W wyborach do sejmików 25 z 85 to okręgi pięciomandatowe, a dalsze 23 – sześciomandatowe. A zatem ponad połowa to okręgi mniejsze, jeśli chodzi o liczbę mandatów, od najmniejszego okręgu sejmowego. Tylko w trzech okręgach sejmikowych wybiera się 10 lub więcej radnych. Co więcej – tam, gdzie do Sejmu wybiera się największą liczbę posłów – czyli w okręgu wyborczym Warszawa (20 mandatów), tam do sejmiku województwa mazowieckiego utworzono trzy małe, pięciomandatowe okręgi. A zatem mniejsze partie, które mają spore szanse na zdobycie w Warszawie mandatu w wyborach parlamentarnych, muszą się obejść smakiem, gdy chodzi o te sejmikowe. Inne duże miasta na prawach powiatu nie uległy takim podziałom jak Warszawa, ale i w nich wybiera się 9 (Łódź), 8 (Kraków, Wrocław) lub mniej radnych. Można zatem powiedzieć, że zdobycie mandatu przez mniejsze partie jest trudniejsze.

Jedynym wyjątkiem od tej reguły – a zatem typem ugrupowania, któremu w wyborach sejmikowych jest łatwiej – są partie regionalne. W wyborach 2014 roku były to Mniejszość Niemiecka na Opolszczyźnie, Ruch Autonomii Śląska w województwie śląskim, Bezpartyjni Samorządowcy na Dolnym Śląsku oraz listy regionalne z lubuskiego, wielkopolskiego i zachodniopomorskiego. Ten typ trzeciej siły odgrywał zresztą istotną rolę w tworzeniu koalicji rządzących w trzech województwach Śląska (dolnośląskim, opolskim i śląskim) i wiele wskazuje, że w roku 2018 sytuacja się powtórzy – zwłaszcza że samodzielne rządzenie to coś, co poza województwami podkarpackim (PiS) i pomorskim (PO) dotychczas było dla głównych partii niedostępne. I to nawet pomimo faktu, że poparcie nieco ponad połowy wyborców dla PO i PiS przekładało się na siłę blisko dwóch trzecich mandatów. Kluczowe pytanie wyborów sejmikowych dotyczy zatem tego, jaki odsetek głosów dostaną najsilniejsze obok PiS i PO struktury partyjne: PSL i SLD. Choć poparcie dla ludowców było ostatnio zawsze wyższe niż dla postkomunistycznej lewicy, to w latach 2006 i 2010 różnica ta była niewielka, a w roku 2014 – kilkunastopunktowa. Dla tych dwóch ugrupowań wybory sejmikowe będą zresztą kluczową okazją do wzmocnienia swojej pozycji na scenie ogólnopolskiej przed następnymi odcinkami wyborczego serialu. Pozostali – Kukiz, Razem i Korwin – mogą te wybory przegrać bez straty dla swoich politycznych pozycji.

Prezydenci dogadani i niedogadani

Nie mniej istotne dla wyników rywalizacji samorządowej są duże i średnie miasta. Nie tylko ze względu na fakt, że jednoosobowa władza prezydenta pozostaje nadal bardzo silna. Także dlatego, że miasta te mają niejednokrotnie budżety wyższe od samorządu wojewódzkiego, a zarazem pozostają potężnym pracodawcą.

Choć w programach ogólnopolskich telewizji mówić się będzie przede wszystkim o spektakularnych pojedynkach kandydatów PiS i Koalicji Obywatelskiej, to realny wynik zmagań w miastach prezydenckich będzie znacznie bogatszy i ciekawszy

Tu jednak – inaczej niż w sejmikach – nie decydują jedynie partyjne szyldy. Obok kandydatów startujących pod szyldem partyjnych, mamy też takich, którzy swoją afiliację partyjną przykrywają nazwą lokalną lub wykorzystującą nazwisko lidera. Mamy też takich, którzy – jak prezydent Katowic Marcin Krupa czy prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc – „dogadali się” z dużymi blokami, zachowując nie tylko formalną niezależność. Takie dogadanie ma znaczenie, bo zwalnia dużą partię z konieczności wystawienia własnego kandydata, a urzędującemu prezydentowi daje szanse na dodatkowe głosy w pierwszej turze.

Odwrotna sytuacja to zerwanie dotychczasowego wsparcia, z czym mamy do czynienia np. w Gdańsku, gdzie Paweł Adamowicz nie uznał decyzji Platformy Obywatelskiej wskazującej prezydencką kandydaturę Jarosława Wałęsy. To nie pierwszy taki przypadek, w którym prezydenci wybrani z poparciem Platformy z czasem się od tej partii uniezależnili.

Inny przypadek to sytuacja, w której prezydent wywodzi się z lewicy i albo utrzymał dobre relacje z SLD, albo też po prostu nie dogadał się z Koalicją Obywatelską PO i Nowoczesnej. Z takim przypadkiem mamy do czynienia w Częstochowie (Krzysztof Matyjaszczyk), Zielonej Górze (Janusz Kubicki) i kilku innych miastach prezydenckich.

Warto wreszcie wskazać na kandydatów niedogadanych z ani z PO ani z PiS, a nie będących urzędującymi prezydentami. Przykładem takiej sytuacji, jest kandydatura Janusza Okrzesika w Bielsku-Białej. Cztery lata temu Okrzesik przegrał z urzędującym od 2002 roku prezydentem miasta Jackiem Krywultem w drugiej turze. W 2018 Krywult nie kandyduje, a swojego poparcia udzielił kandydatowi PO. Takich szans pojawia się zresztą w mniejszych miastach prezydenckich więcej.

Zatem, choć w programach ogólnopolskich telewizji mówić się będzie przede wszystkim o spektakularnych pojedynkach kandydatów PiS i Koalicji Obywatelskiej, realny wynik zmagań w miastach prezydenckich będzie znacznie bogatszy i ciekawszy. Epoka wielkich triumfów prezydentów bezpartyjnych zapewne dobiegła końca, a jednak nadal możliwe są dotkliwe porażki wielkich partii. Samorząd nie stanie się jesienią tego roku dwukolorowy.

Trzecia siła na scenie ogólnopolskiej

Trzecia siła w samorządach nie jest jak widać żadnym politycznym monolitem – tworzą ją sejmikowe reprezentacje PSL, lewicy i ugrupowań regionalnych oraz prezydenci miast o bardzo różnym rodowodzie. Od startujących kiedyś w barwach SLD Jacka Majchrowskiego czy Tadeusza Ferenca, przez związanych kiedyś z Platformą jak Piotr Krzystek, aż po centroprawicę reprezentowaną m.in. przez prezydenta Lubina Roberta Raczyńskiego.

Walka o status trzeciej siły na scenie ogólnopolskiej rozegra się niemalże w oderwaniu od wyników kampanii samorządowej

Prawdopodobnie zatem dobre lub złe wyniki samorządowców niedogadanych z PiS i PO lub kandydujących z list innych partii i ugrupowań lokalnych pokażą nam raczej skalę polaryzacji wyborców niż potencjalnych twórców skutecznej trzeciej siły w skali ogólnopolskiej. Nawet bowiem inicjatywa najsilniejszych prezydentów, którzy w 2011 roku wystawili listę Obywatele do Senatu, nie skończyła się sukcesem. Podobnie zresztą znakomite wyniki PSL w kolejnych kampaniach sejmikowych nie przekładały się na podobne poparcie tej partii w wyborach parlamentarnych.

Walka o status trzeciej siły na scenie ogólnopolskiej rozegra się zatem niemalże w oderwaniu od wyników kampanii samorządowej. Oczywiście – znakomity, dwucyfrowy wynik SLD bardzo wzmocniłby tę partię w czekającej ją rywalizacji z projektem Roberta Biedronia. Z pewnością też wprowadzenie radnych do kilku sejmików poprawiłoby notowania list Kukiz’15. Ale jesienią tego roku nic na scenie politycznej nie zostanie przesądzone. Decydujący będzie rok 2019. Rywalizacja na lewicy nie rozstrzygnie się przed wyborami europejskimi, a o losie ugrupowań takich jak Kukiz’15 czy Wolność przekonamy się ostatecznie dopiero w wyborach sejmowych.