Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Samooszustwo blokuje Polskę

Uznanie przez naszą elitę faktu, że Rzeczpospolita jest krajem peryferyjnym oszczędziłoby nam wiele sił, złudzeń, zbędnych dyskusji. Co więcej, taka konkluzja mogłaby się stać źródłem siły

Uznanie przez naszą elitę faktu, że Rzeczpospolita jest krajem peryferyjnym oszczędziłoby nam wiele sił, złudzeń, zbędnych dyskusji. Co więcej, taka konkluzja mogłaby się stać źródłem siły

Konstatacja taka umożliwiłaby również inne myślenie o własnych zasobach, mogąc stać się swego rodzaju intelektualnym kołem zamachowym rozwoju. Samo uznanie peryferyjności własnego kraju oczywiście nie wystarczy. Jeżeli nie będzie połączone z próbą odwrócenia obecnego centralistyczno-hierarchicznego modelu funkcjonowania polskiej elity, nie będzie możliwa sensowna „gra peryferyjnością”, polegająca na zmierzeniu się w sposób twórczy z kondycją własnego państwa i rolą, jaką odgrywa i może odgrywać w Europie. Wąska centralna elita pełniąca rolę pośrednika między centrami rozwoju a „krajem pochodzenia” czuje bowiem, że dotąd może być beneficjentem tej roli, dokąd ukryty pozostaje sam peryferyjny status kraju.

Czekając na dwie rewolucje

I choć nie potrafię przewidzieć ani pożądanej ani możliwej sekwencji zdarzeń, to uważam, że istnieje ścisły związek między uznaniem wspomnianej wyżej „gry peryferyjnością” za podstawowe zadanie obecnej generacji polskich elit a poszerzającą jej szeregi i intelektualny potencjał rewolucją, która zniszczy mentalny i instytucjonalny centralizm. Jeżeli bowiem szczegóły polskiej peryferyjności będą podlegały negocjacjom z szeroką i policentryczną elitą, to będzie to korzystniejsze niż dotychczas, gdy partnerem rozmów była wąska elita centralna.

Obie zmiany – ta polegająca na uznaniu peryferyjnego statusu Polski jako punktu wyjścia do dalszej gry i ta, która obali centralistyczny model funkcjonowania elit – mają przede wszystkim charakter rewolucji umysłowych. To nie znaczy, że są łatwiejsze od tych instytucjonalnych, bo narzędzia obrony językowego i intelektualnego status quo są dostatecznie sprawne, by zablokować jakiekolwiek zmiany. Zwłaszcza, gdy wytłumaczy się pretendentom do roli elit, że status peryferyjny uwłacza ich godności, że odbiera prawomocność ich karierom i jest wyrazem psychicznej frustracji.

Wąska centralna elita pełniąca rolę pośrednika między centrami rozwoju a „krajem pochodzenia” czuje, że dotąd może być beneficjentem tej roli, dokąd ukryty pozostaje sam peryferyjny status kraju

Tymczasem w peryferyjności nie chodzi o symbole, poczucie „zapóźnienia” czy cywilizacyjną „gorszość”. Polską peryferyjność wyznacza nie poziom dochodu narodowego, ale fakty trudniejsze do szybkiej zmiany, choćby struktura własności banków i mediów, czy fakt, że korzystanie ze środków europejskich jako głównego źródła inwestycji jest formą rozwoju zależnego. Długofalowymi skutkami tej nieuświadomionej peryferyjności jest abdykowanie z tworzenia własnych strategii rozwojowych, życie na koszt przyszłych pokoleń, zgoda na korozję kluczowych instytucji publicznych – np. wymiaru sprawiedliwości, edukacji, szkolnictwa wyższego (szerzej pisałem o tym w tekście „Peryferyjność – wyzwanie czy fatum?”).

Większa część elity funkcjonuje udając, że tego nie widzi, że są to sprawy drugorzędne. Docenia szczególnie te aspekty peryferyjności, które gwarantują jej nie tylko wzrost osobistego dostatku, ale też bardzo silną pozycję wewnątrz kraju. Mniejsza część elity – niesłusznie utożsamiana z opozycją – żyje w nadziei zmiany sposobu rządzenia, który będzie wyrażał bardziej podmiotowe stanowisko Polski, przede wszystkim w sferze symbolicznej. Bohaterem tej drugiej części był węgierski premier Viktor Órban. Był dopóki słuchano bardzo ogólnych deklaracji „antykolonialnych” i w typowy dla nas sposób nie zadawano pytania o cenę takiej polityki. Kiedy okazało się, że status państwa peryferyjnego pozwala na jedynie rozgrywanie alternatywnych wariantów sojuszu z silnymi tego świata – fascynacja Órbanem zmalała.

Narkotyk głupiej polityki

Najpoważniejszym sposobem demobilizacji elity, jej aspiracji do kontrolowania spraw publicznych, poczucia odpowiedzialności za instytucje itp. stał się w ostatniej dekadzie narkotyk głupiej polityki. W prywatnych rozmowach wielu ludzi należących do elit dostrzega degradację tej sfery, ale w wypowiedziach publicznych uważa za swój obowiązek albo „chronić Polskę przed Kaczyńskim”, albo „dawać świadectwo prawdzie o nikczemności rządów Tuska i PO”. Publiczne stanowiska obu części elity uległy wskutek tego daleko idącej prymitywizacji, a one same pozbawiły się roli recenzenta działań władzy.

Skutkiem tego współczesnym polskim elitom brakuje sposobu pożytecznego oddziaływania na sprawy publiczne. W stopniu drastycznym brakuje go najmłodszej generacji tych elit. Starsze albo zajęły wpływowe miejsca w państwowo-społecznej hierarchii, albo przynajmniej wypracowały sobie jakieś namiastki wpływu. Ukształtowały postawy i pozy stwarzające pozór uczestnictwa w sporze o Polskę bez konieczności konfrontowania swoich stanowisk z nowymi zjawiskami społecznymi, gospodarczymi czy politycznymi. Zakonserwowały status quo z roku 2007, a to sprawia, że ci, którzy pojawili się w życiu publicznym po tej dacie mogą co najwyżej zająć pozycje na marginesach wielkiego, narkotycznego sporu.

Sporu, który jednak powoli wyczerpuje swoje możliwości. Gra o władzę – nawet tę niewielką i pozorną – może być dzięki osobowości głównych aktorów fascynująca bądź nudna. Walka o prezydenturę między Wałęsą a Kwaśniewskim, czy Kaczyńskim a Tuskiem była spektaklem bardziej emocjonującym niż wskazywałaby na to ustrojowa stawka, o którą się zmagano. Dziś nawet ten pozór prawdziwej polityki, jakim jest spór między odmiennymi stanowiskami, rywalizacja ciekawych osobowości – został nam odebrany.

Można nad tym ubolewać, ale można też potraktować ten moment gorzkiej prawdy, jako okazję do powtórzenia poważniejszej tezy na temat polskiej polityki. Jest ona jałowa nie tylko ze względu na omawiane w mediach treści, nie tylko ze względu na słabe przygotowanie merytoryczne partyjnych elit, ale ze względu na to, że całkowicie abstrahuje od na poły peryferyjnego statusu Polski. Dziś nawet zdeklarowani wrogowie „establishmentu” czy „mainstreamu” nie są w stanie uznać faktu, że to status peryferii określa nasze możliwości jako państwa a zarazem wykreśla inny, niż rozgrywany między PO a PiS, sensowny spór. Spór, którego treścią mogłyby stać się działania na rzecz konkurencyjności gospodarki i eksportu, kluczowe strategie publiczne, pomysł na rozwój (uwzględniający zarówno rolę kilku metropolii, jak i kilkudziesięciu średnich miast), czy dostosowana do dających się uruchomić zasobów koncepcja miejsca Polski w Europie.

Ostatni rok sprawia, że ten peryferyjny status stał się niemal oczywisty w sferze polityki wschodniej. Nie wiem, jak długo można słuchać debat o tym, co należy zrobić w kwestii wojny rosyjsko-ukraińskiej w sytuacji, gdy coraz bardziej pewne jest, że nie zrobimy w tej sprawie niczego istotnego. Nawet w sferze wewnętrznej i symbolicznej – Jarosław Kaczyński nie przyjdzie na Radę Bezpieczeństwa Narodowego, a Ewa Kopacz nie przeprowadzi konsultacji międzypartyjnych w sprawie poważniejszej niż budżety partycypacyjne w samorządach. Zresztą może i dobrze, bo efektem takiego szczytu mogłaby stać się kolejna inicjatywa palenia światełek w oknach czy przypinania niebiesko-żółtych kokardek.

Postawmy ten sam problem z innej strony. O czym świadczą – w kontekście sytuacji na wschodzie Europy – decyzje o postawieniu na czele rządu Ewy Kopacz (choć może rozsądne byłoby powierzenie jej steru partii), czy oddaniu MSZ Grzegorzowi Schetynie? Albo Tusk nie zna się na ludziach (w co wątpię) albo wie doskonale, że te decyzje nie będą miały kluczowego znaczenia w sprawie tak poważnej jak konflikt zbrojny między dwoma naszymi sąsiadami. Moment na eksperymenty i gry personalne – którymi Tusk raczył nas już wielokrotnie od 2007 roku, by przypomnieć choćby nominacje Grabarczyka czy Muchy w resortach leżących poza zakresem ich kompetencji – minął. Jednak nie tylko lider Platformy ten fakt przegapił.

Polska elita polityczna tak dalece przyzwyczaiła się do roli konsumentów pomyślnej koniunktury międzynarodowej, że zapomniała iż status państwa peryferyjnego – nawet średniej wielkości – oznacza, że nie ma ono większego wpływu na to, czy przypada mu w udziale los beneficjenta sytuacji międzynarodowej czy też – jej ofiary. Obecna generacja polityków zaufała swoim życiorysom – ludzi, którzy „pokonali komunizm” – tak dalece, że zapomniała o twardych prawach rządzących statusem krajów tej części Europy od trzystu lat.

Inna elita ?

Polityka jest dziś w Polsce zbyt słaba, zbyt zależna od sondaży, koniunktur gospodarczych oraz oczekiwań własnego zaplecza, by określać trwałe i długofalowe cele. Abdykacja elity z roli recenzenta władzy doprowadziła do daleko idącego zaniżenia standardów. Politycy mogą ostentacyjnie lekceważyć jej opinie, krytyczne wypowiedzi, nawet dobre rady. Tę utratę roli recenzenta wzmocnił jeszcze centralistyczno-hierarchiczny model, jaki przyjęła elita po okresie rządów PiS. Ten centralizm oznacza, że w debacie publicznej uczestniczy w poważny sposób niewielki i łatwy do „ogarnięcia” krąg osób. Przewidywalność wypowiedzi stała się swego rodzaju przepustką do programów telewizyjnych, czy na łamy „prasy tożsamościowej” (obu stron sporu).

Kręgi opiniotwórcze stają się zakładnikiem prostej roli: dolewania oliwy do ognia w sporze na osi PiS-PO oraz legitymizowania obecnej nieuświadomionej peryferyjności jako „najlepszego okresu w historii Polski”. Tymczasem gra peryferyjnością (a nie sama peryferyjność!) wymaga istnienia elity posiadającej realny wpływ na sprawy publiczne i nie uwikłanej w bieżące gry polityczne, medialne czy biznesowe.

Szansą na zmianę postawy elit jest z jednej strony zmiana pokoleniowa, która będzie – z naturalnych przyczyn – postępować dość wolno, oraz obalenie scentralizowanego modelu funkcjonowania, które może przebiegać względnie szybko, a nawet gwałtownie. Jestem przekonany, że gdyby w każdym mieście aspirującym do statusu metropolii wydawano poważny dziennik i jeden tygodnik opinii, nie mielibyśmy ciągłego międlenia czterech czy pięciu abstrakcyjnych tematów, którymi żyje niewielki krąg zawodowych komentatorów wszystkiego: od skandali obyczajowych do trendów globalnych, byle nie były to sprawy istotne dla polskiego Interioru.

Specjaliści ci uważają, że można nazwać Sosnowiec miastem śląskim, a o Bytomiu powiedzieć, że liczy sobie kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców, bo to nie są sprawy ważne. Ważne jest to, jakich słów użył Stefan Niesiołowski, jak odpowiedziała mu Beata Kempa. Ważne jest to, że jeden z kandydatów na prezydenta nie wie jak nazywa się szef ONZ, a nieważne jest to, co wie na temat realiów życia w jednym z biedniejszych polskich województw.

Głębokie zerwanie z centralizmem polega oczywiście na poważniejszych zmianach instytucjonalnych, czy nawet infrastrukturalnych. By stało się możliwe konieczne jest jednak poważne zakwestionowanie centralizmu mentalnego. Centralizmu, który sprawia, że w obdarzony najwyższym autorytetem organ sądowniczy „nie uznaje” narodowości śląskiej, wbrew apolitycznej deklaracji 800 tys. obywateli wyrażonej w spisie powszechnym.

Podobnie – poglądem zgubnym jest obawa, że samorządowe województwa „odpadną od Polski”. Na razie dość lekkomyślnie odpada od niej zachwycona sobą Warszawa, ostentacyjnie lekceważąca problemy „reszty kraju”. Złudzenia centralizmu są dziś jedną z najsilniejszych barier rozwojowych utrudniających wykorzystanie tego co nowa moda nazwała „kapitałem ludzkim”, branie pod uwagę innych niż etatystyczny punktów widzenia, wzmacniania argumentów nie należących do logiki określanej przez polityczne i gospodarcze centra współczesnego świata.

Głębokie zerwanie z centralizmem polega oczywiście na poważniejszych zmianach instytucjonalnych, czy nawet infrastrukturalnych. By stało się możliwe konieczne jest jednak poważne zakwestionowanie centralizmu mentalnego

Ta inna, nowa elita to zmiana nie tylko personalna  (więcej osób młodych, szeroka reprezentacja dużych i średnich ośrodków),  ale również zasadnicza rewizja pomysłu na własną funkcję. W historii Polski żadne okoliczności zewnętrzne nie zwalniały elit społecznych z obowiązku troski o sprawy publiczne. Jej zakres bywał bardzo ograniczony przez narzucone z zewnątrz porządki, ale rzadko prowadził do powszechnej abdykacji.

Dziś wielu ludzi wykonujących zawody, z których dotychczas rekrutowały się elity lokalne i ogólnopolskie przyjęło postawę wycofania się, uznania, że odpowiedzialność za sprawy publiczne spadła na polityków i urzędników. W wielu miastach pojęcie elity utożsamia się z osobami pełniącymi po prostu wysokie urzędy. Grupy, która patrzyłaby im na ręce, formułowała dalekowzroczne cele, ustalała ich hierarchię i pilnowała spraw najważniejszych – po prostu nie ma. Na scenie ogólnopolskiej dominują poglądy stronnicze, pozbawione dystansu lub oceniające politykę wyłącznie przez pryzmat „marketingowej” zręczności w ożywianiu i przykrywaniu tematów, budowaniu wizerunków itp.

Zabobon samoczynności

Od tego czy uda się wytworzyć elitę, która będzie zdolna do programowania strategii politycznych, mobilizowania aktywności społecznej, recenzowania polityki zależy dziś więcej niż od zmian ściśle politycznych, od tworzenia alternatyw partyjnych. Największym zabobonem w tej kwestii jest teza, że powstawanie elit społecznych jest procesem samoczynnym, niedającym się zaplanować, rozumnie wspierać. Ten zabobon jest jedynie uzasadnieniem bierności i akceptacji status quo. Każdy ruch „elitotwórczy” jest zwykle pochodną jakiegoś projektu i planu, pomysłu ideowego i instytucjonalnego. A to, że zawsze wychodzi trochę inaczej niż wyobrażali sobie projektujący sprawia jedynie, że cała przygoda staje się jeszcze ciekawsza. 

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY MIESIĘCZNIK IDEI, NR 3 (57)/2015, 4–31 MARCA, CENA: 0 ZŁ
Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”, politolog, wykładowca Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”. Ostatnio opublikował książkę "Rywalizacja polityczna w Polsce" (2013)

Komentarze

4 odpowiedzi na “Samooszustwo blokuje Polskę”

  1. [ja!] pisze:

    Ważny, bardzo celny tekst, wiele wnikliwych obserwacji…
    ———————————————————————————————————————————————————————
    Punkt wyjścia w 100% o’kay, bo nie ma nic lepszego od realistycznej oceny własnej sytuacji i własnego potencjału (wzorem tu powinni być np. Czesi czy Węgrzy, tzn. nie tyle powinniśmy kopiować ich politykę, co jej stosowność do posiadanego potencjału).
    ———————————————————————————————————————————————————————
    My tymczasem nie raz już w przeszłości krwawo oberwaliśmy, bo wciąż tromtadracko mieliśmy się za spadkobierców I RP, podczas gdy realna pozycja Rzeczpospolitej nigdy nie odzyskała dawnego potencjału, jak i teraz fałszywi politycy, fałszywe media i fałszywi ambasadorzy fałszywych przyjaciół mile łechcą nasze ego łatwo prowadząc nas na postronku pochlebstw (strzeżmy się pochlebców!).
    ———————————————————————————————————————————————————————
    Ten strategiczny błąd (nieświadomie???) popełniły elity PO grając na wizję Polski, jako „wielkiego rozgrywającego UE” — partnera Niemiec i Francji, w dodatku pozwalającego sobie na pouczanie zdystansowanej od Eurokołchozu Wielkiej Brytanii (kuriozum!). W zamian nie ugraliśmy praktycznie nic, poza prywatną synekurką dla Donalda Tuska — nawet z Rosją przyszło prowadzić całkowicie samodzielną politykę na kolanach (jak bardzo osamotnioną można było zobaczyć ws. Ukrainy, gdy po pierwszych powarkiwaniach i zerowym wsparciu ze strony naszych „partnerów” już Kopacz przyszło wrócić do pozycji na kolanach (w dodatku w kuchni pod stołem, nerwowo nasłuchującej i czekającej na dźwięk wybijanej szyby, bo wtedy będzie już naprawdę za późno).
    ———————————————————————————————————————————————————————
    Polityka uznania peryferyjności byłaby polityką zacieśniania współpracy (np. polityki bezpieczeństwa) z sąsiadami podobnymi do siebie — dziś mielibyśmy już nawiązane kooperacje przy produkcji i zakupach uzbrojenia, wspólnych ćwiczeniach, czy wzajemnym przebazowaniu, zamiast kolejny raz liczyć na dobre słowo ze strony możnych (Niemcy w dbałości o interesy Rosji odmówiły Litwie nawet sprzedaży wozów pancernych — a co im tam jakaś Litwa!)
    ———————————————————————————————————————————————————————
    Nb. Rosyjskiej agresji na Ukrainę — sami niczego nie zrobimy, ale jesteśmy zobowiązani przypominać USA ich własne zobowiązania (poza wszystkim, gdy jeszcze nic to nie kosztowało, drapowaliśmy się w strój przyjaciela Ukrainy — państwo, które jako pierwsze na świecie uznało niepodległą Ukrainę, jako współorganizatora Euro2012, wieczną przyjaźń, z czego w polityce rządów PO nagle nie zostało nawet śladu). To USA zobowiązało się do ochrony integralności Ukrainy i jeśli nie chce, by ich zobowiązania stały się pośmiewiskiem, jeśli nie chce, by broń nuklearna stała się jedynym gwarantem papierowych zobowiązań (kiedy my wyciągniemy wnioski z tego faktu?), to są zmuszone wykonać własne zobowiązania nawet, jeśli miałoby się ochotę przehandlować całą tę Ukrainę — nie dla samej Ukrainy, ale dla wiarygodności własnych zobowiązań, jak i wiarygodności własnych gwarancji w zamian za wycofanie się z rozwoju broni masowego rażenia (z kolejnej pokojowej nagrody Nobla psom buty można szyć…). Jednym z czynników grających na naszą korzyść mogłaby być reorientacja polityki USA po zmianie obecnej administracji.

  2. Samotus pisze:

    Z czym do gości! Polska przestała być samodzielnym krajem przemysłwym, nie ma jakichkolwiek własnych interesów gospodarczych przekraczających nasze granice.Nasze elity nikogo nie reprezentują, nie są partnerem dla kogokolwiek – tak zdecydowalismy my sami i nasi, liczacy 3 miliony emigranci – najbardziej aktywni I samodzelni, reszta wegetuje z przekazow z Zachodu. Mowimy o militarnej pomocy Ukrainie – a co? Nie produkujemy juz czogow, montujemy z importowanych czesci śmigłowce, wozy pancerne (licencja finska), dziala samobiezne (podwozia koreanskie, wieza – włoska licencja), stocznie zlikwidowano razem z biurami projektowymi wszelkiej masci. Polska jest tylko przedmiotem polityki, a nie partnerem kogokolwiek. Badzmy realistami!

  3. M1 pisze:

    Bardzo dobry artykuł. Realistyczna samoświadomość to warunek konieczny myśli państwowej. Nie euforia, nie depresja, ale trochę trzeźwego osądu. Niecałe dwa lata temu było o tym na seminarium u prof. Bliklego: http://www.moznainaczej.com.pl/chlebus-polska-w-perspektywie-2050

  4. baśka pisze:

    Dziękuję, dawno nie czytałam równie wyważonej i mądrej opinii. Przypadkiem trafiłam na stronę ale na pewno będę tu częstym gościem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz