Rozmowy przy wycinaniu rozumu

Aktualności,

Bogu ducha winne środowisko zawodowe leśników zostało wciągnięte w kretyńską, szarpiącą nerwy wojnę

Aktuariusze – samo brzmienie tego słowa, łacińskie i tajemnicze, odsyła nas raczej do Zakonu Rycerzy Świątyni Salomona niż do korporacyjnego Mordoru „wiodącego dostawcy usług ubezpieczeniowych” – dzierżą w rękach niezwykłą odpowiedzialność. Jeśli Parki przędły pojedynczą nić, to o aktuariuszach powiedzieć można, że tkają prawdziwe abakany przeznaczenia, osądzając prawdopodobieństwo ryzyka pożaru, kolizji czołowej, zalania, huraganu i zawału dla wszystkich miast, płci i stanów, a w konsekwencji decydują o tym, ile zapłacimy OC i ubezpieczenia za mieszkanie, by korporacja jak zawsze wyszła na swoje.

Taka wiedza wymaga znajomości tektoniki i meteorologii, badań nad percepcją kierowcy i zawodnością huśtawek; ale jedną z prac najczęściej podejmowanych przez aktuariuszy jest ocena ryzyka zawodowego. Drobiny ich wiedzy przesączają się czasem do mediów, które zestawiają wówczas rankingi „zawodów obarczonych największym stresem” – i, o dziwo, najczęściej rankingi te są zgodne z naszymi potocznymi intuicjami. Największy stres w pracy przeżywają pod każdą szerokością geograficzną policjanci, strażacy, piloci i neurochirurdzy; tym samym znajdują się na topie, jeśli chodzi o prawdopodobieństwo wystąpienia zawału, o ryzyko uzależnienia się od alkoholu, lecz także (jest w tym, przyznajmy, jakaś elementarna sprawiedliwość) o atrakcyjność w oczach kobiet. O kolejne miejsca w rankingu, prawdopodobnie ze względu na ten ostatni element, zaciekle rywalizują ludzie sądu i ludzie sceny, których usiłują zajść z flanki wojskowi. Dawniej wysoko notowani byli jeszcze dziennikarze telewizyjni i prasowi, ale stresogenność ich powołania spada, odkąd każdy błąd przedstawić można jako fake news wygenerowany w ramach ważnej kampanii politycznej.

W Polsce profesja leśnika, od dawna kojarzona ze stosunkowo niskimi uposażeniami, wynagradzanymi jednak z nawiązką przez obfitość świeżego powietrza, grzybów, opału, przychylność letniczek i ujmujący widok saren przy lizawce, zaczęła piąć się w górę niczym szybkobieżna winda, błyskawicznie pozostawiając daleko w tyle kardiochirurgów, saperów i kontrolerów lotu

Wszyscy ciekawi są Top Ten, ale równie zajmujące jest to, co dzieje się u dołu rankingu: w ciepłej jak wakacyjna dolina niszy, w wiecznym Gemütlichkeit krzątają się od pokoleń krawcy, młynarze i ogrodnicy. Oczywiście, im też sądzony jest kiedyś pożar, bankructwo i szpital, ale dziś i jutro, wolni od paraliżującego poczucia odpowiedzialności, od wstrzykiwanego przez nadnercza do krwiobiegu, niczym z wielkiej szprycy, potężnego shota adrenaliny, od której rozszerzają się źrenice i oskrzela, z pogodnym uśmiechem i w wygodnych trepach krzątają się po swej chudobie, podwiązując pomidory.

U dołu piramidy czas płynie wolniej niż na szczycie, lista zawodów obarczonych najmniejszym stresem była od dawna stabilna. Była: w roku 2017 świat aktuariatu został zelektryzowany nieoczekiwaną wiadomością. W Polsce profesja leśnika, od dawna kojarzona ze stosunkowo niskimi uposażeniami, wynagradzanymi jednak z nawiązką przez obfitość świeżego powietrza, grzybów, opału, przychylność letniczek i ujmujący widok saren przy lizawce, zaczęła piąć się w górę niczym szybkobieżna winda, błyskawicznie pozostawiając daleko w tyle kardiochirurgów, saperów i kontrolerów lotu.

Ten zawód, jak wszystkie, miewał oczywiście przedtem swoje minusy: wybuchały pożary, roiły się szerszenie, mafia kradła drewno, nie wszystkie babcie wyciągnięte z trzewi wilka wyglądają tak urzekająco jak na rysunkach Jana Marcina Szancera. Ale dziś polskie gajówki wołają o nowego Jareda Diamonda. Tamten opisał karierę pchły szczurzej (Xenopsylla cheopis), nosicielki zarazków dżumy, która co najmniej dwukrotnie przesądziła o losach cywilizacji Zachodu, najpierw osłabiając Wschodnie Cesarstwo Rzymskie tak, że straciło kontrolę nad barbarzyńskimi księstewkami Franków i Gotów, a w siedem wieków później pustosząc Burgundię i Florencję. Kto opisze wpływ kornika drukarza (Ips typhographus) na odwrót salonowej lewicy w Europie Środkowej, na starania, które położyć miały wreszcie kres panoszeniu się cynicznych i chciwych elit, wyrosłych na transformacji?

Bogu ducha winne środowisko zawodowe zostało wciągnięte w kretyńską, szarpiącą nerwy wojnę – ściślej biorąc, proxy war, „wojnę zastępczą” – na której obie strony nie przebierają w środkach

Dawniej leśnik zaliczał „Surowce leśne” na czwórkę. „Maszynoznawstwo” na trzy plus, no i do tego warsztaty. Wszyscy lubili zajęcia z rekultywacji, bo profesor nie wymagał za wiele. „I tak wszystkiego nauczycie się na praktykach” – mówił. Do fitopatologii wystarczał skrypt i przykurzona gablotka ze stadiami rozwoju szrotówka kasztanowcowiaczka (Cameraria ohridella). A teraz?

– Słuchaj, co z tym satanizmem? Podobno ekolodzy to sataniści?

– Sprawdź w „Szkicach do teologii fundamentalnej” Ratzingera, tam jest o osobowych formach zła. Ja mam większy problem: podobno każda poręba przybliża nas do faszyzmu, tak mówią w Tok-Tok.

– Tok-tok? Nie słuchaj tyle tych dzięciołów. Chociaż Poręba i faszyzm, hm, to by się nawet zgadzało… Ale zobacz lepiej w „Państwie stanu wyjątkowego” u Ryszki, no i u Althussera.

– Althussera? Chyba was popierdoliło, panowie. My tu walczymy z ekspozyturą euromarksizmu, a wy coś takiego..

– Weź przestań. Albo lepiej pokaż swoje kabrio. Podobno za kasę z tych pni czwartej jakości, sprzedawanych na lewo na opał, każdy z nas ma sobie taki kupić..

– Tja, to chyba z „Soku z buraka” się tego dowiedziałeś, tych mistrzów od fejkowych zdjęć. A nam się zarzuca arogancję.

– O arogancji smacznie pisał święty Laktancjusz, wiecie, ten od paradoksu węża, zjadającego własny ogon.

– Zaskrońce na szczęście nadal pod ochroną… Ale a propos węża: czytaliście już „Odpowiedź Przedstawicieli Nauk Przyrodniczych na >List Otwarty Środowiska Nauk Przyrodniczych<”?

– Ten z dwudziestego lipca? Chłopie, ależ ty odstajesz: przecież zbierają już podpisy pod „Repliką Środowiska Nauk Przyrodniczych na >Odpowiedź Przedstawicieli Nauk Przyrodniczych na <List Otwarty Środowiska Nauk Przyrodniczych><”!

– Wracam do Ratzingera.

– Tylko się nie zaczytaj: pamiętaj, jutro wylatujemy do Strasburga, potem podkomisja w ONZ…

I tak to jest, proszę państwa. Bogu ducha winne środowisko zawodowe zostało wciągnięte w kretyńską, szarpiącą nerwy wojnę – ściślej biorąc, proxy war, „wojnę zastępczą” – na której obie strony nie przebierają w środkach. A leśnicy? Na leśnika drzewo spadło. W tabloidach może sobie brylować Adam Wajrak i jego nutrie, ale to leśnicy znaleźli się na cenzurowanym, w ogniu cudzego sporu, wywołani do tablicy, odpytywani z Lasu Bawarskiego i z Lasu Birnam, z działań antykorupcyjnych i antydyskryminacyjnych. Soli do lizawek już nie będzie komu wkładać.