Newsletter

Rozłam w świecie prawosławnym

Konstantynopol wyznaczył duchownych, którzy mają przygotować Cerkiew ukraińską do niezależności od rosyjskiej. Moskwa nie chce jednak dać za wygraną

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Świat prawosławia znalazł się na krawędzi podziału. Nadzwyczajny Sobór Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej, który odbył się w połowie września, w oficjalnym wystąpieniu zagroził patriarsze Konstantynopola Bartłomiejowi I zerwaniem kontaktów oraz łączności kanonicznej. Już od zaraz, na początek, zarządzono, że w trakcie niedzielnych Liturgii nie będzie wymieniane jego imię. Co więcej, Patriarchat Moskiewski wystąpił z orędziem do innych cerkwi prawosławnych, zawierającym prośbę o wsparcie dla swojego stanowiska, co komentatorzy interpretują jako „liczenie szabel” w nadchodzącej wojnie. Konflikt tlił się od jakiegoś czasu, o czym świadczyła choćby nieobecność przedstawicieli Cerkwi rosyjskiej na Soborze Powszechnym na Krecie, który zorganizował Fanar (siedziba Bartłomieja) w 2016 roku, ale teraz wybuchł z nową, większą siłą. Powodem jest decyzja Patriarchy o rozpoczęciu procesu, którego finałem będzie wydanie tomosu, uznającego niezależność, czyli autokefalię Cerkwi ukraińskiej.

Nadal żywa jest ideologia Ruskiego Miru, w największym skrócie rzecz ujmując sprowadzająca się do twierdzenia, że naród rosyjski składa się z trzech braterskich i w istocie niewiele różniących się od siebie podgrup – Rosjan, Ukraińców oraz Białorusinów, połączonych wspólnotą wiary, języka, tradycji i historii

W piątek, 7 września, na oficjalnej stronie Patriarchatu Konstantynopolitańskiego zamieszczona została informacja, że Bartłomiej I wyznaczył swych egzarchów na Ukrainie – są nimi arcybiskup Daniel z Ukraińskiej Cerkwi Prawosławnej w Stanach Zjednoczonych oraz biskup Hilarion z Kanady. W komunikacie pojawiła się też dodatkowa informacja, że w ten sposób Konstantynopol wykonuje podjęte już postanowienie o udzieleniu Kijowowi zgody na autokefalię tamtejszej Cerkwi. Czyli kości zostały rzucone. Dziwi w tym szybkość działania, bo spotkanie, na którym przedstawiciele Moskwy mieli się o decyzji dowiedzieć miało miejsce tydzień wcześniej, a sam proces zainicjowany został wystąpieniem prezydenta Poroszenki w kwietniu. Symboliczny jest też dobór duchownych, którzy w imieniu Konstantynopola mają przygotować Cerkiew ukraińską do niezależności. Obydwie Cerkwie prawosławne – zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Kanadzie – zdominowane są przez wiernych pochodzących z Grecji oraz z Ukrainy.

Koniec wspólnoty?

Już na te informacje przedstawiciele Cerkwi rosyjskiej zareagowali z furią.  Metropolita wołokołamski Hilarion, który w rosyjskiej Cerkwi odpowiada za kontakty z zagranicą, komentując nominacje, powiedział, iż „wygląda na to, że środki dyplomatyczne uległy wyczerpaniu” i jednocześnie zagroził, że w razie wydania tomosu, przyznającego Cerkwi ukraińskiej status niezależny, Moskwa „zerwie eucharystyczną łączność z Konstantynopolem”. Dodał też, że decyzję o autokefalii uznają tylko „raskolnicy” (rozłamowcy), bo członkowie prawowiernej Cerkwi ukraińskiej ani o nią nie występowali, ani tym bardziej jej nie uznają. Komentatorzy zwracają uwagę na to, że Bartłomiej nie zdecydował się czekać na październikowy synod, tylko ogłosił decyzję o nominacjach, co oznacza, że w październiku już żadnych dyskusji nie będzie, a jedynie zgromadzeni w Konstantynopolu hierarchowie zatwierdzą decyzję. Politolog Dmitrij Trenin z Centrum Carnegie, uznawany nie tylko za komentatora dobrze poinformowanego, ale również posiadającego umiarkowane poglądy, napisał, że decyzja Konstantynopola w gruncie rzeczy delegitymizuje ukraińską Cerkiew, uznającą kanoniczną zwierzchność Moskwy. Ale, jak dodał, zasadniczym powodem, dla którego Bartłomiej zdecydował się na ten krok jest próba zahamowania procesu, który mógł doprowadzić, że Cerkiew rosyjska stałby się faktycznym liderem świata prawosławnego.

Dla Rosji, w której nadal żywa jest ideologia Ruskiego Miru, w największym skrócie rzecz ujmując sprowadzająca się do twierdzenia, że naród rosyjski składa się z trzech braterskich i w istocie niewiele różniących się od siebie podgrup – Rosjan, Ukraińców oraz Białorusinów, połączonych wspólnotą wiary, języka, tradycji i historii, to, co się dzieje teraz na Ukrainie jest katastrofą na miarę historyczną, oznaczającą rozerwanie Ugody Perejasławskiej i w dłuższej perspektywie kwestionującą pretensje Rosjan do bycia czymś więcej niźli tylko rozrosłym terytorialnie państwem moskiewskim. Zresztą rosyjscy komentatorzy zwracają uwagę, że idea Ruskiego Miru jest w gruncie rzeczy zsekularyzowaną wersją historycznie starszej koncepcji Moskwy jako III Rzymu, która przez 300 lat była jedną z zasadniczych elementów rosyjskiej narracji imperialnej.

Uzyskanie niezależności kościelnej ma nie tylko wyraz symboliczny, bo utwierdzający samodzielność państwową Ukrainy i zrywający ostatecznie z moskiewską imperialną narracją o wspólnocie wiary, języka i tradycji, ale zakończyć może trwający na Ukrainie od 1991 kościelny podział

Kwestie historyczne są jedną z zasadniczych osi podziału. W Cerkwi prawosławnej, w której nie ma, jak u katolików, jednolitego systemu prawa kanonicznego, który by obowiązywał wszystkie Cerkwie, wszystkie spory dotyczące zwierzchności kościelnej rozstrzyga się na podstawie pochodzących jeszcze z pierwszego tysiąclecia naszej ery siłą rzeczy niejasnych i zawikłanych kanonów. Daje to możliwość rozmaitych, a często dość dowolnych interpretacji. W tym wypadku Cerkiew rosyjska jest zdania, że zwierzchnictwo nad Cerkwią ukraińską, który Konstantynopol przyznał jej w 1683 roku, ma charakter ostateczny i decyzja jest niepodważalna. Konstantynopol uważa jednak, że jest zupełnie inaczej. Owszem, przekazano jurysdykcję, ale decyzja miała charakter czasowy i w każdej chwili może zostać odwołana, co właśnie się dzieje. To, że Moskwa sprawowała ją przez 300 lat, nie ma nic do rzeczy.

Przebrzmiała potęga

Zdaniem rosyjskich obserwatorów, patriarcha rosyjski Cyryl padł ofiarą poczucia przebrzmiałej potęgi swej Cerkwi w świecie prawosławnym. Wrażenie takie powstało w czasach putinowskiego gospodarczego boomu początku nowego tysiąclecia, kiedy Patriarchat Moskiewski był nie tylko najbogatszym i najszybciej rozwijającym się kościołem w prawosławnej rodzinie, ale również zyskiwał na pozytywnej reputacji u rosyjskiej władzy świeckiej, co w prawosławiu ma znacznie większą wagę niźli np. w Kościele Katolickim. Teraz, tzn. po 2014 roku, te czynniki nie działają, czego w moskiewskim patriarchacie po prostu nie dostrzeżono. Mało tego, wiosenne wizyty wysłannika Moskwy metropolity Hilariona w innych stolicach autokefalicznych Cerkwi mogły utwierdzić Cyryla w błędnym przekonaniu, że linia Moskwy, sprzeciwiającej się autokefalii dla Cerkwi ukraińskiej, cieszy się poparciem większości. Ale to okazało się dość fundamentalnym błędem, bo w rzeczywistości, jak powiedział w trakcie niedawnego soboru w Konstantynopolu metropolita Elpidofor, Fanar (czyli Konstantynopol) wojaż Hilariona traktuje w kategoriach „siania dezinformacji i kolportowanie opinii, których celem jest wprowadzenie w błąd”.

Wydaje się, że prócz rywalizacji o pierwszeństwo w świecie prawosławnym, w którym Moskwa chciałaby przewodzić, rysują się też pewne różnice, które z pewnym uproszczeniem można by nazwać „ideowymi”. Moskwa krytykuje niedawną decyzję soboru w Konstantynopolu, który wyraził zgodę na powtórny ożenek duchownych prawosławnych, co odczytuje się, jako sygnał, że rosyjski kościół jest nie tylko zwolennikiem bardziej tradycyjnego odczytywania kanonów, ale również gotów jest stanąć na czele nurtu konserwatywnego w Prawosławiu.

Kto ma więcej dywizji?

W rosyjskich mediach już przystąpiono do liczenia „szabel”. Stanowisko Moskwy poparła Cerkiew białoruska, posiadająca formalnie autonomię, w ramach Cerkwi rosyjskiej. Podobnie w ostrym tonie sprzeciw wobec decyzji Bartłomieja wyraził synod Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej na Emigracji, określając mianowanie egzarchów mianem „brutalnego i bezceremonialnego wtargnięcia na cudze terytorium kanoniczne”. Niejasne i dwuznaczne stanowisko zajął patriarcha Jerozolimy, co dla rozwoju wydarzeń może okazać się kluczowe. Z kolei patriarcha Finlandii i Karelii wsparł Konstantynopol, a na dodatek stwierdził, że te Cerkwie prawosławne, które nie wysłały na Kretę w 2016 roku swoich przedstawicieli (chodzi o, prócz rosyjskiej, Cerkwie gruzińską, bułgarską, antiochijską), mają czego żałować.

Nie brak też oskarżeń wobec Bartłomieja I. Zarzuca mu się zarówno to, że poparł, jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, starania o autokefalię Cerkwi w Estonii, jak i dość krętą drogę do kapłaństwa (długo był świeckim, służył m.in. w tureckiej armii). Przy tym niemała część ataków ma charakter wyraźnie polityczny. Zdaniem rosyjskich komentatorów, Cerkiew prawosławna w Turcji, którą kieruje Bartłomiej, jest w gruncie rzeczy wirtualnym patriarchatem, bo większość wiernych ma na innych kontynentach, a u siebie liczy co najwyżej niewiele ponad tysiąc osób. Przy czym nie jest też Cerkwią najstarszą, bo wcześniej ustanowiony został patriarchat w Jerozolimie. W związku z tym, jej pretensje do przewodzenia całemu Prawosławiu ufundowane są na dość wątłych podstawach, bo na decyzji sułtanów tureckich. Czy jest to zapowiedź, że Moskwa podejmie próbę odwrócenia hierarchii i postawi na podniesienie prestiżu Jerozolimy, trudno obecnie powiedzieć, ale wydaje się, że taka ewentualność jest rozważana, podobnie jak pojawiające się propozycje, aby w ramach retorsji, a może dywersji, Moskwa doprowadziła do powołania konkurencyjnej struktury cerkiewnej w Turcji, bo bez problemu znajdzie wiernych, wywodzących się choćby z licznej emigracji ostatnich lat.

Pojawiają się też wątki polityczne. Przypomina się, że zaraz po ostatnich zwycięskich dla siebie wyborach prezydent Turcji Erdoğan spotkał się z Bartłomiejem i długo ze sobą rozmawiali. Jednym z efektów tego spotkania było poszerzenie uprawnień Fanaru. W tle jest sytuacja w Syrii oraz na Ukrainie. I w obydwu przypadkach interesy Ankary kolidują z polityką Rosji. Ale zwraca się też uwagę na ostatnie wystąpienie Samuela Brownbacka, amerykańskiego specjalnego ambasadora, odpowiadającego za wolności religijne na świecie, który po niedawnym spotkaniu z prezydentem Poroszenką miał powiedzieć, że „Stany Zjednoczone będą nadal popierać starania Ukrainy o uzyskanie kościelnej niezależności”.

Moskwa miała swoją szansę

Obserwatorzy sytuacji na Ukrainie najczęściej koncentrują się na wyborczych aspektach autokefalii. To oczywiste w sytuacji, kiedy prezydent Poroszenko, sam będący członkiem Ukraińskiej Cerkwi Patriarchatu Moskiewskiego, wystąpił z wnioskiem o niezależność. Powodzenie w tym względzie będzie odczytywane jako sukces prezydenta, co w efekcie zwiększyć może jego notowania w rankingach. Uzyskanie niezależności kościelnej ma nie tylko wyraz symboliczny, bo utwierdzający samodzielność państwową Ukrainy i zrywający ostatecznie z moskiewską imperialną narracją o wspólnocie wiary, języka i tradycji, ale zakończyć może trwający na Ukrainie od 1991 r. kościelny podział. Jest on nadal bardzo bolesny, bo, jak wskazują ostatnie badania opinii publicznej, ok. 39 proc. wiernych opowiada się za nieuznawaną przez inne autokefaliczne Cerkwie prawosławne niekanoniczną Ukraińską Cerkwią Prawosławną Patriarchatu Kijowskiego, na czele której stoi metropolita Filaret (Denysenko); niemal 25 proc. optuje na rzecz Cerkwi uznającej zwierzchność Moskwy, a 31 proc. ankietowanych stwierdziło, że są po prostu prawosławnymi. Gdybyśmy przy tym poddali analizie, kto kontroluje parafie, to zdecydowaną przewagę ma „opcja moskiewska”, we władaniu której znajduje się ich blisko 10 tys. z ogólnej liczby 12 tys. Może to oznaczać, że Ukrainę czeka teraz szereg konfliktów o charakterze lokalnym, rozgrzewających umysły i eskalujących przedwyborcze napięcie, choć niektórzy obserwatorzy są zdania, że w Cerkwi prawosławnej, tradycyjnie podporządkowanej władzom, nie ma nastrojów separatystycznych i połączenie organizmów kościelnych przebiegnie dosyć bezboleśnie, bo optuje za tym władza świecka.

Starania o autokefalię podjęto w kwietniu, był zatem czas, kiedy Moskwa mogła wejść do gry

Przy okazji trzeba zwrócić uwagę na to, że Patriarchat Moskiewski miał w grudniu ubiegłego roku możliwość rozpoczęcia procesu zjednoczeniowego pod własną egidą i na określonych przez siebie zasadach. Odbywał się wówczas sobór rosyjskiej Cerkwi, szczególnie ważny, bo przypadający w stulecie rewolucyjnego soboru powszechnego z lat 1917-1918. Wówczas to, na soborze powszechnym, przy udziale wiernych rosyjska cerkiew zrzuciła wieloletnią „niewolę” cesarską, czyli organizacyjną podległość państwu. Oczekiwano, że i teraz ruch w podobnym kierunku zostanie zainicjowany. Ale nic takiego nie nastąpiło, do uczestnictwa w soborze nie dopuszczono wiernych, miał on w związku z tym charakter archijerejski, czyli uczestniczyli w nim wyłącznie duchowni i hierarchowie. Zdaniem obserwatorów rosyjskiego Prawosławia, był to wyraźny sygnał, jak oficjele wyobrażają sobie organizację życia cerkiewnego – tradycyjnie, bez zaangażowania wiernych i pod wyłącznym kierownictwem duchowieństwa. Podobnie odczytywano zorganizowane przy okazji spotkanie uczestników soboru z prezydentem Putinem – jako nawiązanie do zarzuconej w 1917 roku idei ścisłej łączności, czy partnerstwa Cerkwi z państwem rosyjskim. Nie zauważono przy tym, albo nie przywiązywano wówczas wagi do innego wydarzenia, a mianowicie do listu, jaki Filaret (Denysenko) przysłał na ręce Cyryla, patriarchy moskiewskiego. Podpisawszy się „brat Filaret”, co było warunkiem Moskwy, aby przyjąć list (rosyjska Cerkiew stoi na stanowisku, że ekskomunikowany Denysenko nie może używać tytulatury kościelnej), prosił w nim o pojednanie i rozpoczęcie rozmów prowadzących do zjednoczenia Cerkwi na Ukrainie. Jego prośba pozostała bez odpowiedzi. Starania o autokefalię podjęto w kwietniu, był zatem czas, kiedy Moskwa mogła wejść do gry. Ale najwyraźniej zwyciężyła linia „ani kroku do tyłu”, trochę przypominająca politykę zagraniczną Federacji Rosyjskiej. Czy zatem do zmiany postawy rosyjskiej Cerkwi potrzebny będzie wyraźny sygnał z Kremla? Wszystko wskazuje na to, że tak.