Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Rekonstrukcja: pokaz siły i niepewności

Morawiecki zaczyna jak wytrawny polityk – jednocześnie zabezpiecza dobre samopoczucie Kaczyńskiego i możliwość własnej realizacji celów.

Skomplikowany proces rekonstrukcji rządu zdaje się nie mieć końca. Ten tryb zmian wynika z doprowadzenia do sytuacji, w której wszystkie możliwe rozwiązania budziły wątpliwości w dużych gronach polityków. Stąd ślimacze tempo i chaos.

Rola, którą przewidział Jarosław Kaczyński dla Beaty Szydło dla niej sama w sobie była już dużym wyzwaniem. Prezes PiS jednak tak podniósł stawkę, że wręcz uniemożliwił Szydło jej spełnienie. Od początku starał się ją osłabić w oczach pozostałych graczy, by zminimalizować niebezpieczeństwo jej usamodzielnienia. Premier była więc postrzegana jako osoba mało decyzyjna i nieposiadająca inicjatywy (choć wątpliwe, by Kaczyński chciał na tym stanowisku widzieć kogoś decyzyjnego). Całe miesiące podkopywania autorytetu Szydło nie przyniosły jednak spodziewanych skutków – okazał się on na koniec dużo większy niż wydawało się Jarosławowi Kaczyńskiemu. Według sondażu panelu Ariadna dla „WP” Polacy byli w zdecydowanej większości zwolennikami pozostania Szydło na stanowisku; jedynie 12 proc. wskazało, że lepszym premierem byłby Kaczyński. Niemniej utrzymanie jej na stanowisku stało się z punktu widzenia rządu niemożliwe. Pomimo systematycznego obniżania autorytetu Beaty Szydło, i tak okazał się on na tyle duży, że straciła mniej, niż mogła. Przede wszystkim została w rządzie, więc gdyby na wiosnę przyszłego roku zaczęły się pogarszać sondaże, to istnieje możliwość kolejnej zamiany ról wicepremiera z premierem.

W momencie, kiedy rozdrabnia się konkurencja dla dużej partii, jednocześnie paradoksalnie zwiększa się ryzyko jej osłabnięcia czy rozpadu

Także z tego względu dla Kaczyńskiego nie były zadowalające proporcje między lojalnością a inicjatywą Beaty Szydło (która postawiła wszystko na lojalność). Przez to miała jednak problem z trafnym odgadywaniem myśli Prezesa. Może wykonywała swoją pracę bez zbytniego entuzjazmu; Jarosław Kaczyński mógłby kiedyś zauważyć, że przez upokarzanie wiernego pracownika entuzjazmu się nie osiąga.

Kaczyński uniknął pułapki, jaką byłoby zastąpienie Szydło samemu. „Stara gwardii” PiS przychylała się ku temu – to dowartościowałoby ich i rozwiązało wiele codziennych problemów. Jednak prezes zdaje sobie sprawę, że to nie jest rola dla niego – wszak osobiście to już dwukrotnie poprowadził swoją partię ku porażce.

Pozostał tylko wariant awaryjny, jakim było wystawienie Mateusza Morawieckiego. Sposób prowadzenia rekonstrukcji był demonstracją siły Kaczyńskiego względem partii, lecz przede wszystkim wobec Andrzeja Dudy. Jego lipcowe weta udowodniły, że prezes PiS musi liczyć się z pałacem prezydenckim. Teraz przez chwilę powstało wrażenie, że nie musi się liczyć z nikim. Od teraz jednak wszystko się zmieniło – będzie się musiał liczyć z nowym premierem. W chwili obecnej wszystko zależy od tego, kogo Morawiecki będzie chciał grać. Niebezpieczeństwem dla Jarosława Kaczyńskiego może być sytuacja, w której Mateusz Morawiecki okaże się kimś innym, niż się spodziewano. Nikt racjonalny nie powinien się spodziewać, że będzie się względem Kaczyńskiego zachowywał tak jak poprzedniczka. Na razie jednak stanął on przed próbą poważniejszą niż ona przed dwoma laty.

Decyzja o jego nominacji nie jest naturalna dla nikogo, zwłaszcza dla radykalnych kręgów w PiS. Kaczyński rzucił wszystko na szalę. Jeśli okaże się, że to była zła decyzja – prezes będzie musiał wziąć na siebie odpowiedzialność. O ile Szydło była raczej człowiekiem relacji, a nie racji – ważniejsze było dla niej utrzymywanie dobrych stosunków z innymi niż walka o własną słuszność – o tyle Morawiecki z pewnością jest człowiekiem racji. Do tej pory cała jego kariera zależała od Jarosława Kaczyńskiego, ale to należało do reguł gry, do których się dostosował, chcąc wygrać. Teraz już będzie gromadził w ręku atuty niezależnie od tego, czy prezesowi się to będzie podobać, czy nie. Lojalność względem prezesa zachowa do pierwszego zgrzytu. Kiedyś jednak przyjdzie moment, gdy Morawiecki zdecyduje, że musi sprzeciwić się prezesowi, bo inaczej wszystko straci.

Sposób prowadzenia rekonstrukcji był demonstracją siły Kaczyńskiego, także wobec Andrzeja Dudy

Dlaczego nowy premier zwleka ze zmianami w rządzie? W obozie PiS mamy do czynienia z niepewnością, zwłaszcza jeśli chodzi o radykałów. Co zrobią Szyszko czy Macierewicz? Jak zareaguje twardy elektorat? Istnieje w polityce mechanizm, którego większość sobie nie uświadamia: w momencie, kiedy rozprasza się konkurencja dla dużej partii, jednocześnie paradoksalnie zwiększa się ryzyko jej osłabnięcia czy rozpadu. Zmniejsza się siła integracji i przyciągania, bo maleje lęk przed przegraną. Opozycja jest dziś daleko w tyle, gdyż sama jest zdezintegrowana – ale to może być też impuls do dezintegracji PiS. Tu pojawiają się pytania: czy właśnie teraz trzeba ustępować tym z umiarkowanej frakcji, by utrzymać obecne poparcie. A może właśnie trzeba zadowolić radykałów, bo lepiej już nie będzie? Sytuacja, w której pozostaje stary rząd został z nowym premierem to moment, w którym wszyscy dalej są w zawieszeniu. Pierwsze ruchy nowego premiera są ostrożne. Z pewnością nominacja Marka Suskiego na szefa Gabinetu Politycznego wskazuje, że Kaczyński stara się kontrolować pole manewru Morawieckiego. Ale i Morawiecki zaczyna jak wytrawny polityk – jednocześnie zabezpiecza dobre samopoczucie Kaczyńskiego i możliwość własnej realizacji celów.

Ciekawe będzie, które pola aktywności obozu rządowego są dla nowego premiera oczywiste i spontaniczne, na których zaś można liczyć co najwyżej na to, że będzie tolerował prowadzoną tam politykę. Sam fakt, że premier dobrze mówi po angielsku i ma doświadczenie biznesowe, nie musi oznaczać, że nie po drodze mu z radykalnymi nurtami w PiS. Przeciwnie, wiele jego wypowiedzi wskazuje jak dotąd, że nie jest wcale od tego nurtu oddalony. Nie wiadomo, jakie efekty – choćby na polu kontaktów z UE – będzie mieć większe umiarkowanie na polu ogłady, a nie treści. Choć musimy pamiętać, że podobnie było z Andrzejem Dudą – a potem okazało się, że pewnych działań oczywistych dla PiS prezydent nie był jednak w stanie przetrawić. Choć bez konsekwencji, ale jednak podjął próbę ustawienia się jako „dobry glina” całego obozu. To podprowadza pod kolejny trop. O ile bowiem Kaczyński najwyraźniej nie jest w stanie dostosować się do takiej gry w duecie, to nie wiemy, jak to będzie w przypadku nowego premiera. Jest całkiem logiczne, by to on przejął rolę „złego gliny”, budując tym samym lojalność głównego nurtu partii, tylko że w pełnej i świadomej kooperacji z nurtem umiarkowanym, zdobywającym swoje rzecznika w prezydencie. W takim scenariuszu Morawiecki z Dudą tworzą teraz układ mający dość sił i umiejętności, by wysłać Kaczyńskiego na emeryturę. Tak, czy owak, zmiana rządu oznaczać może znacznie większą zmianę polityczną, niż to się dziś wydaje.

doktor socjologii, pracownik Uniwersytetu Jagiellońskiego, specjalista w dziedzinie socjologii polityki, autor książki Złudzenie wyboru

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz