Newsletter

Rejs dookoła świata nie wystarczy

Przyjęcie ustawy 447 nie tworzy nieodwracalnych skutków prawnych. Jednak będziemy mierzyć się z presją, a nie dysponujemy narzędziami pozwalającymi choćby na efektywne przedstawienie polskich argumentów

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Przyjęcie przez amerykańską Izbę Reprezentantów ustawy Justice for Uncompensated Survivors Today (ustawa JUST, w Polsce zwana tez jako ustawa 447) nie tworzy dla Polski bezpośredniego zagrożenia prawnego, ale jest zapowiedzią prawdopodobnego amerykańskiego stanowiska w sprawie tzw. dużej ustawy reprywatyzacyjnej. To też kolejny dowód na to, że polskie wpływy w Waszyngtonie są bardzo ograniczone, zwłaszcza gdy zestawimy je z wpływami organizacji żydowskich i faktem, iż w sprawie tej ustawy, niebudzącej przesadnego zainteresowania w Stanach Zjednoczonych, mieliśmy do czynienia z ponadpartyjnym konsensusem.

Polsko-amerykańska umowa indemnizacyjna (tj. dotycząca rekompensat za mienie utracone przez Amerykanów) z 1960 roku przewidywała zapłatę 40 milionów dolarów w ramach zaspokojenia roszczeń amerykańskich osób fizycznych i prawnych w związku z przeprowadzoną przez Polskę nacjonalizacją ich mienia do dnia podpisania umowy. Co więcej, w artykule IV tej umowy rząd amerykański zobowiązał się do nieprzedstawiania takich roszczeń oraz do ich niepopierania.

Patrząc na sprawę pod kątem prawnym, w kwestii reprywatyzacji na korzyść Polski działa także kwestia jurysdykcji czasowej sądów i trybunałów międzynarodowych (tj. kwestia tego, jaki okres obejmuje orzekanie danego sądu/trybunału). O ile w przypadku reparacji wojennych brak jurysdykcji np. Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości czy Europejskiego Trybunału Praw Człowieka jest dla Polski okolicznością wybitnie niesprzyjającą, o tyle w przypadku reprywatyzacji ten sam brak (poza nielicznymi wyjątkami), odnoszący się do nacjonalizacji mienia, działa na naszą korzyść i oznacza, że nie ma prawnej, przymusowej drogi, regulującej te kwestie. Zatem jej regulacja zależy od naszej dobrej woli, więc możemy dokonać tego tak, by sprawiedliwość dziejową pogodzić z możliwościami finansowymi. Problem w tym, czy stworzenie ustawy reprywatyzacyjnej nie otworzy spadkobiercom drogi np. do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, zwłaszcza gdy potraktuje się ich w sposób dyskryminujący ze względu na obywatelstwo.

Problem w tym, czy stworzenie ustawy reprywatyzacyjnej nie otworzy spadkobiercom drogi np. do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, zwłaszcza gdy potraktuje się ich w sposób dyskryminujący ze względu na obywatelstwo

Proces legislacyjny w sprawie ustawy JUST jeszcze nie został zakończony, jednak praktycznie pewny jest podpis pod nią prezydenta Donalda Trumpa. Ustawa spowoduje zwiększenie zainteresowania Departamentu Stanu aktualnym ustawodawstwem, a zatem zapowiada także ewentualne próby wpłynięcia na ustawodawstwo polskie. Amerykanie będą zainteresowani takimi postanowieniami dużej ustawy reprywatyzacyjnej, która uwzględni amerykańskie roszczenia, nawet jeżeli będzie to wbrew podpisanej przez Waszyngton umowie międzynarodowej. Polska znajduje się w o tyle niekomfortowej sytuacji, że bardzo zależy nam na politycznym i militarnym wsparciu Stanów Zjednoczonych, a w warunkach polskiej debaty publicznej poważnym atutem Ameryki jest nawet możliwość zorganizowania lub zablokowania organizacji wizyty polskiego premiera/prezydenta w Białym Domu.

Przyjęcie ustawy nie tworzy nieodwracalnych skutków prawnych – mówi ona o symbolicznym wsparciu roszczeń i czyni sugestie w takich sprawach jak przeznaczenie mienia pożydowskiego na edukację i kulturę.  Widać jednak wyraźnie, że będziemy się mierzyć z presją, a jednocześnie nie dysponujemy narzędziami, które pozwalałyby choćby tylko na efektywne przedstawienie polskich argumentów. Jednym z nich jest fakt, że problem reprywatyzacji nie dotyczy tylko mienia pożydowskiego, gdyż polskiego państwa nie stać także na to, aby zapewnić pełną reprywatyzację na rzecz swoich obywateli nieżydowskiego pochodzenia. W tym miejscu doskonale, na potrzeby debaty, pasowałaby kwestia moralnej oceny braku otrzymania przez Polskę ekwiwalentnych reparacji wojennych od Niemiec, ale polscy politycy woleli zagrać tą kartą już wcześniej, na potrzeby polityki wewnętrznej, i ją znacząco zużyć.

Mam wrażenie, że w tej kwestii – jak i wielu innych ważnych sprawach, gdzie trzeba zaprezentować polskie argumenty tak, aby zainteresowały opinię publiczną w innym kraju – nie wystarczy zorganizowanie rejsu dookoła świata oraz pisanie godnościowych artykułów do prasy, naturalnie polskiej.