Newsletter

Powrót cnót

Wiek dwudziesty sprawił, że nawet mistrzowie przez dłuższy czas o nich milczeli. A jednak dziś pojęcie cnót powraca – i to w miejscach zaskakujących, bo we współczesnej psychologii i biznesie.

 

Ten artykuł powstał dzięki hojności Darczyńców NK. Zostań jednym z nich!

 

„Nie widziałem człowieka, który ceniłby cnotę bardziej od seksu” – takie słowa wypowiedział Konfucjusz zapewne mniej więcej dwa i pół tysiąca lat temu. Tak fragment ten przynajmniej tłumaczy Robert Eno. W większości innych tłumaczeń w miejscu „seksu” występuje „piękno”. Niezależnie od wersji, słowa te pozostają aktualne od tysiącleci. Z cnotami od dawna mamy problem. O ile jednak jeszcze sto pięćdziesiąt czy dwieście lat temu do rozwoju tych sprawności moralnych zachęcali mędrcy i nauczyciele, o tyle wiek dwudziesty z jego tragediami, skutkującymi erozją wyższych wartości i wielkich narracji sprawił, że nawet mistrzowie przez dłuższy czas o cnotach milczeli. A jednak i dziś zdarza się, że pojęcie cnót powraca – i to w miejscach zaskakujących, bo we współczesnej psychologii i biznesie.

Zbigniew Herbert pisał o cnocie (szydząc co prawda z jej przeciwników), że „ta płaczliwa stara panna” „nie jest oblubienicą/ prawdziwych mężczyzn”. Jest to tym bardziej paradoksalne, że greckie określenie areté pierwotnie odnosiło się przede wszystkim do męstwa i odwagi. Mówi nam o tym zresztą etymologia łacińskiego określenia virtus, które pochodzi od słowa vir (mężczyzna), a z którego wywodzi się choćby angielskie virtue. Jednak chyba zwłaszcza w języku polskim słowo „cnota” nabrało specyficznie seksualnego (a raczej: antyseksualnego) zabarwienia – kojarzy się przede wszystkim z dziewictwem, i to dziewictwem tego rodzaju, którego, umówmy się, wiele osób nie ma ochoty naśladować. Cnota dla wielu bywa – mówiąc potocznie – obciachem.

O czym zapomnieliśmy? Chyba przede wszystkim o podstawowym mechanizmie, na który wskazywali
zarówno Sokrates, jak i Epikur – wskazującym, że cnota jest drogą do szczęścia

Za taki stan rzeczy odpowiada jednak nie tylko kultura masowa. Etyka w ostatnich kilku stuleciach – zwłaszcza we wspomnianym XX wieku– przeszła znaczącą przemianę. Cnota – trwała dyspozycja do czynienia dobra – zeszła na dalszy plan, zwłaszcza po tragicznych wydarzeniach pierwszej połowy XX wieku, kiedy to wielu filozofów skupiło się na problemie zła. Zresztą także same kategorie dobra i zła spotkał wstrząs – przy tej okazji relatywiści kulturowi wytknęli etyce opartej na areté, że przecież to, co w jednej kulturze uchodzi za cnotę, w drugiej jest wadą. Jednocześnie wzrastał wpływ nauk przyrodniczych, ewolucjonizmu i utylitaryzmu, a coraz więcej miejsca zajmowała kazuistyka (np. w bioetyce – zwłaszcza w świetle nowych odkryć naukowych). Wreszcie rewolucja roku 1968 skierowała cywilizację zachodnią na drogę doświadczania i transgresji, a w kontrze do nich rozwijał się konsumpcjonizm. Po żadnej z tych stron nie było zbyt wiele miejsca dla cnót, co zaowocowało choćby stopniowym odejściem od klasycznej edukacji.

O czym zapomnieliśmy? Chyba przede wszystkim o podstawowym mechanizmie, na który wskazywali zarówno Sokrates, jak i Epikur – wskazującym, że cnota jest drogą do szczęścia. Dwanaście lat temu przypomniał nam o tym Jonathan Haidt w swojej książce pt. „Szczęście” (ang. „The Happiness Hypothesis”). Haidt, amerykański psycholog społeczny, uznawany przez niektórych ekspertów za jednego z czołowych myślicieli świata, cały rozdział poświęcił tam relacjom między cnotą a szczęściem. Haidt nie jest naiwny – zdaje sobie sprawę, że trudno dziś uwierzyć siwobrodym mędrcom i dać się im przekonać do cnotliwego życia. Zauważa jednak, że – paradoksalnie – nawet buntownicze podążanie za własnymi celami (takie jak opuszczenie przez młodego Buddę pałacu jego ojca) może przerodzić się w podróż budującą charakter, a więc i cnoty. Świadom negatywnych skojarzeń, Haidt podkreśla, że cnota nie jest purytanizmem sprzeciwiającym się każdej przyjemności, lecz doskonałością, a więc optymalną realizacją własnego potencjału i predyspozycji. Tu etyka cnót spotyka się z – zakorzenioną także w pop-psychologii – ideą samorealizacji. Oczywiście prędzej czy później dojdziemy także do różnic między tymi podejściami – w pop-psychologii samorealizacja służy bowiem najczęściej egoistycznym celom, takim jak sukces finansowy czy erotyczny. Ostatecznym celem tych sukcesów ma być jednak szczęście. Różnica polega na tym, że zdaniem zwolenników etyki cnót prawdziwego szczęścia nie osiągnie się poprzez egoizm, gdyż człowiek w swojej istocie nakierowany jest na coś więcej. Jedno jest pewne – cnota nie oznacza wbrew pozorom „bycia grzecznym” czy odrzucenia własnego szczęścia. Oznacza dojrzałość, która przynosi szczęście, i która, owszem, wymaga czasem także sprzeciwienia się autorytetom. Do dojrzałości nie można jednak dojść przez porywy emocji, a tylko przez wysiłek ćwiczeń.

Najpierw jednak należy odpowiedzieć sobie na pytanie, co tak naprawdę jest cnotą. Mimo wspominanej wcześniej krytyki ze strony relatywistów, Haidt wskazuje, że pewien zestaw cnót jest podobnie ceniony w większości kultur świata. Jakie cnoty należą do tego zestawu? Odpowiedź na to pytanie dają twórcy nurtu zwanego „psychologią pozytywną” (nie należy jej mylić z koncepcją „pozytywnego myślenia”), którzy swoją uwagę poświęcają podstawom ludzkiego szczęścia. Martin Seligman i Christopher Peterson, psychologowie z University of Pennsylvania, zadali sobie trud przejrzenia około dwustu katalogów cnót pochodzących od mędrców z różnych kultur – od Platona przez Buddę, św. Tomasza z Akwinu do Beniamina Franklina. W jednej z podstawowych dla tego nurtu prac – „Character Strengths and Virtues” wskazują zestaw sześciu cnót, które stanowią część wspólną tych zbiorów. Na cnoty te składają się z kolei specyficzne „siły charakteru”. Cnota mądrości zawiera w sobie między innymi ciekawość świata, zamiłowanie do nauki i kreatywność. Do cnoty męstwa należą zapał, wytrwałość i odwaga. Cnota człowieczeństwa polega między innymi na miłości i uprzejmości, a sprawiedliwość zawiera w sobie uczciwość, przywództwo, ale także aktywne obywatelstwo i umiejętność pracy zespołowej. Do sił charakteru składających się na cnotę umiarkowania należą umiejętność przebaczania, pokora i samodyscyplina. Wreszcie cnota transcendencji – przekraczania samego siebie – obejmuje między innymi duchowość, nadzieję, ale także poczucie humoru. Warto tu zauważyć, że podobną obserwację poczynił ponad sześćdziesiąt lat wcześniej Clive Staples Lewis w „Końcu człowieczeństwa”, wskazując na zbiór podstawowych wartości, wspólnych różnym kulturom. Jednak to, co wyróżnia podejście psychologii pozytywnej, to fakt, że jej twórcy mówią językiem zrozumiałym dla współczesnego człowieka Zachodu, wskazując na takie cnoty, które są przydatne w budowaniu nowoczesnego państwa i społeczeństwa obywatelskiego (kreatywność, a więc także innowacyjność; przywództwo, umiejętność pracy zespołowej, aktywność obywatelska). Są to więc (choć nie wiadomo, czy Seligman i Peterson byliby zadowoleni z takiego określenia) w dużej mierze cnoty republikańskie.

Etyka cnót znajduje także swoje zastosowanie w prowadzeniu działalności gospodarczej

Etyka cnót znajduje także swoje zastosowanie w prowadzeniu działalności gospodarczej. Robert C. Solomon, filozof z University of Michigan, już kilkanaście lat przed Haidtem pisał o tym, jak arystotelesowskie podejście zastosować w biznesie. Jak pisze John Dobson, stosując to podejście skupiamy się nie na celach i działaniach, które prowadzą do ich osiągnięcia, ale na kształtowaniu charakteru osoby działającej – np. menedżera. Dopiero takie działanie zapewni solidność i trwałość efektów. Każdorazowe przygotowywanie się do realizacji poszczególnych celów wymaga dużo większych zasobów energii. Ukształtowanie w drodze ćwiczeń cnoty pracowitości, wytrzymałości, kreatywności w osobie działającej pozwala następnie na sprawną realizację wielu celów. Chodzi więc o przeniesienie akcentu z „osiągania celów” na „bycie profesjonalistą”.

Dlaczego cnoty prowadzą do szczęścia? Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy powrócić do przytaczanej przez Haidta definicji cnoty jako doskonałości. Jeśli wydoskonalimy się w wykonywaniu danego rodzaju pracy, przestaje ona być dla nas męką, a staje się przyjemnością. Samo dojście do doskonałości w danym obszarze jest źródłem poczucia własnej wartości. Cnoty jednak nie ograniczają się do samodoskonalenia – należą do nich też dyspozycje do zachowań altruistycznych. Haidt powołuje się na wiele wyników badań, potwierdzających cytowane przez św. Pawła słowa Chrystusa, iż „więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu” (Dz 20,35). Badania Jane Piliavin wskazują, że działania wolontarystyczne (takie jak np. krwiodawstwo) faktycznie przyczyniają się do większego poczucia szczęścia i wyższej jakości życia, a naukowcy z Uniwersytetu Michigan zauważyli, że mają one także pozytywny wpływ na długość życia u seniorów.

Nawet w sytuacji, w której większość obywateli ma wspólną wiedzę na temat tego, co jest dobre, a co złe, konieczna jest jeszcze trwała zdolność do realizacji tego, co dobre, czyli zestaw cnót

Współcześni etycy, skupieni często (jak wskazywałem wcześniej) na kazuistyce poświęcają wiele uwagi samemu odróżnianiu dobra od zła. Przykładem takiego podejścia jest np. idea beefizmu, która wskazuje, że jedzenie wołowiny jest mniej niemoralne niż jedzenie ryb, gdyż pozyskanie danej ilości pokarmu pociąga za sobą śmierć dużo mniejszej liczby wołów niż ryb. Bioetycy zastanawiają się np. nad dobrem lub złem płynącym z eksperymentów na zwierzętach. Wszystkie te rozważania są potrzebne, choć ostatecznie każdy człowiek rozstrzyga o postępowaniu zgodnie z własnym sumieniem i rozumem. Jednak te dwie władze często nie wystarczają do tego, by dobro wprowadzić w czyn, jak bowiem pisał św. Paweł, nie czynimy dobra, którego chcemy, ale czynimy zło, którego nie chcemy. Jeżeli na przykład podzielamy opinie beefistów, to nie wystarczy fakt, że chcemy przyczynić się do śmierci jak najmniejszej liczby istot, skoro brakuje nam cnoty umiarkowania i nie umiemy powstrzymać się od jedzenia ryb na rzecz wołowiny. Aby zbliżać się do dobra i pokonywać złe tendencje, potrzebna jest także stała praca nad cnotami, tak aby dobre czyny nie były trudnym do osiągnięcia ideałem, by nie były męczarnią, a przyjemnością. Bez myślenia o cnotach i ich rozwijania nie ma także dobrze funkcjonującego społeczeństwa, a co za tym idzie – państwa. Nawet w sytuacji, w której większość obywateli ma wspólną wiedzę na temat tego, co jest dobre, a co złe, konieczna jest jeszcze trwała zdolność do realizacji tego, co dobre, czyli zestaw cnót. Ich formowanie jest więc być może najważniejszym zadaniem nie tylko dla szkół, uniwersytetów, ale także dla instytucji państwa i organizacji społecznych.