Newsletter

Nowe, nie najlepsze czasy

Postęp przyniósł ze sobą ciepło, jedzenie, zdrowie, pieniądze i ogłosił najlepsze możliwe czasy. Wkradły się za nim depresje i samobójstwa. Ostentacyjnie siedzą i psują atmosferę

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Nie jest łatwo być w dzisiejszych czasach konserwatystą. Westchnięcie za tradycją, minionym stanem rzeczy czy po prostu za przeszłością ledwie się wyrwie z ust i już szybciutko musi uciekać z powrotem by ugrzęznąć w gardle na widok obiektywnego i prężącego muskuły postępu. Nie ma tu cienia ironii. Jeśli chodzi o długość życia, obfitość przeciętnego posiłku, odporność przed chorobami czy bezpieczeństwo względem wojen lub morderstw, nigdy nie było lepiej. O dobrobycie naszych czasów związanym z postępem sugestywnie przekonywał pod koniec sierpnia zeszłego roku na łamach „Tygodnika Powszechnego” Marcin Napiórkowski w artykule „Żyjemy w najlepszych czasach” (36/2017). W swoim tekście przedstawiał twarde dane wskazujące czynniki, które jego zdaniem świadczą za pozytywną oceną otaczającej nas rzeczywistości. Ostatecznie jego celem było wytrącenie orężu przeciwnikom postępu, którzy wzdychają nad minioną, rzekomo lepszą przeszłością. Napiórkowski wskazywał między innymi właśnie na wzrastającą odporność przed chorobami (co odznacza się wzrostem przewidywanej długości życia o ponad 20 lat w stosunku do początku zeszłego stulecia) czy spadek liczby morderstw (tu dane są mniej oczywiste, bo choć od średniowiecza do XX wieku spadek rzeczywiście był ponad stukrotny to od czasów powojennych trudno wskazać jeden znaczący trend, który chwilami jest wręcz wznoszący). Rzeczywiście, gdy spojrzymy na wykresy, może wydawać się, zgodnie z tytułem wspomnianego artykułu, że żyjemy w najlepszych z możliwych czasów.

Żeby ocenić, czy postęp zapewnia nam coraz lepsze warunki, musimy podjąć decyzję dotyczącą tego, czym możemy te warunki zmierzyć

Ale może tak nie jest? Jeśli nie, to ta niewątpliwie niezbyt szczęśliwa konstatacja może jednak w pewien sposób pocieszyć przeciwnika współczesnego postępu. Wtedy bowiem jego walka może okazać się uzasadniona. A to pozwoli mu wzdychać za przeszłością i ponarzekać na tę dzisiejszą młodzież.

 

Miary szczęścia

Konserwatyzm ma wiele twarzy i znaczeń. Na własne potrzeby nazywam konserwatystą kogoś, kto po prostu nie ceni otaczającego nas postępu cywilizacyjnego i obyczajowego. Co więcej, mój konserwatysta (pokrywający się częściowo znaczeniowo z „reakcjonistą”) chciałby z nim walczyć pod hasłem „kiedyś było lepiej” na sztandarach, wskazując, że niesie on za sobą negatywne konsekwencje. Chciałbym też pokazać, że osoba taka może uargumentować swoje stanowisko odwołując się do subiektywnego poczucia szczęścia czy dobrobytu, a nie tylko obiektywnej jego zdaniem wyższości wyznawanych przez siebie wartości. Choć – jak się okaże – subiektywne poczucie szczęścia może być z obiektywnymi wartościami ściśle związane.

Żeby ocenić, czy postęp zapewnia nam coraz lepsze warunki, musimy podjąć decyzję dotyczącą tego, jak możemy te warunki zmierzyć. Wydaje się dość oczywiste, że nominalnie rzecz biorąc, czynników zagrażających poczuciu dobrobytu jest coraz mniej. Można w tym miejscu wskazywać na coraz mniejszą liczbę ofiar wojen, coraz wyższy przeciętny dobrostan materialny (mierzony np. posiadaniem przedmiotów), czy coraz mniejszą zapadalność na choroby. Także długość życia jest miarą dobrze pasującą do tej grupy.

Najszczęśliwsi byli rzeczywiście ci, którzy mają możliwość spełnienia większości swoich potrzeb – a więc wyznaczeni na podstawie rankingu Forbesa ludzie z listy 400 najbogatszych Amerykanów. Osiągnęli oni wynik 5.8. Co jednak ciekawe, drugą elitarną grupą byli… Amisze z Pensylwanii (ten sam wynik)

Ale na jakiej podstawie przyjmujemy, że to właśnie takie czynniki są oczywistymi kandydatami na miarę warunków życia? Co istotniejsze – skąd pewność, że te czynniki są wystarczające? Dobrobyt może łączyć się nie tylko z mierzalnym zewnętrznie dobrobytem ciała, ale równie dobrze z zupełnie subiektywnym dobrobytem „ducha”. Bo czy nie chodzi po prostu o to, czy ludzie czują się szczęśliwi? Słowem, szczęścia nie należy mierzyć jedynie „na zewnątrz” człowieka, za pomocą wspomnianych danych dotyczących warunków, w jakich żyjemy, ale „wewnątrz” – szukając jego subiektywnego poczucia. Wszyscy dobrze wiemy, że melancholia może ciążyć na duszy królewny nawet mimo suto zastawionych stołów i luksusowych warunków w pałacu.

Jest super, więc o co ci chodzi?

Subiektywne poczucie szczęścia natomiast wcale nie ma się tak dobrze, jak obiektywne wskaźniki związane z dobrobytem i postępem. Przede wszystkim, wspomniany postęp niekoniecznie idzie w parze z większą satysfakcją z życia. Wskazują na to np. dane dotyczące samobójstw, zaczerpnięte przede wszystkim z raportów WHO oraz analiz Keith Hawton oraz Kees van Heeringen, którzy jako psychiatrzy zajmują się tematyką samobójstwa.

Przez ostatnie 50 lat, globalny wskaźnik targnięć się na własne życie wzrósł o 60%, i choć wśród czynników zwiększających ryzyko samobójstwa wymienia się także te ekonomiczne (jak bezrobocie czy bezdomność), to w kontekście danych wskazujących globalną poprawę materialnych warunków życia, odpowiedzialnych za podany wzrost czynników należy szukać wśród tych nieekonomicznych. Wśród nich pojawia się większa izolacja i marginalizacja jednostek, zwłaszcza w krajach wysoko rozwiniętych, oraz dezintegracja tradycyjnych grup społecznych i związanych z nimi kulturowych wartości, co wydaje się być skutkiem globalnych i ciągłych przemian. Czynniki związane ze wzrostem ryzyka popełnienia samobójstwa obejmują oczywiście także choroby psychiczne, uzależnienia oraz wspomniane złe warunki ekonomiczne. Jednak większość z nich coraz mniej dotyczy współczesnych społeczeństw (o czym świadczą optymistyczne dane wspominane m.in. przez Napiórkowskiego w jego artykule). Rozluźnienie tradycyjnych wartości oraz relacji społecznych to czynniki, które bez dwóch zdań współgrają z szalejącym postępem, który w końcu ideologicznie wiąże się z relatywizacją wartości i indywidualizacją jednostki. Zatem zasadne jest upatrywanie źródła tragicznego trendu raczej w tych zjawiskach.

Ta powierzchowna analiza fenomenu wzrostu popełnianych samobójstw nie ma na celu oskarżenia postępu o całkowitą za niego odpowiedzialność. Wydaje się jednak usprawiedliwionym spostrzeżenie, że choć świat oferuje coraz więcej w kontekście zaspokajania potrzeb, to nie tylko wszystkich ich w pełni nie zaspokaja, ale wręcz coraz więcej ludzi ma poczucie zaniedbania tych najbardziej podstawowych. Spojrzenie subiektywne okazuje się dużo bardziej pesymistyczne od obiektywnego, z czym współgra fakt systematycznego wzrostu od lat 90-tych przyjmowania leków antydepresyjnych, niezależnie od farmakologicznej diagnozy.

Gdybym był Amiszem

Z czym może być związany opisany powyżej, nieco paradoksalny efekt większej możliwości zaspokajania potrzeb z mniejszym poczuciem ich zaspokojenia? Pewną odpowiedzią może być po prostu ekspozycja na owe potrzeby połączona z oczekiwaniami społecznymi. Jest to związane ze zjawiskiem tak jednocześnie oczywistym jak rzadko spostrzeganym: nasze potrzeby są kreowane przez zewnętrzne czynniki. Od reklam, po wzory kulturowe.

Dość sugestywne w tym względzie są badania Edwarda Dienera i jego współpracowników, dotyczące poziomu poczucia szczęścia u różnych grup społecznych z wielu kultur (od mieszkańców USA po Masajów). Są to badania kwestionariuszowe, w których uczestnicy mają odpowiedzieć na serię pytań o zadowolenie z życia pod względem dość zróżnicowanych aspektów (np. samorealizacji, poczucia sensu życia, ogólnego poczucia szczęścia). Na tej podstawie wyliczany jest współczynnik oddający subiektywne zadowolenie z życia. Przeciętnemu studentowi ze Stanów Zjednoczonych wychodziło 4.7 punktu (skala 1-7), więźniowi amerykańskiemu 2.5. Najszczęśliwsi byli rzeczywiście ci, którzy mają możliwość spełnienia większości swoich potrzeb – a więc wyznaczeni na podstawie rankingu Forbesa ludzie z listy 400 najbogatszych Amerykanów. Osiągnęli oni wynik 5.8. Co jednak ciekawe, drugą elitarną grupą byli… Amisze z Pensylwanii (ten sam wynik). W ścisłej czołówce najszczęśliwszych nie zmieściły się też grupy powszechnie traktowane jako ludzie sukcesu, natomiast znaleźli się tam np. żyjący w tradycyjnych grupach Masajowie oraz amerykańskie zakonnice.

Rewolucja seksualna, z rozpędu, dała nie tylko swobodę, ale także zajęła miejsce definiujące ramy wszelkich działań. Oprócz swobody, która jako wartość pozytywna ogranicza skrajne zaburzenia poczucia szczęścia, siłą rozpędu narzuciła rozseksualizowanie sfery publicznej

Co istotne, przy założeniu, że poczucie szczęścia wynika z zaspokojenia potrzeb, powyższe wyniki potwierdzają, że potrzeby te nie są obiektywne, ale niejako wytworzone. Można zaryzykować tezę, że zarówno Amisze, jak i najbogatsi biznesmeni mają możliwość zaspokojenia subiektywnych potrzeb na podobnym poziomie, choć obiektywnie Amisze zaspokajają ich mniej.  Dzieje się tak, ponieważ w społeczności Amiszów nie wytworzyły się te potrzeby, które zostały wytworzone w społeczności biznesmenów. Jednakże zdecydowana większość zachodniego świata nie funkcjonuje w warunkach zbliżonych do Amiszów, lecz raczej ma możliwość podziwiania warunków biznesmenów. Postęp, pokazując większe możliwości zaspokojenia potrzeb, jednocześnie podnosi oczekiwania. Jego wpływ jest na tyle szeroki, że rzeczywiście ratunkiem od obowiązku spełniania niemożliwych do zaspokojenia potrzeb może być jedynie ucieczka od postępu do oświetlonej świeczką drewnianej chaty w odizolowanej wiosce.

#Metoo

No i seks.

Trudno o wartość bardziej oddzielającą od siebie konserwatystów od postępowców. Jak  można wyczytać w obszernej metaanalizie badań nad satysfakcją seksualną „A systematic review of sexual satisfaction” z 2013 roku autorstwa Maríi del Mar Sánchez-Fuentes i współpracowników, czynniki związane z powszechnie rozumianym postępem mają niejednoznaczny związek ze szczęściem w tej dziedzinie życia.

Kilka opisanych w powyższej publikacji wyników tworzy niejednorodny obraz. Choć z jednej strony religijność, w ogólności, jest związana z niższą satysfakcją seksualną, to – jak pokazują badania – efekt ten jest bardzo niestały. Dodatkowo, gdy analiza dotyczy każdej z grup religijnych oddzielnie, a nie grupy ludzi po prostu określających się jako religijne, okazuje się, że efekt ten może być zgoła odwrotny, ale jedynie w przypadku grup hermetycznych (np. muzułmanów czy mniejszych grup religijnych, jak wspomniani wyżej Amisze). Jednakże abstrahując od religii, okazuje się, że satysfakcji seksualnej sprzyja konserwatywny styl życia obejmujący stały związek, niską liczbę partnerów, a także rezygnujący z pornografii. Przy tym to osoby utożsamiające się z ideologią lewicową są mniej narażone na skrajne zaburzenia seksualne.

Badania te, oprócz tego, że są zwykłą ciekawostką, wskazują na pewien aspekt współczesności –  niekiedy niezauważany lub niedoceniany, a związany z tym, o czym była mowa przy poziomie szczęścia u Amiszów i bogaczy. Zachodni postęp, w mojej opinii, sprezentował nam nieprzystające do siebie nawzajem wartości, a także nierealne wzorce.  Pewnym odzwierciedleniem tego faktu jest akcja #metoo. Rewolucja seksualna, z rozpędu, dała nie tylko swobodę, ale także zdefiniowała ramy wszelkich działań. Oprócz swobody, która jako wartość pozytywna ogranicza skrajne zaburzenia poczucia szczęścia, siłą rozpędu narzuciła rozseksualizowanie sfery publicznej. Z tego powodu deklaracja #metoo jest uzasadniona nie tylko w przypadku osób, które osobiście doznały molestowania w cięższej lub lżejszej formie. Pod tym hasłem mogą podpisać się także wszyscy ci, którzy są molestowani na co dzień pośrednio poprzez przymusowe funkcjonowanie w przestrzeni przesyconej seksualnością w reklamach, rozmowach, czy kulturze masowej. Tak się dzieje we współczesnym zachodnim świecie, co za przyczyną zalewu obrazów i wzorców o charakterze seksualnym, wypacza oczekiwania od świata i jego obraz.

Ostatecznie wartość swobody seksualnej ściera się z wartością prawa do własnej nietykalności. Poczucie wartości własnej osoby nie ma możliwości istnieć w sposób koherentny z przyjętymi obecnie wartościami i wzorcami związanymi ze swobodą seksualną, które naruszają swobodę jednostki zarówno od zewnątrz, bombardując obrazami, ale i od wewnątrz, wymagając określonych zachowań i spełnienia oczekiwań nowoczesnego rozseksualizowanego świata.

Konserwatywne veto

Ostoją dla zarówno konserwatysty rozumianego potocznie, jak i tego opisanego na wstępie będzie religia i rodzina. Także w tym kontekście można powołać się na badania Davida Myersa z 2000 roku, wskazujące związek poczucia szczęścia z tym, czy ktoś żyje w małżeństwie (najlepiej – ok. 40% „bardzo szczęśliwych”), zawsze w stanie wolnym (też dobrze – ponad 20%), separacji (gorzej – poniżej 20%), jest rozwiedziony (najgorzej – ok. 15%). W tym wypadku, choć można mieć zastrzeżenia co do braku opcji stałego nieformalnego związku, warto zauważyć, że badani rozwiedzeni także bywali w stałych związkach, nawiązanych później. Wyniki tych samych badań wskazują także na korelację częstotliwości praktyk religijnych z ogólnym poczuciem szczęścia. Szafowanie jednak jedynie samymi danymi może omijać nieco sedno sprawy. Poczucie szczęścia jako subiektywne spojrzenie na swój stan w otaczającym świecie wyznacza nam bowiem dopiero jedno z dwóch możliwych znaczeń „subiektywnego spojrzenia”. Wspominane do tej pory badania zaś są argumentami jedynie przy przyjęciu takiego znaczenia (choć dla głównej tezy i te są wystarczające).

Dla konkretnej osoby, oceniającej to, czy żyjemy w najlepszych z czasów, nie musi być najważniejsze, czy jesteśmy szczęśliwi, czy nie

Dodatkowo dla konkretnej osoby, oceniającej to, czy żyjemy w najlepszych z czasów, nie musi być najważniejsze, czy jesteśmy szczęśliwi czy nie. Istotne mogą tu być zupełnie inne wartości same w sobie. W związku z tym, fakt wyższego dobrobytu ciała czy satysfakcji może być zupełnie nieistotny dla tych, dla których fundamentalny jest dobrobyt „ducha” w najbardziej potocznym tego słowa znaczeniu. Wyższy status materialny czy lepsze zdrowie nie są w stanie pocieszyć mieszkańca coraz bardziej zlaicyzowanego Zachodu, jeśli fundamentalne wartości wyznacza dla niego religia. Podobnie wspomniane, namacalne zdobycze postępu nie są w stanie zadowolić tego, który najbardziej ceni rodzinę i tradycję, a w świecie widzi częstsze rozwody i alienację. I nie ma tu znaczenia, że jest on zdrowszy i bogatszy.

Na obecne czasy można więc utyskiwać na dwa sposoby: dowodząc braku lub wręcz negatywnego wpływu postępu na subiektywne poczucie szczęścia, lub odrywając namacalne zdobycze współczesności od przyjmowanych przez nas wartości. Który lepiej wybrać? To już subiektywna sprawa.