Nieśmiertelność Goldie Hawn

Aktualności,

Ludzie postępu wiążą dziś nadzieje na życie wieczne nie tyle z Judeą, co z Kalifornią. Felieton na Wielki Tydzień.

Zawiść niejedno ma imię: zwykło się sądzić, że jej przedmiotem są adidasy u nastolatków, nakłady – u autorów, zaś samochody, żony, dzieci i trawniki sąsiadów w przypadku wyższej klasy średniej z Westchester i Wilanowa. Treść komentarzy, jakie pojawiały się na portalach po niedawnej śmierci Davida Rockefellera świadczy jednak o tym, że w niedalekiej przyszłości zazdrościć będziemy sobie nawzajem przede wszystkim wydatków, poniesionych na przedłużenie życia. Ma to jakiś sens: różnica między nieśmiertelnością (gdyby znalazła się ona w zasięgu ludzkich możliwości) a śmiertelnością jest nieskończenie większa niż między jakimikolwiek innymi skrajnymi kondycjami w rodzaju młody-stary czy piękny-brzydki, więc i millenia, pozostające do dyspozycji bliźniego, musiałyby budzić znacznie większe emocje niż maserati.

Rockefeller zmarł jednak, wrzawa zaś po jego śmierci stanowiła jeszcze jeden dowód (jakby poza tym ich brakowało) na to, że nikt nie panuje już nad zalewem „postprawdy”. Historyjkę o tym, że multimiliarder aż siedmiokrotnie korzystał z przeszczepu serca powtórzyły na świecie setki mediów, w Polsce m.in. tytuły tak legendarnie profesjonalne jak „Gość Niedzielny” czy TV Republika, choć cała historia, jak prześledzili łowcy bzdur, wzięła początek z żarciku „World News Daily Report”. Jest to portal zasłużony, jeśli idzie o purenonsensową rozrywkę w gorszym, a zatem pysznym guście („Zatrzymano kobietę tresującą wiewiórki do ataków na eks-narzeczonego” – głosi najnowszy news, konkurując z informacją o sekstaśmach ukazujących Justina Trudeau z Ivanką Trump), nie należy go jednak traktować jako źródła rzetelnej informacji – no, chyba że jesteśmy redaktorem Frondy.pl.

Żywotność tej plotki pokazuje, jak blisko, tuż pod skórą, tkwią u ludu archetypy i legendy. Żyd, haczykonosy bogacz, handlujący sercami ubogich młodzieńców – jaki to wdzięczny obrazek dla ubogiej wyobraźni! Krok jeszcze – i na horyzoncie pojawiłaby się, ku uciesze i zgrozie liberalnych publicystów, opowieść o toczeniu krwi niemowlęcej.

Swoje intuicje na temat wartości młodej krwi miała Elżbieta Batory, swoje – prowokatorzy Ochrany, rozpuszczający plotki o mordach rytualnych, by odpalić pogromy od Kiszyniowa po Białystok, a swoje – biolodzy eksperymentujący z parabiozą, czyli chirurgicznym łączeniem dwóch organizmów

Tyle, że jeśli pojawiłaby się to – uwaga – niebezzasadnie.  Swoje intuicje na temat wartości młodej krwi miała Elżbieta Batory, swoje – prowokatorzy Ochrany, rozpuszczający plotki o mordach rytualnych, by odpalić pogromy od Kiszyniowa po Białystok, a swoje – biolodzy eksperymentujący z parabiozą, czyli chirurgicznym łączeniem dwóch organizmów. Opublikowane przed dziesięciu laty wyniki badań zespołu ze Stanford University, pracującego pod kierunkiem neurologa i badacza komórek macierzystych Toma Rando, nie pozostawiają miejsca na wątpliwości: po połączeniu krwiobiegów dwóch niespokrewnionych i różniących się wiekiem myszy, mięśnie, wątroby i mózgi tych starszych ulegały błyskawicznemu odmłodzeniu. Komunistyczny mistyk Aleksander Bogdanow, który jako jeden z pierwszych eksperymentował w latach 20. XX wieku, m.in. na sobie, z transfuzjami jako metodą odmładzania (i zmarł w wyniku zakażenia), kiwa ze wzruszeniem głową w postępowych niebiesiech („a nie mówiłem, towarzysze!”), zaś uczniowie prof. Rando rozpoczęli rok temu w klinice w Monterey zakrojony na szeroką skalę eksperyment, przetaczając krew i plazmę młodych (16-25 lat) ochotników starym (65+) ochotnikom i oznaczając biomarkery, by jak najprecyzyjniej stwierdzić komu, co i dlaczego się polepsza w następstwie takiego zabiegu.

Stanford, Monterey… Dopiszmy do tej listy jeszcze Los Angeles, a przestanie nas dziwić, że ludzie postępu wiążą dziś nadzieje na życie wieczne nie z Judeą, lecz z Kalifornią.  I mają po temu podstawy, jeśli wczytać się w opublikowany w najnowszym New Yorkerze niezwykły reportaż Tada Frienda, zatytułowany „Silicon Valley’s Quest to Live Forever”.

W liczącym przeszło 80 tys. znaków i budzącym niejeden zawrót głowy tekście przeczytamy o parabiozie i koncepcjach dokonania korekty ludzkiego genomu tak, by wykluczyć zeń „wadliwe” fragmenty, o sporach w środowisku badaczy między szkołą „długowieczników” a „nieśmiertelnościowców”  i o inwestującej w biotechnologie Martine Rothblatt, deklarującej „pragniemy, aby w przyszłości śmierć byłą rozwiązaniem nie tyle obligatoryjnym, co opcjonalnym”. Generalnie – o wizji i metodach osiągnięcia nieśmiertelności, która połączyła środowiska inwestorów i wizjonerów z Doliny Krzemowej, multimiliarderów stawiających na nanoroboty, futurologów i celebrytów: wszyscy zdeterminowani są, by przyczynić się do „wielkiego skoku” na kształt tamtego, który przed pół wiekiem wyniósł Amerykę w kosmos. Goldie Hawn, Jeff Bezos i Ray Kurzweil stoją ramię w ramię, przekonani, że im właśnie uda się żyć wiecznie – a firmy o nazwach w rodzaju „Elisium Health”, z greką i szczyptą ezoteryki w nazwie utwierdzają ich w tym przekonaniu.

60-letni mikrobiolog Brian Hanley badania krwi robi co trzy dni: wszystkie wyniki poprawiają się z dnia na dzień, odrzucił już okulary, a jego największą troską jest kłucie w krzyżu: podźwignął się, usiłując w pojedynkę przenieść lodówkę

Zarówno dyskutowane dziś i wprawiane właśnie w ruch technologie korygowania genomu i produkowania nowych organów w białkowych drukarkach 3D, jak dystopijne wizje świata, w którym kupuje się długowieczność są za poważną materią, by sprostać jej w felietonie. Można w nim za to wspomnieć, idąc za „New Yorkerem”, o dynamice, z jaką kroczą architekci naszej przyszłości. Ned David, 49-letni jasny blondyn, wyglądający na trzydziestkę w swoich rurkach i Conversach, współzałożyciel Unity Biotechnology, garściami zajada się metforminą („sprawdza się w prewencji cukrzycy”) i smaruje tuzinem kremów w obawie przed czerniakiem. Ale co tam metformina: legendarny Ray Kurzweil, współtwórca ideologii transhumanizmu, połyka, jak sam szacuje, do 90 tabletek dziennie: jest wśród nich metformina, ale i koenzym Q10, i witaminy, i fosfatydylocholina, gwarantująca ponoć jędrność skóry: reporter New Yorkera musiał osobiście poklepać ramię wielkiego człowieka, by zapewnić go, że nie ma mowy o fałdkach.

Ale co tam metformina; 60-letni mikrobiolog Brian Hanley dokonał na sobie półlegalnej operacji genowej, zamieniając szczyptę swojego uda w nowy organ, wytwarzający hormon somatoliberynę (GHRH), stymulujący regenerację serca, nerek i grasicy. Badania krwi robi co trzy dni: wszystkie wyniki poprawiają się z dnia na dzień, odrzucił już okulary, a jego największą troską jest kłucie w krzyżu: podźwignął się, usiłując w pojedynkę przenieść lodówkę. Bill Maris, współzałożyciel Google Ventures, wegetarianin, spędzający dwie godziny dziennie na jodze i bieżni, na razie pociesza się tym, że podczas skanowania jego mózgu okazało się, iż ciało modzelowate – najważniejsze spoiwo obu półkul – jest u niego wyjątkowo okazałe: czym prędzej zamówił u znajomych plastyków polimerowy „odlew” onegoż, sporządzony na drukarce 3D, i z dumą trzyma go na biurku, starannie ocierając z kurzu. To gwarancja jego sprawności: ale czy wieczna? Dlatego Google Ventures przeznaczyło właśnie kolejnych kilkadziesiąt milionów dolarów na badania: śmierć musi stać się opcjonalna.

I co począć z tą triumfującą pewnością siebie? Czy w ogóle jest jakiś sposób, by zareagować na tę pychę, by dać do zrozumienia, że nie tędy droga? Tekst niniejszy, na mocy żelaznych reguł rządzących terminarzem redakcyjnym „Nowej Konfederacji”, ukazuje się w Wielkim Tygodniu – a skoro tak się stało, nie od rzeczy może będzie powiedzieć, półgłosem, ale zdecydowanie, wodząc palcem wzdłuż liter trwalszych niż ryte w kamieniu: „Wtedy wszedł do wnętrza także i ów drugi uczeń, który przybył do grobu. Ujrzał i uwierzył”.