Niekompetencja wiodąca lud na barykady

Ochrona Puszczy Białowieskiej, choroby psychiczne, szczepionki – te ważne tematy są ofiarą rewolucji bez idei. Żyjemy w marzeniu Paula Feyerabenda o anarchizmie metodologicznym w dyskursie naukowym

Coś jest nie tak z debatą na tematy naukowe. Spór wokół wycinek w Puszczy Białowieskiej przyjął iście manichejską formę. Stał się polem bitwy, w której „obrońcy drzew przed kornikiem” i „drzew przed piłami” stają po dwóch absolutnie różnych stronach bardzo emocjonalnego konfliktu. W tej kwestii wypowiadają się wszyscy. Autorytetami stają się nie tylko naukowcy, ale także celebryci czy artyści. Przykładem może być Borys Szyc broniący drzew przed wycinką w „Faktach po Faktach” lub Adam Kraśko – uczestnik pierwszej edycji programu „Rolnik szuka żony”, który udzielił wywiadu komentując sprawę puszczy dla wpolityce.pl (tym razem krytyka została wycelowana w ekologów). Podobnie wygląda spór wokół obowiązku szczepień. Przeciwnicy podnoszą często argumenty za tezą o wpływie podawania szczepionek na występowania zaburzeń ze spektrum autyzmu, która przez środowisko naukowe jest uznana za sfalsyfikowaną. Powołują się też na autorytety bez żadnego oparcia w świecie nauki, takie jak Jerzy Zięba, które zarzucają środowisku naukowemu spiskowe działania na niekorzyść społeczeństwa. Zwolennicy obowiązku szczepień zamiast przystawać do dyskusji nad formą obowiązku, przyjęli równie agresywną postawę atakującą każde sceptyczne napomknienie dotyczące choćby i szczegółów wdrożenia praktyki immunizowania. Autorytetami nakłaniającymi do szczepienia także często nie są wcale naukowcy, ale np. aktorzy, jak Magdalena Różczka, która jako ambasador UNICEF-u przyjęła tę rolę.

Skrajne wypowiedzi osób niebędących specjalistami w danych dziedzinach (często niestety po prostu niekompetentnych) zwykle wybijają się na pierwszy plan opiniotwórczej rzeczywistości jaką współcześnie staje się Facebook czy capslockiem pisane tytuły na portalach internetowych. Aktorzy komentujący działania polityki socjalnej, międzynarodowej czy podatkowej już nie dziwią.  Nie dziwi też doradca personalny Mateusz Grzesiak, którego wpisy na Facebooku, m.in. podważające istnienie niektórych zaburzeń i chorób psychicznych, takich jak depresja, osiągają zasięgi w setkach tysięcy. Tworzą tym samym ogromną siłę opiniotwórczą.

Dlaczego film Patryka Vegi „Botoks”, który z argumentów anegdotycznych tworzy obraz z mocną tezą dotyczącą degrengolady autorytetów medycznych w Polsce, bije rekordy popularności w kinach? Być może rzeczywiście naukowcy i specjaliści nie są więcej warci od szarych, ale realnie zainteresowanych obywateli?

Dlaczego więc autorytet naukowców tak podupada? Dlaczego film Patryka Vegi „Botoks”, który z argumentów anegdotycznych tworzy obraz z mocną tezą dotyczącą degrengolady autorytetów medycznych w Polsce, bije rekordy popularności w kinach? Być może rzeczywiście naukowcy i specjaliści nie są więcej warci od szarych, ale realnie zainteresowanych obywateli? Być może rzeczywiście nauka jest nie tylko systemowo skażona jak pokazuje film Vegi, ale tak, jak chce Zięba i wielu innych działaczy bez uznania w środowisku akademickim, w samej swojej naturze i metodologii jest czymś nieobiektywnym?

Przychodzi Relatywizm do Nauki…

Powyższe sytuacje oczywiście nie są czarno-białe. Tematy, w których pojawiają się mniej lub bardziej naukowe argumenty nie zawsze są oczywiste, a na pewno warte przedyskutowania. Jednak wspomniane wojny naświetlają inną poważną trudność: problem zaufania do naukowców, ekspertów – ich roli w dyskusji publicznej, a nawet roli i autorytetu samej nauki w tej dyskusji.

W historii filozofii nauki obiektywną wartość osiągnięć naukowych zaczęto podważać ponad 50 lat temu. Najpierw twórca teorii rewolucji naukowych, Thomas Kuhn, wskazywał na to, że nie można mówić o obiektywnym rozwoju w nauce od samego jej zarania. Funkcjonuje ona w cyklach, podczas których istnieje etap tzw. nauki normalnej, w którym, w ramach metod i ram teoretycznych przyjętego paradygmatu, kumulujemy wiedzę i odkrywamy zasady działania świata. Z czasem jednak uzyskujemy coraz więcej danych nie pasujących do naszego paradygmatu – wtedy następuje etap kryzysu w nauce, kiedy naciągamy teorie, tworzymy hipotezy ad hoc, tak aby wszystko pasowało do założeń paradygmatycznych. Prędzej czy później jednak następuje etap rewolucji, kiedy pojawia się nowy paradygmat, dostatecznie atrakcyjny, aby obalić poprzedni. Wtedy zmieniają się założenia teoretyczne i metody naukowe, a świat nauki funkcjonuje znowu w etapie nauki normalnej. Rozwój ten ma jednak charakter cykliczny i każdy paradygmat musi w końcu zostać obalony. Kuhn powoływał się m.in. na klasyczny przykład z historii fizyki, kiedy to paradygmat newtonowski został zastąpiony tym, który powstał wskutek odkryć fizyki kwantowej. Główna konsekwencja tej teorii jest następująca: rozwój nauki i wartość odkryć mogą być mierzone w ramach paradygmatu. Z obiektywnej perspektywy są to kwestie względne.

Jesteśmy w momencie rewolucji bez idei. Rewolucjoniści wytykając niezgodności badań, korupcję w środowiskach eksperckich (np. lekarzy), odmienne zdania ekspertów (często bez dokładnego sprawdzenia źródeł i bez oglądu na stanowisko szerszego środowiska naukowego wobec danego problemu) po kolei ścinają kolejnych królów w postaci autorytetów – naukowców

Jeszcze większej intelektualnej rewolucji w filozofii nauki dokonał jednak Paul Feyerabend. W roku 1975, trzynaście lat po pojawieniu się „Struktury rewolucji naukowych” Kuhna, wydał on książkę „Przeciw metodzie”, która wywołała potężny ferment w środowisku naukowym. Feyerabend opisał w niej swoje stanowisko wobec rozwoju naukowego, metod naukowych a także miejscu nauki w społeczeństwie. Nazwał je wdzięcznie – anarchizmem metodologicznym.

…i wprowadza Anarchię

Obecna sytuacja chaosu informacyjnego i upadku autorytetu naukowców wygląda jak spełnienie marzeń Feyerabenda, przynajmniej w kwestii miejsca nauki w społeczeństwie. Argumentacja Feyerabenda jest kilkustopniowa. Przede wszystkim, intuicje Kuhna rozszerza on na funkcjonowanie nauki w ogólności. Paradygmatów jest więcej i funkcjonują one w tym samym czasie. Nie powinno się czekać, aż jeden zajmie miejsce drugiego. Dla rozwoju nauki najlepsze jest ciągłe atakowanie paradygmatów i dopuszczanie do głosu wszystkich podejść. Feyerabend proponuje metodę kontrindukcji, wskazując, że dobre dla rozwoju nauki (której normatywne cele są zrelatywizowane do zindywidualizowanych potrzeb jednostek i grup, w jakie się łączą) jest np. rozwijanie hipotez niezgodnych z przyjętymi i dobrze potwierdzonymi teoriami. Powołując się na przykłady z historii nauki (zwłaszcza na przełomy w historii fizyki, takie jak odrzucenie fizyki newtonowskiej czy odkrycia Galileusza) Feyerabend wskazuje, że obalenie dotychczasowej teorii jest bowiem możliwe jedynie za pomocą materiału faktycznego, którego odkrycie wymaga przyjęcia koncepcji teoretycznej niezgodnej z dotychczasową teorią. Pożądane jest też przyjmowanie hipotez niezgodnych z faktami i obserwacjami, ponieważ same metody i kryteria obserwacji presuponują określone założenia teoretyczne. W istocie więc przyjmowanie hipotez niezgodnych z doświadczeniem jest dopuszczaniem teorii niezgodnych z teorią obowiązującą, do czego, jak pisałem, także zachęcał Feyerabend. Konsekwencją tego typu założeń jest dla niego wizja pluralistycznej nauki, dzięki której w dyskursie jest możliwy maksymalny „ruch myśli”.

Poglądy te mają przełożenie na praktyczne rozwiązania społeczne. Feyerabend uznaje naukowców za obrońców konkretnego porządku i konkretnego języka opisującego świat, których uznanie za autorytety wstrzymuje rozwój naukowy odbierając dyskursowi naukowemu pluralizmu. Do dyskursu naukowego dopuszczone powinny być wszelkie teorie i podejścia, podobnie do edukacji. W ten sposób społeczeństwo będzie wzrastało w zrozumieniu pluralizmu, co zapewni mu maksymalny rozwój wedle potrzeb wyznaczonych przez samą społeczność.

Permanentna rewolucja bez idei

Feyerabend opisuje też w swojej filozofii tzw. tradycje, które wyznaczają normy funkcjonowania nauki w społeczeństwie. Może być tradycja racjonalna, jak nasza poczciwa kultura Zachodu, albo np. tradycja magiczno-harmonijna, jak w niektórych kulturach pierwotnych. Wykazując, że nie ma obiektywnej możliwości porównania tych tradycji, ponieważ kryteria oceny są wyznaczane wewnętrznie przez daną tradycję, autor „Przeciw metodzie” proponuje rozwiązanie rewolucyjne: dopuścić na równych prawach wszystkie tradycje zarówno do edukacji, jak i do dyskusji. Naukę zaś oddzielić od państwa, tak jak religię (zgodnie z porównaniem, którego sam używał). Społeczeństwo, kierując się swoimi potrzebami, niemal jak w liberalizmie w wersji sauté, swoją niewidzialną ręką samo wybierze spośród rozwiązań, jakie proponują wszelkie tradycje – te, które spełniają oczekiwania ludzi najlepiej.

Jest tu jednak pewien problem. Propozycja Feyerabenda jest w istocie opisem jedynie jednego ze stadiów rozwoju nauki u Kuhna – etapu rewolucyjnego. Różnica polega na tym, że u Kuhna za rewolucją szła myśl przewodnia następującej później tradycji, mówiąc językiem Feyerabenda. Ten jednak nie chce dopuścić do przyjęcia „myśli przewodniej”, konkretnego odkrycia, teorii czy metody jako motoru dla swojej rewolucji, ponieważ musiałaby się ona skończyć. Rewolucja u Feyerabenda musi trwać, nie może zostać zawłaszczona przez żadną z tradycji, żadną z grup.

Trzeba ściągnąć wodze, również charakterystycznego dla zachodu sceptycyzmu, a co za tym idzie – swoistego pluralizmu i poczucia pewnego rodzaju wolności w dyskursach

Jesteśmy w momencie właśnie takiej rewolucji bez idei. Rewolucjoniści wytykając niezgodności badań, korupcję w środowiskach eksperckich (np. lekarzy), odmienne zdania ekspertów (często bez dokładnego sprawdzenia źródeł i bez oglądu na stanowisko szerszego środowiska naukowego wobec danego problemu) po kolei ścinają kolejnych królów w postaci autorytetów – naukowców. Do niczego to jednak nie prowadzi. Prędzej czy później jakaś idea musi i powinna się narodzić, aby móc wejść w stadium nauki normalnej. Potrzebujemy jej dzieci, jakimi są uznane metody, uznane recepty, ugruntowane w czymś rozwiązania. Nauką nie może być zwykły pluralizm, który co prawda wzmacnia poczucie wolności i samostanowienia u szarych obywateli, ale uniemożliwia zaspokojenie potrzeb, do którego dąży nasza tradycja naukowa – dobrostanu ciała i poczucia zrozumienia świata.

Rewolucję można jednak też stłumić powołując się na wspomniane potrzeby oraz na podstawy naszej tradycji, jaką są wypracowane metody naukowe, racjonalizm i struktury uniwersyteckie tworzące, bądź co bądź, autorytety. Nie ma róży bez kolców, nie ma stłumienia rewolucji bez strat w wartościach, jakie się z nią wiązały. W tym celu trzeba ściągnąć wodze, również charakterystycznego dla zachodu sceptycyzmu, a co za tym idzie – swoistego pluralizmu i poczucia pewnego rodzaju wolności w dyskursach. Od edukacji szkolnej należy w tym celu wypracowywać zaufanie do autorytetów naszej tradycji (naukowców) i uczyć obrony przed cichymi rewolucjonistami, jakimi są pseudonaukowcy i kontestatorzy operujący broniami w postaci fake newsów, artykułów w tzw. predatory journals i, co najgorsze, wyjątkowo prostymi, klarownymi i absolutnie niepotwierdzonymi przez naukowców teoriami.

Stały współpracownik NK. Członek Pracowni Filozofii Eksperymentalnej przy Instytucie Filozofii UW

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz