Jeśli chcesz ten artykuł przeczytać ponownie lub brak teraz czasu aby przeczytać całość, to możesz dodać go do swojej listy artykułów. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Nie ma przywództwa bez siły

To Niemcy, a nie Polska, są dziś w stanie sprawować hegemonię w regionie Europy Środkowej. Gdyby Polska była rządna, mogłaby z nimi rywalizować. Ale nie jest

To Niemcy, a nie Polska, są dziś w stanie sprawować hegemonię w regionie Europy Środkowej. Gdyby Polska była rządna, mogłaby z nimi rywalizować. Ale dopóki nie jest, neojagiellońskie projekty geopolityczne pozostaną w sferze pobożnych życzeń.

Idea ścisłej koalicji państw Grupy Wyszehradzkiej (Polska, Węgry, Czechy, Słowacja) pod przewodem Warszawy regularnie wraca w naszej debacie jak bumerang. Ostatnio podniósł ją na łamach „Nowej Konfederacji” Marcin Kędzierski („Czas na Międzymorze”, „NK” nr 3(54)/2014). Prezes Klubu Jagiellońskiego postuluje wyjście z obecnego wyszehradzkiego marazmu poprzez „ucieczkę do przodu”, polegającą na mocnym postawieniu na rozwój regionalnych instytucji, i śmiało proponuje dziesięć bardzo konkretnych kroków tą drogą prowadzących. To wizja piękna i kusząca. Niestety jednak nie tylko niespójna, lecz i odległa od geopolitycznej rzeczywistości.

Na jej przeszkodzie stoją bowiem trzy problemy, które autor traktuje w nieco ambiwalentny i czasem wewnętrznie sprzeczny sposób. Pierwszym z nich jest stosunek Niemiec do polskiego przywództwa w Europie Środkowej. Drugim: spójność interesów bezpieczeństwa Grupy Wyszehradzkiej (co można sprowadzić do stosunku do polityki Rosji). Wreszcie problemem jest także „rządność” poszczególnych państw zarówno na poziomie wewnętrznym, jak i na poziomie koordynacji wspólnych projektów.

Nie liczmy na Niemców

Zacznijmy od punktu, w którym autor stwierdza, że oparciem w głębszej integracji Grupy Wyszehradzkiej mogłyby być Niemcy. Gdyby to była prawda, byłaby to dla Polski wielka pomoc i wspaniała wiadomość ze względu na pierwszorzędny format polityczny i gospodarczy Republiki Federalnej. Jednak Kędzierski w tym samym artykule konstatuje sprzeczność niemieckiego i polskiego interesu narodowego. Sam więc swoją tezę osłabia (jeśli nie obala). Aczkolwiek zdaje się nie doceniać głębi tej sprzeczności.

Niemcy nigdy nie były i (w dającej się analizować przyszłości) nie będą zainteresowane polskim przywództwem w Europie Środkowo-Wschodniej. Z prostego powodu: Berlin sam chce być tu liderem

W istocie Niemcy nigdy nie były i (w dającej się analizować przyszłości) nie będą zainteresowane polskim przywództwem w Europie Środkowo-Wschodniej ani nawet w jej wyszehradzkiej części. Z prostego powodu: Berlin sam chce być tu liderem. Zakładali to już XIX-wieczni klasycy niemieckiej geopolityki, mówiąc o Mitteleuropie jako o obszarze między Francją a Rosją pod hegemonią ojczyzny Bismarcka. Dziś to samo – choć w zmienionych okolicznościach historycznych i za pomocą innych metod – zawiera się w haśle Zentraleuropy.

Po rozpadzie bloku komunistycznego Niemcy skutecznie zdominowały nasz region gospodarczo. I coraz wyraźniej dominują w nim politycznie. Dla krajów bałtyckich i wyszehradzkich to Berlin, a nie Warszawa, jest naturalnym adwokatem ich interesów w Unii Europejskiej. To Berlin, a nie Warszawa, jest źródłem inwestycji, technologii, wiedzy organizacyjnej. Dlatego nie może dziwić, że coraz więcej wskazuje na bezpośrednie przejęcie przez Niemcy przywództwa wśród państw wyszehradzkich.

Jak wskazuje w tym samym numerze „NK” Michał Kuź, Niemcy realizują swoje inicjatywy bez zbędnej fanfaronady. Możemy się ich domyślać z deklaracji składanych coraz częściej przez coraz bardziej „wyszehradosceptyczny” rząd w Pradze, a także z sygnałów o promocji inicjatyw współpracy obronnej pod przywództwem Niemiec płynących z kręgów zarówno eksperckich, jak i tych związanych z dyplomacją (bądź raczej działających pod przykrywką dyplomacji). Z tych sygnałów można także odczytywać, że Niemcy chcą zagrać również na nucie większego pragmatyzmu w relacjach z Rosją, jaki reprezentują inne niż Warszawa stolice wyszehradzkie. Wydaje się też, że bez cichego błogosławieństwa berlińskich sojuszników z Europejskiej Partii Ludowej rząd Orbána nie mógłby sobie pozwolić na tak radykalny ideologicznie (jak na standardy unijne) i ostatnio wprost kolizyjny z Waszyngtonem kurs.

Dopóki Polska nie zaoferuje krajom regionu porównywalnie atrakcyjnej oferty – a nic na to na razie nie wskazuje – nie będzie się liczyć w castingu na środkowoeuropejskiego lidera. Długofalowo, wobec braku chęci Berlina do uznania i wspierania polskiej aktywnej roli w Grupie Wyszehradzkiej nasze ambicje przywódcze musiałyby więc zakładać przeciwstawienie się Niemcom i wyparcie z regionu ich wpływów. Zakładanie jednego bez drugiego jest oddawaniem się oderwanemu od realiów marzycielstwu.

Instytucje nie wystarczą

Ale nawet pomijając kwestię Niemiec, wizja Kędzierskiego grzeszy naiwnością. Pisze on o Grupie Wyszehradzkiej, że „dziś nie potrzebujemy seminariów o wspólnej tożsamości. Dziś potrzebujemy działań instytucjonalnych”. Nie sposób w krótkim tekście się odnieść do każdego z dziesięciu punktów programu Kędzierskiego. Ograniczę się więc do stwierdzenia, że niektóre z nich, jak np. powołanie Uniwersytetu Środkowoeuropejskiego, są ze wszech miar godne poparcia. Jednak generalnemu zamysłowi towarzyszy jednocześnie swoista próba zaklęcia rzeczywistości.

Rzecz w tym, że Grupa Wyszehradzka w aspekcie instytucjonalnym działa relatywnie dobrze. Istnieją procedury wspólnych spotkań i uzgodnień. Dużą, pozytywną rolę odgrywa Międzynarodowy Fundusz Wyszehradzki. Rozbudowa tego systemu nie zmieni jednak środkowoeuropejskiego ładu. Jest raczej patentem na stworzenie kolejnych grup interesów w ministerstwach (pomysł osobnych departamentów ds. Wyszehradu) i w samej Grupie. To jednak hodowanie dodatkowej biurokracji, która ze swojej natury skłonna jest się zajmować przede wszystkim sobą, a nie stawianymi jej celami.

W istocie to brak wspólnoty interesów i woli politycznej, a nie brak instytucji, jest zasadniczym problemem państw wyszehradzkich. Wspólnota interesów musi się wykuć w otwartej dyskusji i rachunku zbieżności i rozbieżności spojrzeń. To właśnie działania w sferze świadomości i opartego na realizmie dialogu mogą stworzyć fundament do wspólnych osiągnięć. Choć nie zalecałbym obecnie rozbudzania daleko idących oczekiwań. Polska musiałaby do tego mieć większy potencjał i moc sprawczą, ale kluczowe byłoby także podniesienie poziomu ambicji innych krajów regionu.

Dziś wszystkich z nas w obszarze postkomunistycznym dotyka problem braku elit w krajach, które w większości narodziły się jako nowoczesne państwa dopiero w XX w., a później pozbawione zostały kręgosłupa społecznego w okresie podległości Moskwie. Dlatego współpraca regionalna nie przyniesie istotnych owoców, jeśli nie poprzedzi jej także proces budowy prawdziwej tożsamości i świadomości, i jeśli za swe cele będzie obierała fasadowe, przejęte z dyskursu ponadnarodowego cele. Takie choćby jak budowana z dużym wysiłkiem przez Grupę Wyszehradzką wspólna Grupa Bojowa UE.

Rejs bez sterników

W dalszej kolejności problemem jest także sfera praktyczna. O tym, jak jest ona ważna, może świadczyć przypadek polsko-rumuńskiego partnerstwa strategicznego, które pomimo obiektywnej i coraz częściej uświadamianej zbieżności interesów pozostaje niewypełnione treścią. W ostatnim ćwierćwieczu było sporo przestrzeni na realizację w regionie konkretnych projektów. W najbliższej mi sferze obronności planowano np. wspólną wyszehradzką modernizację śmigłowca Mi-24 czy zakup radarów trójwspółrzędnych dla obrony powietrznej. Wszystkie te projekty padły – tak jak niewątpliwie padnie skądinąd słuszna idea stworzenia wspólnej wyszehradzkiej wielozadaniowej platformy gąsienicowej.

Trudno sobie wyobrazić, żeby skomplikowany, międzynarodowy projekt zbrojeniowy udał się państwom, które na poziomie wewnętrznym nie są w stanie skoordynować zakupów swojej administracji (vide upadek polskiego Narodowego Programu Śmigłowcowego) czy skutecznie zharmonizować swej polityki obronnej z przemysłową (ślimacząca się konsolidacja krajowej bazy przemysłowo-obronnej).

To brak wspólnoty interesów i woli politycznej, a nie brak instytucji, jest zasadniczym problemem państw wyszehradzkich

To oczywiście tylko fragment fundamentalnego problemu niesterowności polskiego państwa. Kwestii znanej (zainteresowanym) od dawna, opisanej przez m.in. Jadwigę Staniszkis, Artura Wołka, Rafała Matyję, ostatnio podsumowanej przez Bartłomieja Sienkiewicza passusem o „państwie istniejącym tylko teoretycznie”. Ma to również zasadnicze znaczenie dla Grupy Wyszehradzkiej. Bo dopóki ta bolączka nie zostanie rozwiązana, należy oczekiwać, że wszelkie ambitne projekty regionalne pozostaną na papierze.

To bowiem nie tylko polski problem, ale dolegliwość wszystkich postkomunistycznych peryferii. Warto przy tym dodać, że Rumunia – którą Kędzierski słusznie uznaje za kraj ważny (choć postulat włączenia go do Grupy Wyszehradzkiej jest obecnie nierealny i sam w sobie niczego nie rozwiąże) – jest pod względem zmagań z niesterownością mniej więcej dekadę za Polską. Słowacy z kolei nie mają w przeciwieństwie do nas nawet fasady długoterminowego planowania obronnego. Zatem w realizacji neojagiellońskich projektów na trudności geopolityczne nakładają się fundamentalne słabości wewnętrzne, mające w każdym kraju regionu nieco inny kontekst i historię.

Ktoś może zapytać, dlaczego problem ten nie był tak widoczny w czasach Układu Warszawskiego czy RWPG (jak np. polsko-czechosłowacki transporter Skot). Powodem jest, jak wyżej: brak jasnej wizji i przywództwa. Wcześniej ich źródłem była Moskwa, przydzielająca role i specjalizacje poszczególnym satelitom. Po upadku bloku komunistycznego kraje regionu pozostają niezdolne do ich wygenerowania. Do tego dochodzi brak nakazowych i centralistycznych instrumentów zarządzania, które funkcjonowały wówczas na poziomie państwowym. Ciekawostką jest, że administracja Orbána próbuje odbudować model centralnego zarządzania różnymi wymiarami polityki państwa. Ta lekcja będzie niezwykle ciekawa także dla nas.

Odrobić zadania domowe

Wszystko to jest oczywiście wodą na młyn dla silnych i coraz silniejszych ostatnio Niemiec. Będąc nie tylko sterowne, ale mając wybitne wręcz zdolności i tradycje miękkiego oddziaływania na sąsiadów, poparte potężnym kapitałem i prestiżem – są w stanie skutecznie sugerować słabszym partnerom bliskie Berlinowi projekty i sprawować hegemonię w regionie. Gdyby Polska była rządna, mogłaby z nimi rywalizować. Ale dopóki nie jest, projekty geopolityczne takie jak ten autorstwa Marcina Kędzierskiego – pozostaną w sferze pobożnych życzeń.

Współpraca regionalna i aktywna rola Polski w tym obszarze jest niewątpliwie słusznym postulatem. Rysując cele i agendę tej polityki, musimy być jednak świadomi konieczności odrobienia „zadań domowych” (odbudowy naszego potencjału i sterowności) oraz stworzenia opartego na realizmie dialogu między elitami tych państw, a także potrzeby umiarkowania w naszych ambicjach. A tym bardziej umiarkowania w ich deklarowaniu, jak to słusznie zaproponował Michał Kuź.

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY MIESIĘCZNIK IDEI, NR 1 (55)/2015, 7 STYCZNIA–3 LUTEGO, CENA: 0 ZŁ
Stały współpracownik „Nowej Konfederacji". Prezes Narodowego Centrum Studiów Strategicznych. Absolwent prawa i podyplomowych studiów bezpieczeństwa narodowego (Uniwersytet Warszawski) i studiów wojennych (King’s College London). Ukończył także kurs doskonalenia oficerów sztabowych Szkoły Podyplomowej Marynarki Wojennej (Monterrey). Laureat stypendium brytyjskiego Ministerstwa Obrony (2004), Departamentu Stanu Stanów Zjednoczonych (2007) oraz Asmus Policy Entrepreneurs Fellow of the German Marshall Fund of the United States (2013). Posiada wieloletnie i zróżnicowane doświadczenie związane z zagadnieniami bezpieczeństwa narodowego, w tym zwłaszcza polityki obronnej, zbrojeniowej, przemysłowo-obronnej, nadzorem nad służbami specjalnymi, oraz mediów publicznych, zdobyte na odpowiedzialnych stanowiskach w Sejmie, Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, przemyśle zbrojeniowym, TVP SA oraz w Parlamencie Europejskim. Jest autorem i współautorem wielu artykułów, analiz i komentarzy dotyczących powyższych zagadnień w prasie codziennej, Internecie, kwartalnikach politycznych, a także telewizji – zarówno w Polsce, krajach Grupy Wyszehradzkiej, jak i Stanach Zjednoczonych. Jego zainteresowania ogniskują się wokół klasycznej strategii militarnej, w tym zwłaszcza relacji między techniką a strategią, strategii wywiadowczej, ekonomii obronnej, a także problemów koordynacji państwowej polityki bezpieczeństwa narodowego.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz