Newsletter

Kronika powrotu mocarstwowych Chin

„Wielki renesans” prof. Bogdana Góralczyka to przełomowe w polskiej nauce dzieło, traktujące o jednym z najważniejszych procesów politycznych na świecie

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Chiny są na ustach wszystkich. W spektakularny sposób wybudziły się z krótkiej w swoich dziejach, kilkusetletniej drzemki i powracają na swoje centralne miejsce w Azji. A może i na całym świecie. Ich wzrost zmienił już nasz glob nie do poznania, a to będzie się tylko pogłębiać, co w naturalny sposób prowokuje do dyskusji i debat, nawet u nas. To idealny moment na pojawienie się takiej książki jak „Wielki renesans” – polskiego odpowiednika old China hands (XIX-wieczne określenie specjalistów od Chin, co zjedli na nich zęby), Bogdana Góralczyka.

O Chinach po anglosasku

Jedną z najtrudniejszych sztuk w przekazywaniu wiedzy jest uczynienie tego w sposób atrakcyjny bez utraty głębi. U nas ta sztuka jest szczególnie trudna z dwóch powodów. Po pierwsze, w naszej humanistyce wciąż przewagę ma niemiecki wzorzec pisania prac: ma być rzetelnie, poważnie i bez ozdobników. Jeśli ktoś naśladuje anglosaski model – atrakcyjna forma, niczym w opowieści – to dostaje po głowie od kolegów z branży maczugą „popularnonaukowy” (w polskiej akademii to wyjątkowa obelga). Nie opłaca się więc pisać książek wychodzących poza akademicką niszę, bo nie dość, że środowisko ich nie doceni, to jeszcze „ogół” i tak uzna je za naukowe (czytaj: niestrawne) i nie sięgnie.

W czasie, gdy popularność zyskują redukcjonistyczne, deterministyczne nurty, Góralczyk znowu idzie pod prąd, a jego akcent na znaczenie przywódców w polityce, przynajmniej chińskiej, jest nie tylko trafny, ale szczególnie cenny

Po drugie, dominacja angielszczyzny skrzyżowana z postawą wielu polskich wydawców („panie, kto to kupi?!”) powoduje, że zanika u nas poważne pisanie o zagranicy. W zglobalizowanym świecie mamy coraz bardziej zaściankowe podejście spod znaku „słoń a sprawa polska”. Z punktu widzenia kogoś zajmującego się czymkolwiek, co wykracza poza polski grajdołek, nie warto więc „kopać się z koniem” – lepiej wydać coś po angielsku za granicą. Nikt tego u nas nie kupi, bo za drogie, ale przynajmniej obcokrajowcy przeczytają. Kółko się zamyka: nasi naukowcy i inni specjaliści zostawiają pole, a poglądy polskiej opinii publicznej są kształtowane przez – różnej jakości – reportaże i publicystykę.

W tych okolicznościach należy docenić to, co zrobił Bogdan Góralczyk. Tym bardziej że on już nic nie musi: jest profesorem, dyrektorem. A jednak mu się „chciało chcieć” napisać książkę będącą dokładną antytezą tendencji wskazanej wyżej. „Wielki renesans” to praca pogłębiona i atrakcyjna jednocześnie. Naukowa, ale w najlepszym, anglosaskim, przystępnym stylu. Traktująca, po polsku, o jednym z najważniejszych problemów współczesnego świata: bezprecedensowej chińskiej transformacji, jednym z najważniejszych wydarzeń XX i XXI wieku.

Góralczyk ma imponująca perspektywę badawczą, sięgającą roku 1976, gdy pierwszy raz przybył do Chin. To daje „Wielkiemu renesansowi” rzadko spotykaną głębię. Ponadto autor nie skupia się tylko na polityce i historii politycznej, lecz przeplata narrację wstawkami o kulturze i sztuce, czy opisami zmieniającego się społeczeństwa. Dzięki temu „Renesans” jest prawdziwie renesansową pracą: powstało dzieło monumentalne, wielowymiarowe i wielodyscyplinarne, będące opus magnum autora.

Państwo Środka od wewnątrz

Dwie cechy są w „Renesansie” najlepsze. Po pierwsze, Góralczyk konsekwentnie patrzy na Państwo Środka od wewnątrz, przez pryzmat chińskich idiomów, kategorii i idei. Na przykład chińskie podejście do Zachodu pokazuje odwołując się do fortelu Zhuge Lianga, stratega z okresu Trzech Królestw, który sam niemal bezbronny, sprytnie pozbawił przeciwnika oręża i zwyciężył. Albo gdy oddaje sens chińskich reform, pozbawionych odjechanych wizji czy zaklinających rzeczywistość haseł, za to polegających na pragmatyzmie, ostrożności i rozwadze („przechodzić przez rzekę, czując kamienie pod stopami”) i podporządkowanych nadrzędnemu, nacjonalistycznemu celowi: powrotowi na „należne miejsce”. Wreszcie, gdy opisując Chiny, nie skupia się tylko na ChRL, lecz ma perspektywę szerszą, obejmującą cały chiński świat (tu łyżka dziegciu: jakkolwiek opisom Tajwanu czy Hongkongu nie sposób nic zarzucić, to Makau zostało potraktowane trochę po macoszemu).

Góralczyk nie ocenia Chin przez pryzmat zachodni

Mnie osobiście najbardziej do gustu przypadła wyeksponowana rola jednostek. W czasie, gdy popularność zyskują redukcjonistyczne, deterministyczne nurty, Góralczyk znowu idzie pod prąd, a jego akcent na znaczenie przywódców w polityce, przynajmniej chińskiej, jest nie tylko trafny, ale szczególnie cenny. Panorama chińskich reform jest więc tu przedstawiana przez pryzmat wyrazistych – i niejednoznacznych – liderów. Deng Xiaopinga, wielkiego reformatora i najważniejszego (tak!) przywódcy Chin w XX w., będącego antytezą Mao Zedonga (Deng to osobista skromność połączona z przenikliwym pragmatyzmem), a jednocześnie rzeźnika z Tiananmen, który skutecznie utopił wolnościowe nadzieje we krwi. Nieszczęsnego Zhao Ziyanga, znakomitego administratora i współtwórcę reform, który w 1989 r. posłuchał głosu serca, wybrał rację moralną nad rację stanu (to się przeważnie źle kończy w polityce) i został z historii po orwellowsku wymazany. Zhu Rongji, zapomnianego dziś trochę (choć w Chinach pamiętanego) „drugiego ojca” reform – ekonomisty, który uczynił Chiny krajem bogatym, stabilnym i silnym, a jednocześnie zaordynował społeczeństwu dickensowski kapitalizm, przy którym amerykańskie stosunki społeczne zdają się być wzorem sprawiedliwości społecznej. I oczywiście Xi Jinpinga: genseka, który śni chiński sen o potędze – i na drodze ku temu złamał konsensus ustanowiony przez Denga, powracając do cesarsko-maoistowskich wzorców jednowładztwa, przed czym Góralczyk zauważalnie – choć nie wprost – ostrzega.

I tu dochodzimy do drugiej najlepszej cechy tej książki: krytycyzmu. Góralczyk świetnie zna Chiny i bardzo sprawnie porusza się w meandrach ich, pełnej niejednoznaczności i niuansów, polityki. Ale jednocześnie jest bardzo europejski: ma tę unikatową cechę wyróżniającą ludzi ze Starego Kontynentu, jaką jest krytyczne podejście do rzeczywistości. Co ważne, jest ono mądre i zdystansowane: miłośnicy demokracji, praw człowieka i innych (z azjatyckiego punktu widzenia) zachodnich abstrakcji będą zawiedzeni, bo Góralczyk nie ocenia Chin przez pryzmat zachodni. Chociaż w tekście daje się czasem odczuć sympatie ideowe autora (przy opisie debaty Fukuyama-Zhang Weiwei na przykład), to Góralczyk trzyma dyscyplinę, dzięki czemu „Wielki renesans”, nie będąc książką ideologiczną, pozostaje monografią bardzo krytyczną. I przez to bardzo wartościową.

Wojna nie jest pewna

Niewdzięczną rolą recenzenta jest jednak też wskazać niedociągnięcia. Na szczęście nie ma ich tu zbyt wiele: to zazwyczaj szczegóły. Przykładowo – nie wiem, czy można (str. 453) nazwać Nehru ojcem niepodległych Indii (tytuł ten chyba raczej należy do Gandhiego, przynajmniej w sferze symbolicznej) albo czy (str. 12) wyjęte z „Międzynarodówki” porównanie „o ruszeniu bryły świata” zestawiać ze słowami Napoleona o Chinach. Najwięcej uwag mam wszakże do, kilkukrotnie przytaczanej w pracy, metafory „pułapki Tukidydesa”. Góralczyk czyni to odwołując się do Grahama Allisona, który spopularyzował ideę „pułapki”, by zobrazować wysokie prawdopodobieństwo lub wręcz nieuniknioność konfliktu amerykańsko-chińskiego. Zgodnie z tym deterministycznym przekonaniem, robiącym dziś oszałamiającą karierę w kręgach miłośników geopolityki, wschodzące mocarstwo najprawdopodobniej zetrze się z dominującą potęgą – wpadnie w „pułapkę Tukidydesa”. Niestety, takie postawienie sprawy jest nadinterpretacją Tukidydesa. Grecki historyk nigdy nie pisał o pułapce (nie użył tego sformułowania), zaś jego słowa „o wzroście potęgi Aten i strachu, jaki wzbudziło to w Sparcie” zostały przez Allisona i idących za jego przykładem komentatorów, w tym polskich, wyrwane z kontekstu, jakim jest – bardzo silne u Tukidydesa – podkreślanie czynnika ludzkiego w dziejach świata: to złe decyzje polityczne przywódców Aten i Sparty doprowadziły do wojny, ale ona nie musiała wybuchnąć. Nie jest więc tak, że dziś stoimy w obliczu powtórki z wojny peloponeskiej: konflikt amerykańsko-chiński może wybuchnie, a może nie, ale nie ma to wiele wspólnego z dziełem Tukidydesa.

Nie jest więc tak, że dziś stoimy w obliczu powtórki z wojny peloponeskiej: konflikt amerykańsko-chiński może wybuchnie, a może nie, ale nie ma to wiele wspólnego z dziełem Tukidydesa

Ten zarzut odnosi się wszakże do pobocznego wątku pracy Góralczyka i nie zmienia bardzo pozytywnej opinii o tej monografii. „Wielki renesans” to przełomowe w polskiej nauce dzieło, traktujące o jednym z najważniejszych procesów politycznych na świecie. Każdy, kto chce spróbować zrozumieć Chiny i pojąć implikacje zamierzonego powrotu Państwa Środka do wiodącej roli na świecie, musi przeczytać tę książkę.