Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Jak uchronić Polskę przed blackoutem?

Zostało nam 14 lat na uruchomienie pierwszego bloku jądrowego. Jeżeli nie postawimy elektrowni atomowej w wymaganym terminie, będziemy mieć też problem z emisjami i nie będziemy w stanie zabezpieczyć inwestycji OZE

Natalia Kołodyńska-Magdziarz: Polityka energetyczna w Polsce wydaje się granatem bez zawleczki, którym politycy rzucają do siebie, wiedząc, że kiedyś musi wybuchnąć. W projektach Polityki energetycznej Polski z 2018 r. i z 2015 r. mówi się o możliwych kłopotach z zaspokojeniem zapotrzebowania na energię elektryczną – według jednego dokumentu mają one nastąpić w drugiej połowie lat 20., według drugiego – po 2029 roku. W 2015 roku ok. 60% urządzeń wytwarzających energię elektryczną miało ponad 30 lat (przewidywana długość eksploatacji bloków węglowych wynosi 40-45 lat). W kolejnych latach będzie trzeba wyłączać kolejne turbiny.  Co dalej?

Jakub Wiech: Mamy problem z parkiem wytwórczym, ponieważ jest on złożony głównie z wiekowych już elektrowni cieplnych zasilanych węglem. W tym momencie wciąż debatujemy nad kształtem polityki energetycznej do 2040 roku, jednak jest on już znany w niemal końcowym kształcie. Zakłada on inwestycje w farmy fotowoltaiczne, elektrownie wiatrowe oraz – przede wszystkim – elektrownie jądrową. Te trzy źródła mocy mają być drogą polskiej transformacji energetycznej. Pytanie brzmi przede wszystkim, czy zdążymy, oraz czy zabezpieczy nas to przed problemami, które już teraz odczuwamy, takimi jak blackouty, wysoka emisyjność, czy coraz większe problemy z dostawami surowca, czyli węgla, który w części musi pochodzić z importu.

Podstawowym zagrożeniem jest termin budowy elektrowni atomowej. Zostało nam 14 lat na uruchomienie pierwszego bloku

Jeśli chodzi o terminy, to podstawowym zagrożeniem jest termin budowy elektrowni atomowej. Zostało nam 14 lat na uruchomienie pierwszego bloku. To bardzo mało czasu. Najwięksi proatomowi entuzjaści pokroju prof. Andrzeja Strupczewskiego z Narodowego Centrum Badań Jądrowych mówią, że 13 lat to niezbędne minimum. Przy tym wciąż nie wiemy dokładnie, za co zbudujemy nową elektrownię i kto dostarczy do niej technologię. Wszelkie opóźnienia rozsypują całkowicie politykę energetyczną, jeśli chodzi o harmonogram. Jeżeli nie postawimy elektrowni atomowej w wymaganym terminie, będziemy mieć też problem z emisjami i nie będziemy w stanie zabezpieczyć inwestycji OZE.

Może należy importować energię na większą skalę?

W środę 26 czerwca 2019 r. miał miejsce rekordowy import mocy do Polski, rzędu 2,7 GW, spowodowany rekordowym zapotrzebowaniem na poziomie 24,14 GW. Pokazuje nam to, jak bardzo brakuje nam fotowoltaiki, która – zwłaszcza w okresie letnim – mogłaby zaspokajać zwiększone zapotrzebowanie na energię elektryczną. W Europie konieczność importowania mocy nie jest czymś niespotykanym – taki sam problem mają Niemcy, które mają przecież znacznie lepiej rozwinięty system energetyczny. W czerwcu Niemcy trzykrotnie były zagrożone blackoutem, tak poważnie, że operatorzy sieci przesyłowych wydali oświadczenie w tej sprawie, w którym wprost powiedzieli, że sytuacja była krytyczna. Eksperci podejrzewają, że ma to związek z dużą ilością źródeł odnawialnych w ich miksie, a źródła te nie są do końca przewidywalne. Problemem jest także kształt niemieckiego rynku energii. Import nie jest czymś nienaturalnym, ale powinniśmy dążyć do jego minimalizacji.

Niemcy mają jednak dobrze rozbudowaną sieć połączeń z sąsiadami, natomiast my praktycznie ich nie mamy.

Jest to problem, którego często się nie zauważa. Mówiąc o blackoucie, myślimy o podaży naszych elektrowni, zapominając, że Niemcy są dla nas jednym z podstawowych kół ratunkowych, z tym, że jeśli ta autostrada przesyłowa będzie zapchana, to zostaje nam praktycznie tylko Szwecja. I jeśli tam nie znajdziemy dostatecznej ilości energii, to mamy kolosalny problem.

Co wtedy?

Do końca nie wiadomo. Musimy się ratować. Oczywiście mamy rezerwy, możemy ograniczyć zapotrzebowanie, mamy program Demand Side Response, natomiast jeśli pewne czynniki atmosferyczne i techniczne się nałożą, tak jak w sierpniu 2015 roku, może to być realne zagrożenie. Dlatego, żeby oddalić widmo blackoutu, trzeba inwestować w źródła rozproszone, duże niskoemisyjne moce, efektywność energetyczną i nowe trasy przesyłowe.

Z prognoz zawartych w Polityce energetycznej Polski do 2040 wynika, że nawet jeśli zbudujemy elektrownie jądrową, to i tak ledwo pokryjemy rosnące zapotrzebowanie, a nie uwzględniono tu energii traconej podczas przesyłu, w momencie, kiedy nasza infrastruktura jest chyba w jeszcze gorszym stanie niż elektrownie. Przypomnijmy, że polska energetyka zorganizowana jest w ten sposób, że energię trzeba przesyłać na ogromne odległości.

W czerwcu Niemcy trzykrotnie były zagrożone blackoutem, tak poważnie, że operatorzy sieci przesyłowych wydali oświadczenie w tej sprawie, w którym wprost powiedzieli, że sytuacja była krytyczna

Traci się głównie na dystrybucji, bo przesył (najwyższe i wysokie napięcia) jest pod tym względem względnie bezpieczny. Natomiast przyczyną blackoutu wcale nie musi być niedobór po stronie podaży mocy zainstalowanych, niestabilność sieci i odchylenia częstotliwości może spowodować uszkodzenie dróg przesyłowych. Taki wypadek byłby szczególnie groźny w czasie upałów. Wtedy w ogóle sprawność sieci jest odpowiednio niższa i występują gwałtowne zjawiska pogodowe, ale warto pamiętać, że może to być intencjonalne uszkodzenie mechaniczne. Jeżeli doszłoby do zniszczenia dużej autostrady przesyłowej, to możemy mieć częściowy lub całościowy blackout, i to taki, który może wyjść poza terytorium kraju. Jesteśmy połączeni systemem europejskim, więc jeśli u nas doszłoby do kaskadowego wyłączenia stacji systemowych czy części bloków, ryzykujemy, że – w skrajnym przypadku – część Europy zostanie bez prądu. Czekają nas inwestycje w sieć dystrybucyjną. Segment sieci przesyłowych jest w miarę bezpieczny natomiast również warty uwagi chociażby z przyczyn militarnych np. gdy bierze się pod uwagę wojnę hybrydową.

Czy jesteśmy gotowi na blackout?

11 lat temu ze względu na opad mokrego śniegu w kwietniu nastąpił szereg awarii linii energetycznych i cały Szczecin oraz pobliskie miejscowości zostały bez prądu. Była to największa awaria zasilania od II Wojny Światowej. Spora część mieszkańców tego obszaru nie wiedziała co się dzieje – nie działały telefony, także komórkowe, nie działała telewizja. Ludzie nie wiedzieli, czy wybuchła wojna, czy jest awaria, co mają zrobić. Dużo mówi się o blackoucie, natomiast nie jestem pewny, czy społeczeństwo wie, co robić w takich sytuacjach, np. jak zabezpieczyć zasoby wody, żywności. Często zapominamy, że w przypadku przerwy w dostawach prądu będziemy mieć kolosalne problemy z siecią wodociągową. Jeśli dojdzie do poważnej awarii, może ona trwać kilka dni, trzeba więc przeszkolić ludzi z tego, jak mają sobie radzić w takiej sytuacji.

Ja nie wiem, co robić w takim przypadku, nigdy nie spotkałam się z żadną instrukcją. Czy ktoś w ogóle się tym zajmuje?

Takie instrukcje istnieją na poziomie operatora – PSE ma scenariusze i strategię jak postępować, żeby minimalizować straty i szybko usunąć awarię. Natomiast z perspektywy społeczeństwa jest to problem. W szkole nie uczy się, co robić w takiej sytuacji. Nie ma żadnych kampanii na związane z tym tematy np. jak zabezpieczać żywność, żeby psuła się wolniej, bo przecież lodówki nie będą działać, jak magazynować wodę, której może braknąć, jak zabezpieczyć sprzęt pozbawiony zasilania. Nie ma też testów struktur informacyjnych, które mogłyby kontrolować to co się dzieje, bez użycia mediów elektronicznych, które wtedy prawdopodobnie zawiodą.

Wyobrażam sobie już ten scenariusz: grupy rozbójników wykorzystują brak prądu, żeby rabować okoliczne sklepy, nasila się problem z przestępczością, ludzie boją się wychodzić z domu, a po dwóch tygodniach rząd nie ma już nad niczym kontroli.  Czy służby mają jakieś procedury na wypadek blackoutu?

Mam nadzieję, że mają. Natomiast wszystko zależy od tego jak duży i długi będzie blackout – czy obejmie jedno miasto, region czy może cały kraj, czy potrwa kilka godzin czy kilka dni. Możliwy jest scenariusz, w którym problem ogarnie część Europy. Gdyby w Niemczech w czerwcu doszło do tego, do czego mogło dojść, Polska też miałyby problem. Przy lokalnych blackoutach sytuacja jest do opanowania, natomiast eksperci podkreślają, że wielkoskalowe blackouty mogą doprowadzić do częściowej utraty kontroli władz centralnych nad danym regionem. Mam nadzieję, że w Polsce, dzięki warunkom społeczno-politycznych, w jakich żyjemy, nie doszłoby do masowych aktów przestępczych czy innych szczególnych tąpnięć. Sądzę jednak, że musiałyby zostać zaktywizowane wojsko, policja, wszystkie możliwe służby, które byłyby w stanie zapanować nad sytuacją. Byłby to test możliwości państwowych i mam pewne obawy co do jego powodzenia.

Jeżeli doszłoby do zniszczenia dużej autostrady przesyłowej, to możemy mieć częściowy lub całościowy blackout, i to taki, który może wyjść poza terytorium kraju

Wróćmy do elektrowni atomowej. Mamy rok 2019, nie wiemy kto, za co, ani nawet gdzie dokładnie ją wybuduje. Plan już teraz wygląda na bardzo ryzykowny. Warto również wspomnieć o tym, że pomysł budowy elektrowni jądrowej w Polsce ma już 50 lat tradycji, a efektu wciąż nie ma. Póki co uruchomienie pierwszego bloku w 2033 roku wydaje mi się równie realne co milion samochodów elektrycznych na polskich drogach. Czy mamy plan B?

Na tą chwilę nie mamy planu B. Minister Tchórzewski, wielki orędownik budowy elektrowni atomowej w Polsce, cały czas podkreśla, że jednostka taka powstanie i nie widać tu żadnej alternatywy. Podczas konwencji PiS w Katowicach minister Piotr Naimski powiedział, że w planach jest budowa aż 6 reaktorów. Natomiast tajemnicą poliszynela jest fakt, że w rządzie są dwa rywalizujące skrzydła – wspomniane proatomowe, związane z ministrem Tchórzewskim, oraz środowisko skupione bardziej wokół ministrów premiera, które cały czas hamuje atom, zastępując go w swojej wizji źródłami rozproszonymi, unikając tej kosztownej i długoterminowej – choć moim zdaniem potrzebnej – inwestycji, jaką jest elektrownia atomowa. Minister Tchórzewski ma w tym zakresie na swoim koncie zarówno porażki, jak i sukcesy.

Jakie?

Jeśli chodzi o porażki, to najważniejszą z nich jest to, że pomimo czterech lat znakomitych warunków politycznych nie udało się mu doprowadzić do podjęcia ostatecznej decyzji o budowie. Rząd musiałby wziąć na siebie odpowiedzialność, ponieważ decyzja taka oznacza, że Polska będzie przez dziesiątki lat związana z tą technologią. W polityce trudno dyskutuje się o takich perspektywach. Natomiast moim zdaniem budowa elektrowni jądrowej to rozwiązanie konieczne, jeśli chcemy skutecznie transformować energetykę i walczyć ze zmianami klimatu. Niemniej decyzji ani planu finasowania wciąż nie ma.

Natomiast jeśli chodzi o sukcesy ministra, to należy do nich niewątpliwie utrzymanie atomu w polityce energetycznej mimo wyraźnej, silnej presji oraz – jakkolwiek to zabrzmi – utrzymanie się przy tym na stanowisku. Jest to bardzo dużo, jeśli wziąć pod uwagę chaos przy ustawie prądowej i cenach energii, który panuje do dzisiaj. Minister Tchórzewski jest tu postacią kluczową, bo jeśli on zniknie z resortu, to można przekreślić plany jądrowe. Moim zdaniem, możemy zakładać, że kwestia atomu będzie jedną z lokomotyw kampanii na jesieni. Według wyliczeń Ministerstwa Energii 60% Polaków popiera budowę tej elektrowni. Jednak mówimy o tym, czy zdążymy do 2033 roku, a zatem, jeśli program jądrowy nie ruszy do wyborów – szanse stają się iluzoryczne. Jeżeli natomiast po wyborach minister Tchórzewski straci stanowisko – szanse są praktycznie żadne i czeka nas korekta polityki energetycznej.

A co z propozycją Roberta Biedronia, który postuluje Polskę bez atomu?

Wiosna jest dla mnie świetnym przykładem postpolityki w podejściu do energetyki. To co proponują, jest nierealne, a jeśli mimo to byłoby wdrażane, to jest to szalenie niebezpieczne. Proponują wyście z węgla do 2035 roku dzięki odnawialnym źródłom energii, wspomaganym gazem. Po pierwsze, trudno oszacować koszty takiej transformacji. Po drugie, mimo moich intensywnych starań nie otrzymałem informacji skąd mamy wziąć potrzebny gaz. Ludzie Wiosny albo nie chcą tego powiedzieć wprost, albo nie zdają sobie sprawy, że to będzie musiał być rosyjski gaz dostarczany przez Nord Streamy do Niemiec, co oznacza ponowne uzależnienie się, tym razem pośrednio, od Rosji. To jest niepożądane z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego. Sprzeciw Roberta Biedronia wobec atomu stał się komiczny, kiedy jako argument przywołał serial „Czarnobyl”. Coś takiego można wybaczyć nastolatkowi, ale nie komukolwiek, kto powinien mieć wiedzę dotyczącą tego wydarzenia oraz tego, dlaczego nie ma ono prawa się już powtórzyć. Jeśli jednak jesteśmy już przy partiach lewicowych, to warto podkreślić, że jeden z najlepszych programów energetycznych ma Partia Razem, która – choć jest mi ideologicznie nie po drodze w każdym innym obszarze – to stworzyła politykę energetyczną opartą na faktach, nie na fantazjach, jednocześnie podkreślając znaczenie tego segmentu dla całego społeczeństwa. Partia Razem potrafi też patrzeć na energetykę z perspektywy globalnej. Natomiast większość ugrupowań skupia się w tym temacie na emocjach, albo promując wizję zieloną, która często po głębszej analizie okazuje się wcale nie taka zielona, albo stojąc na straży obecnego kształtu miksu energetycznego, co w dłuższej perspektywie również się nie sprawdzi, ponieważ już teraz mamy problemy z dostawami węgla do naszych elektrowni i musimy ratować się importem. W tej sytuacji zwlekanie z dekarbonizacją nie ma sensu. Obawiam się jednak, że energetyka i klimat zostaną spauperyzowane i sprowadzone do roli młotka na drugą stronę sporu politycznego.

Tajemnicą poliszynela jest fakt, że w rządzie są dwa rywalizujące skrzydła – wspomniane proatomowe, związane z ministrem Tchórzewskim, oraz środowisko skupione bardziej wokół ministrów premiera, które cały czas hamuje atom

Chciałabym również zwrócić uwagę na inny rodzaj blackoutu – mianowicie ubóstwo energetyczne. Wszystkie inwestycje, o których rozmawiamy, wymagają ogromnych nakładów finansowych. Prawdopodobnie ceny energii będą rosły. Czy grozi nam scenariusz, w którym dużej części społeczeństwa nie będzie stać na energię elektryczną?

Wszyscy widzieliśmy grudniowe zamieszanie wokół cen energii. Obecne regulacje tzw. ustawy prądowej dotyczą tylko bieżącego roku. Nie wiemy, co będzie w 2020. Ceny energii i ubóstwo energetyczne są niezwykle istotne, jeśli chodzi o wdrażanie innych polityk państwa, np. walki ze smogiem. Jeżeli chcemy walczyć ze spalaniem niskiej jakości odpadów i skłaniać ludzi do inwestycji w nowe piece, musimy zredukować do minimum odsetek ubóstwa energetycznego, który jeszcze do niedawna wynosił 12% według Instytutu Badań Strukturalnych. Ludzie ubodzy, którzy nie są w stanie przeznaczać dużych sum na energetykę, będą się m.in. posiłkować takimi „brudnymi” paliwami, czyli np. spalać śmieci czy tanie paliwa niskiej jakości. Nie będą też w stanie przeznaczać środków na efektywność energetyczną czy termomodernizację. W tej sytuacji problem smogu, który jest w Polsce bardzo poważny zostanie nierozwiązany. Jednym z nieoczekiwanych efektów programu 500+ było wyciagnięcie części Polaków z ubóstwa energetycznego. Natomiast rosnące ceny energii mogą ten efekt zniwelować. Pytanie, co z przełożeniem kosztów transformacji energetycznej na społeczeństwo. Myślę, że warto zwrócić uwagę na Niemcy, gdzie ceny energii są jednymi z najwyższych w Europie, a jednym z ich składników jest EEG Umlage, czyli wspierająca odnawialne źródła energii. Możemy zastanawiać się, jak manewrować cenami energii, chociażby włączając je w model finasowania elektrowni jądrowej, natomiast musimy uważać, żeby nie doprowadzić do paraliżu innych polityk państwa.

W Niemczech był jednak dość duży konsensus społeczny, dotyczący potrzeby wspierania OZE. W Polsce być może społeczeństwo również poparłoby takie rozwiązania. Jednak wyobrażam sobie również odwrotną sytuację, kiedy wysokie ceny energii doprowadzają do spadku społecznego poparcia dla atomu czy OZE. Wciąż jednak w społecznym wyobrażeniu węgiel jest tani, a inne źródła energii drogie. Co więcej, przy braku kampanii społecznych rzetelnie informujących społeczeństwo, o tym jak działa elektrownia jądrowa, nagły spadek poparcia dla tej technologii mogą spowodować chociażby produkcje takie jak wspomniany „Czarnobyl”. A silna niechęć do atomu może spowodować problemy z realizacją polityki energetycznej.

Narracja dotycząca węgla oparta jest na coraz mniej prawdziwych przekonaniach, np. że górnicy to duża grupa społeczna, mająca wpływ na wyniki wyborów. Z roku na rok w polskich kopalniach pracuje coraz mniej osób, a górnicy często nie chcą, żeby ich dzieci szły w ich ślady.

Drugą kwestią jest dostępność polskiego węgla. Niedawno Andrzej Duda na otwarciu konferencji COP24 powiedział, że węgla starczy w Polsce na 200 lat. Jest to prawda, jeśli mówimy o zasobach geologicznych, natomiast zasoby wydobywalne, czyli te, po które opłaca się sięgać, wystarczą zaledwie na kilka dekad. Moim zdaniem lata 2050-2060 to data graniczna, kiedy powinniśmy już myśleć o wyłączeniu węgla z polskiego miksu energetycznego.

W tym wszystkim brakuje jednak komunikacji pomiędzy rządem a społeczeństwem, jeżeli chodzi o czynniki, które wręcz wymuszają transformację energetyczną. Jeśli teraz próbowalibyśmy porozmawiać o tym, jak powinna wyglądać polska energetyka to pewnie społeczeństwo podzieliłoby się. Pierwsza grupa uważałaby, że należy konserwować nasz system oparty na węglu, druga chciałaby wprowadzenia OZE w jak najszerszym zakresie, a trzecia – elektrowni jądrowej w różnych konfiguracjach. Niestety ta trzecia grupa jest wciąż niedoreprezentowana medialnie i komunikacyjnie, ponieważ katastrofy takie jak Czarnobyl czy Fukushima przykleiły technologii jądrowej łatkę niebezpiecznej, co jest zupełną nieprawdą. Natomiast jeśli chcemy zaangażować do transformacji energetycznej siły społeczne, nie tylko finansowe, ale także polityczno-organizacyjne, musimy wdrożyć jakąś politykę komunikacyjną, co powinno odbywać się równolegle z dyskusją o polityce energetycznej. I tutaj niestety też kompletnie leżymy. Partie grają na emocjach, chcąc zdobyć poparcie. Tworzone są mity i fake newsy dotyczące energetyki, jak chociażby to, że energetyka zawodowa przyczynia się do powstawania smogu, czy to, że smog i globalne ocieplenie są ze sobą związane. Pozwala to osiągnąć pewien zysk polityczny, natomiast jest bardzo szkodliwe dla ogólnej percepcji społecznej. Jest w tym też wina nas, dziennikarzy, niedostatecznie dobrze komunikujemy na linii decydent-wyborca-decydent. Politycy tkwią w swoich bańkach, dotyczących energii i klimatu, i te bańki są obudowywane poprzez niedostatek sygnalizowania problemów społecznych. A takim problemem jest chociażby to, że w Polsce wciąż istnieje duża grupa negująca zachodzenie zmian klimatycznych lub ich antropogeniczny charakter. Mamy konsensus naukowy na ten temat i mnóstwo dowodów, nie są one jednak skutecznie przekazywane społeczeństwu.

Jeden z najlepszych programów energetycznych ma Partia Razem, która – choć jest mi ideologicznie nie po drodze w każdym innym obszarze – to stworzyła politykę energetyczną opartą na faktach, nie na fantazjach

Jest również druga strona, która przeprowadza akcje takie jak np. „wymieranie” pod urzędem wojewódzkim w Katowicach, co również jest niebezpieczne, ponieważ przez zbyt duży nacisk na efekt wizerunkowy zatracamy rzetelną debatę. Musimy odciąć się od tych skrajności. Potrzebujemy okrągłego stołu klimatycznego, gdzie rząd i opozycja mogłyby porozmawiać, uzgodnić punkty, w których się zgadzają i wypracować rzetelny, jednolity przekaz dla obywateli, w którym wytłumaczą, co musimy zrobić i jakie będą tego koszty, zarówno finansowe jak i społeczne.

Co z gospodarką?

Transformacja energetyczna nie musi być ciosem dla gospodarki. Może ją nawet napędzać, a nawet dać nam swego rodzaju polityczną premię. Niemiecka Energiewende była skrojona tak, żeby podbudować pozycję Berlina w Europie. Bardzo chętnie przeszczepiłbym wnioski z transformacji energetycznej Niemiec na grunt Polski. Widać pewne zalążki myślenia strategicznego w tym zakresie np. w projekcie Trójmorza, który opiera się w bardzo dużym stopniu na energetyce poprzez budowę Baltic Pipe czy rozbudowę mocy terminalowych. Natomiast to wciąż za mało.

Podsumowując: nie mamy żadnych wytycznych dla społeczeństwa jak się przygotować i co robić w wypadku blackoutu, nie mamy pewności, czy służby mają opracowaną strategię na taką ewentualność, od 2009 roku nie uchwalono nowej polityki energetycznej, nie wiemy, czy będziemy budować elektrownię atomową i co robić jeśli do budowy jednak nie dojdzie. Wiemy jedynie, że w najbliższym czasie trzeba będzie wyłączyć kolejne bloki energetyczne. Czy to już czas, żeby szturmować sklepy ze świecami?

Transformacja energetyczna nie musi być ciosem dla gospodarki. Może ją nawet napędzać, a nawet dać nam swego rodzaju polityczną premię. Niemiecka Energiewende była skrojona tak, żeby podbudować pozycję Berlina w Europie

Aż tak źle nie jest – jeszcze. Myślę, że te wszystkie wymienione wcześniej czynniki przekładają się na wniosek, że najpoważniejszym zagrożeniem, z jakim mierzymy się i będziemy musieli się mierzyć, jest koszt całego systemu i wzrost kosztów jego obsługi. Wszystko rozbija się o pieniądze, czy raczej ich brak. Oczywiście, można mieć też zarzuty dotyczące myślenia strategicznego, ale widać tu pewien postęp, widoczny choćby we wspomnianym już przeze mnie segmencie gazu. Należy też pamiętać, że wciąż powstają nowe moce, chociażby te budowane przez Orlen, który został określony piątą grupą energetyczną w kraju. Ryzyko blackoutu, które wystąpiło w 2015 roku, jest już znacznie dalej niż było wtedy, mimo, że wciąż padają rekordy zapotrzebowania na moc.

Energetyka jest projektem długoterminowym, więc problemy związane z nią z nią również. Niestety, wciąż tracimy cenny czas m.in. na impas w sprawie atomu, na spór o kształt transformacji energetycznej. Musimy coś z tym zrobić, ponieważ energetyka jest fundamentem zarówno gospodarki jak i dobrobytu społeczeństwa.

prawnik, dziennikarz i publicysta, zastępca redaktora naczelnego serwisu Energetyka24. W swojej pracy zajmuje się zagadnieniami z zakresu bezpieczeństwa energetycznego i informacyjnego. Był laureatem nagrody Studencki Nobel w kategorii Dziennikarstwo i Literatura, otrzymał także nominację w konkursie MediaTory oraz nominację do nagrody Grand Press w kategorii Dziennikarstwo Specjalistyczne. Stypendysta James S. Denton Transatlantic Fellowship.
Sekretarz zespołu Nowej Konfederacji. Absolwentka bezpieczeństwa wewnętrznego na Uniwersytecie Warszawskim. Pracowała dla polityków i instytucji publicznych oraz organizacji pozarządowych.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Jak uchronić Polskę przed blackoutem?”

  1. JanOlgierd pisze:

    Jak?… bardzo prosto – na miejscu przypinając nowy generator energii do nowego urządzenia konsumującego energię. Jeden do jednego – żeby się bilansowało. Np. klimatyzator latem w upały – do lokalnie [prosumencko] wpiętych paneli fotowoltaicznych. Słońce świeci, upał, klima potrzebna [właśnie wtedy system energetyczny bije rekordy zapotrzebowania] – jednocześnie wzrost zapotrzebowania odpowiada dokładnie wzrostowi mocy z PV. To jak w Japonii czy niektórych azjatyckich “tygrysach gospodarczych” – nie kupisz samochodu, nim przedtem nie kupisz miejsca parkingowego. Konsekwentne podejście… No i dywersyfikacja – solary, pompy ciepła [gruntowe lub powietrze-powietrze lub powietrze-woda], ogniwa paliwowe [nowoczesne obywają się bez drogich katalizatorów czy surowców]. Tak samo prosumenckie stacje ładowania – dopiero wtedy elektromobilność [oparta o OZE, a nie paliwa kopalne, wliczając uran] – ma sens. Zwłaszcza energetyka prosumencka, rozproszona, bez sieci przesyłowych i całego tego strugania ołówka młyńskimi kamieniami. Nie mówiąc o czasie i cyklu inwestycyjnym i poziomie pojedyńczej inwestycji [czyli w sumie mówimy o łatwości i szybkości maksymalnie RÓWNOLEGLE i MASOWO prowadzonej rozbudowy infrastruktury…czy o CAŁYCH kosztach użytkowania wielkich mamutów starego typu – elektrowni systemowych i scentralizowanych [ZWŁASZCZA mamutów jądrowych – wygaszenie elektrowni plus wielowiekowa utylizacja odpadów…]. Chodzi o zmianę całego systemu, a nie wciskanie przestarzałych rozwiązań. Prosumencka energetyka rozproszona – budowana od dołu – i jak najbliżej zużycia energii – a elektrownie systemowe i rozległe sieci elektroenergetyczne [z ich stratami i kosztami] stopniowo do lamusa.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz