Newsletter

Jak Mesut Özil podpalił Berlin

Pożar, który wzniecił Mesut Özil, przekazując swoją reprezentacyjną koszulkę prezydentowi Erdoğanowi, przeniósł się szybko na teren polityki

TEN ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI HOJNOŚCI DARCZYŃCÓW NK. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Od czterech miesięcy płonie w Niemczech gigantyczny magazyn wyrobów integracyjno-emancypacyjnych. Jak donoszą prawicowe media, za domniemanego sprawcę uchodzi 29-letni Mesut Özil, obywatel niemiecki pochodzenia tureckiego, pomocnik w tutejszej piłkarskiej reprezentacji narodowej, zaś od 2013 r. zawodnik Arsenalu Londyn. Nie ma dnia, w którym – w telewizji, radiu, prasie i na licznych portalach społecznościowych – podobizna Özila nie zdobiłaby stosownej okładki, mniej lub bardziej wnikliwego wstępniaka, komentarza do komentarza, czy tysięcznego z kolei felietonu. Pożar, który 13 maja wybuchł na pograniczu polityki i sportu, a który zadufani w sobie działacze z Deutscher Fußball-Bund (DFB) próbowali przez pierwszy tydzień nieudolnie gasić własnymi siłami, po katastrofalnym występie drużyny Niemiec na mistrzostwach świata w Rosji przeniósł się na teren polityki.

Özil – kozioł ofiarny Mundialu

Spektakularna rezygnacja z występów w reprezentacji narodowej, jaką piłkarz ogłosił 22 lipca po fali bezprecedensowej krytyki, nie była pierwszym takim zdarzeniem. Prekursorzy różnili się jednak od Özila: po pierwsze byli etnicznymi Niemcami, po drugie – reprezentowali tylko siebie samych. Najpóźniej po tygodniu czy dwóch temat znikał z telewizyjnych doniesień i łamów prasy, zaś po trzech mało kto już pamiętał, w jaki sposób zakończyli swoje występy w reprezentacji Paul Breitner, Bernd Schuster, Toni Schumacher czy też – przed niecałymi 7 laty – Michael Ballack.

Z Mesutem Özilem sprawy mają się inaczej: już sam rozmiar dyskusji nad skandalem politycznym, jaki wywołał zawodnik, pozując 13 maja w Londynie razem ze swoim reprezentacyjnym kolega Ilkayem Gündoğanem do wspólnego zdjęcia z prezydentem Turcji, i przekazując temu ostatniemu swoją koszulkę z numerem “11”, zapewnia mu miejsce w historii pozjednoczeniowych mediów RFN. Wszelako sama intensywność debaty nad (nie)słusznością owego zdjęcia, czy ocean związanych z nią hejtów i lajków, to jeszcze nie wszystko. Debata wkrótce weszła na teren o wiele szerszy, na którym sama osoba Özila jest już tylko pretekstem.

Do tej fundamentalnej zmiany charakteru i kierunku dyskusji walnie przyczyniła się ratująca własną skórę wierchuszka DFB, która w osobie swojego menedżera Olivera Bierhoffa poczęła – najpierw półgębkiem i nieśmiało, wkrótce jednak już nieco bardziej wyraziście – publicznie rozważać, czy to właśnie nie Mesut Özil jest współwinny katastrofie, jaka spotkała reprezentację Niemiec na mistrzostwach w Rosji. W niewypowiedziany expressis verbis sposób Bierhoff stał się tubą nagłaśniającą dla prawicowego sektora piłkarskiej publiczności, który na stosownych forach pytała wprost o lojalność Turka, który „nie pamięta, kto jest jego właściwym prezydentem”. Nawet w najbardziej zaciekłych reakcjach na zachowanie Özila kryje się bowiem racjonalne pytanie: Jakie jest polityczne przesłanie spotkania, w którym zawodnik drużyny narodowej kraju, uosabiającego demokrację, praworządność i ideę społeczeństwa otwartego, przekazuje swoją koszulkę prezydentowi kraju uosabiającego autorytaryzm, demontaż praworządności i ucisk polityczny?

Obraz świata, jaki formułuje rząd, znajduje swoje – zapośredniczone – odbicie w składzie, kształcie i charakterze reprezentacji narodowej

Przy pomocy mglistych aluzji i słabo skrywanych sugestii Bierhoff (na którym wraz z trenerem Joachimem Löwem spoczywa gros odpowiedzialności za rosyjski blamaż drużyny Niemiec) postawił Özila pod pręgierzem opinii publicznej, uczynił z niego rozpoznawalnego wszędzie kozła ofiarnego, zaś w debacie, która na forach medialnych przybrała wcześniej już na poły rasistowskie zabarwienie, dolał oliwy do ognia. Kierownictwo DFB wypchnęło Özila przed siebie, bo czuło doskonale, że wściekłość rozjuszonych kibiców skupi się właśnie na nim. W obliczu milionów ksenofobiczno-rasistowskich komentarzy, jakie od maja spływają na Özila z Facebooka, Twittera i Instagramu, zarządzanie kryzysem ze strony DFB razi swoją polityczną niewiarygodnością i medialną amatorszczyzną najgorszego sortu. Wprawdzie już 19 maja funkcjonariusze DFB, zaalarmowani milionowymi reakcjami publiczności i fatalnym efektem własnej bezczynności, próbowali obłaskawić publiczność naprędce zorganizowanym PR-owskim spotkaniem obu winowajców z prezydentem RFN, Frankiem-Walterem Steinmeierem. Cel zabiegu był oczywisty: zatrzeć fatalne londyńskie wrażenie, stworzyć nowy przekaz o integracji z zasadami liberalnego państwa, ocieplić obraz “apostatów”.

Spotkanie nie przyniosło wszak spodziewanego efektu, zaś doszczętnie przykrył je beznadziejny występ reprezentacji w Rosji i jej historyczne porażki z Meksykiem (0:1) i Koreą Południową (0:2). Dlaczego ów zabieg nie udał się? Odpowiedź na to pytanie jest nieco skomplikowana, bo wymaga najpierw ścisłego określenia tego, czym jest “reprezentacja narodowa” w rozumieniu z jednej strony DFB, a z drugiej – kibiców.

Reprezentacja narodowa zwierciadłem polityki

Funkcjonariusze DFB pochodzą z wyborów, na które pośredni, ale znaczący wpływ ma aktualnie rządząca koalicja. Jest zatem zrozumiałe, że obraz świata, jaki formułuje rząd, znajduje swoje – zapośredniczone – odbicie w składzie, kształcie i charakterze reprezentacji narodowej. Polityczna reprezentacja znad Szprewy głosi i promuje obraz Niemiec jako kraju wyzwolonego z jarzma nacjonalistycznych naleciałości, kraju otwartego, liberalnego gospodarczo i kulturalnie, stwarzającego szansę emancypacji i społecznego awansu wszystkim obywatelom, bez względu na ich pochodzenie, kolor skóry, wyznanie czy poglądy. Pojęcie “obywatelstwa” zrywa z 200-letnią tradycją narodową określania przynależności wedle zasady “krwi i ziemi”.

DFB postępuje analogicznie. Na śmietnik historii trafiły dawne, etniczne kryteria selekcji zawodników do reprezentacji narodowej; począwszy od lat 90. stworzono utalentowanym zawodnikom obcego pochodzenia, którzy zechcieli przyjąć niemieckie obywatelstwo, szerokie możliwości naturalizacji. Już na przełomie tysiącleci w drużynie narodowej zaroiło się od piłkarzy, których przodkowie pochodzili z Afryki, Ameryki, Europy Wschodniej, z Bałkanów. Przesunięciu na drugi plan (by nie rzec: zatarciu) uległy wyraziste jeszcze kilkanaście lat wcześniej związki między etnicznie niemieckimi kibicami a etnicznie niemiecką drużyną. Ta ostatnia poczęła funkcjonować na zasadach zbliżonych mocno do deklaracji elity politycznej: jesteśmy różnego pochodzenia, różnego koloru skóry, różnych języków ojczystych; łączą nas praktykowany codziennie liberalizm, przekonanie o równości szans i możliwości emancypacji przez sport.

Z 82,8 milionów mieszkańców RFN, 10,6 miliona to obcokrajowcy, wśród których Turcy stanowią grupę największą, bo obejmującą 3 miliony obywateli

Pasmo niemieckich sukcesów zdawało się potwierdzać słuszność tej drogi: mistrzostwo Europy z 1996, wicemistrzostwo świata z 2002, brązowe medale z 2006 i 2010, jako ukoronowanie zaś – mistrzowskie trofeum z 2014 roku stanowiły trudno podważalne argumenty na rzecz nowego kształtu i charakteru reprezentacji, w której przed czterema laty niemal połowa składu (Mesut Özil, Shkodran Mustafi, Jerome Boateng, Sami Khedira, Lukas Podolski, Miroslav Klose) pochodziła spoza Niemiec.

Temu właśnie wizerunkowi politycznemu i sportowego Mesut Özil odpowiadał w sposób wzorcowy. Po pierwsze dlatego, że sam jest reprezentantem mniejszości, która należy do najmniej uprzywilejowanych: Turcy w trzecim pokoleniu zajmują do dzisiaj najniższe szczeble niemieckiej drabiny społecznej. Po drugie – dlatego, że jego piłkarska kariera sama stanowi książkowy przykład tezy o emancypacji przez sport: wnuk muzułmańskich gastarbeiterów, który talentem, wytrwałością i pracą potrafił wybić się z defaworyzowanego proletariatu na ekonomiczną i kulturowa niepodległość, znaleźć swoja indywidualną drogę ku integracji, sięgnąć po najwyższe trofea międzynarodowego futbolu. Po trzecie – także dlatego, że sam był pierwszym graczem niemieckiej reprezentacji tureckiego pochodzenia; jego nie mniej utalentowani poprzednicy z Bundesligi (tacy jak Erdal Keser, Yildiray Bastürk czy Hamit Altintop) szukali jeszcze szczęścia w reprezentacji nad Bosforem. W indywidualnej biografii Özila jak w soczewce skupiły się wszystkie motywy emancypacyjnej nadreńskiej autonarracji, które stanowić miały o przewadze społeczeństwa “otwartego” nad nacjonalistycznie homogenicznym.

Osiemnaście milionów imigrantów

Procesy przekształceń reprezentacji narodowej stanowią zatem nic innego jak dramatyczne odwzorowanie przemiany niemieckiego społeczeństwa ostatnich dziesięcioleci: ze zbiorowości (względnie) homogenicznej w społeczność o charakterze wieloetnicznym i imigracyjnym. Z 82,8 milionów mieszkańców RFN, 10,6 miliona to obcokrajowcy, wśród których Turcy stanowią grupę największą, bo obejmującą 3 miliony obywateli, z których tylko połowa posiada niemieckie obywatelstwo. Na drugim miejscu są Polacy (870 000 osób), na trzecim – Syryjczycy (700 000), dalej Włosi, szybko rosnąca grupa imigrantów z Rumunii, Afgańczycy oraz Irakijczycy.

Muzułmanin rozumiany jest nie jako „współuczestnik” społeczeństwa otwartego, lecz jako niepożądany konkurent, którego sama obecność powoduje zawężenie możliwości awansu społecznego

Jeśli uwzględnić pochodzenie do generacji dziadków włącznie, zmiany okażą się jeszcze bardziej dramatyczne, bo wówczas liczba osób z tłem migracyjnym wzrasta do 18,6 miliona. Za przełomowe uchodzą ostatnie trzy lata, w których do Niemiec napłynęła fala co najmniej 1,6 miliona przeważnie muzułmańskich imigrantów z Syrii, Iraku i Afganistanu, a w mniejszym nieco stopniu – z północnej Afryki. Republika Federalna staje zatem przed nie lada wyzwaniem, które wymaga od niej koncentracji wszelkich sił.

Sama integracja ludności wyznania muzułmańskiego, której wielkość statystyki oceniają na ponad 6 milionów, nie pozostaje bez śladu w mentalności niemieckiej większości. W pośredni sposób problem dotyczy także wyznawców niemieckiego futbolu, często rekrutujących się z klasy ludowej, a więc z części społeczeństwa, która czuje się najbardziej zagrożona napływem migrantów. W ich percepcji Mesut Özil nie jest reprezentantem Niemiec, lecz starych i nowych muzułmanów, dynamicznie i masowo napierających na rynek pracy. Wspólne dla etnicznie niemieckiego prekariatu i pozaeuropejskich imigrantów słabe wyniki edukacyjne, niskie kwalifikacje zawodowe, nieznajomość języków obcych, ograniczone kompetencje kulturowe i zasoby kapitałowe powodują, że muzułmanin rozumiany jest nie jako „współuczestnik” społeczeństwa otwartego, lecz jako niepożądany konkurent, którego sama obecność powoduje zawężenie możliwości awansu społecznego i zdobycia ekonomicznego prestiżu. W emocjonalnie rozhuśtanym i dalekim od intelektualnej refleksji świecie kibiców narracja integracyjna nie kojarzy się z sukcesem.

Nic lepiej nie odzwierciedla fundamentalnej różnicy, jaka pod tym względem zachodzi między DFB a kibicami, jak nazwa własna reprezentacji narodowej. Od dziesięcioleci była to “Die Nationalmannschaft” (drużyna narodowa), względnie „Die Nationalelf” (jedenastka narodowa). Od zdobycia w 2014 roku tytułu mistrza świata jest to już tylko “Die Mannschaft” (drużyna). Rezygnacja DFB z atrybutu “narodowości”, niezależnie od tego, czy stanowiła akt politycznej deklaracji, czy też działanie marketingowe, w radykalny sposób stawia na nowo kwestie niemieckiej tożsamości i wartości. W nowej nazwie bowiem kryje się ewidentne pragnienie „wielkiego skoku” ponad historią niemieckich nacjonalizmów i pragnienie dołączenia tym jednym susem do zmodernizowanej radykalnie współczesności.

Niemiecki lud futbolowy przeczuwa podskórnie, że czasy „etnicznie czystej” jedenastki narodowej minęły bezpowrotnie

Stąd już tylko krok do zrozumienia fali krytyki, jaka zalała Mesuta Özila. Niemiecki lud futbolowy przeczuwa podskórnie, że czasy „etnicznie czystej” jedenastki narodowej minęły bezpowrotnie. Dlatego też tym silniej nakłania „zaadoptowanych” Niemców à la Özil do jednoznacznej deklaracji przynależności do świata wartości „społeczeństwa otwartego”. Spotkanie z Erdoğanem było bowiem naruszeniem tej jednoznaczności. Fala hejtu, która zalała wówczas media społecznościowe, jest zatem także wyrazem zranionej dumy. Ogromna większość komentarzy miała za tło właśnie zarzut o naruszenie niepisanej futbolowej umowy społecznej, jaka w paradoksalny sposób łączy Niemców “starych” z “nowymi”.

Najwięcej skorzystał Erdoğan?

Ta fala mogła wszak zostać zatrzymana, a już co najmniej znacznie ograniczona, gdyby DFB zawczasu zdecydował się na radykalny krok – i dwa, trzy dni po londyńskim skandalu zdecydował się zrezygnować z udziału Özila i Gündogana w mistrzostwach w Rosji. Tak się jednak nie stało: na indywidualny błąd piłkarzy DFB odpowiedział biurokratycznym kunktatorstwem i wizerunkową amatorszczyzną, zaś swoimi reakcjami po mistrzostwach pogłębił tylko komunikacyjny kryzys, pozostawiając obydwu bez wsparcia.

Na pierwszy rzut oka wszystko zdaje się przemawiać za tym, iż na nadreńskiej „Erdo-Gate” właśnie prezydent Turcji skorzystał najbardziej: podziały i konflikty, jakie ujawniły się w czasie ostatnich trzech miesięcy między społeczeństwem większościowym a muzułmańską mniejszością, zdają się przemawiać na jego korzyść. Erdoğan wszak od lat głosi, iż próby integracji i asymilacji tureckiej diaspory skazane są na niepowodzenie ze względu na niemiecki codzienny rasizm. Zwolennicy prezydenta (a wśród diaspory są to 2/3 uprawnionych do głosowania) mogli zatem umocnić swoje pozycje i zaopatrzyć się w nowe argumenty, które przemawiają za utrzymaniem społeczeństwa równoległego.

Katastrofalne szkody wizerunkowe poniósł sam DFB, do którego utalentowani młodzi piłkarze pochodzenia tureckiego, pouczeni na lata historią Özila, mogą przestać się garnąć, szukając ponownie (jak kiedyś ich starsi o 20-30 lat koledzy) szczęścia w reprezentacji znad Bosforu. Fatalne straty poniosła też szeroko pojęta polityka wizerunkowa Niemiec. Już niedługo UEFA ma podjąć decyzje, któremu krajowi przypadnie w udziale organizacja Mistrzostw Europy w 2024 roku. Do tej pory jednoznacznym faworytem w wyścigu o to trofeum były Niemcy, ich największym rywalem zaś… właśnie Turcja. I tutaj wszak Erdo-Gate może wpłynąć na zmianę stanowisk decydentów.

Od dziesięcioleci była to “Die Nationalmannschaft” (drużyna narodowa), względnie „Die Nationalelf” (jedenastka narodowa). Od zdobycia w 2014 roku tytułu mistrza świata jest to już tylko “Die Mannschaft” (drużyna)

Na pierwszy rzut oka rezultaty skandalu polityczno-sportowego nasuwają skojarzenia z krajobrazem po bitwie. A jednak kilka aspektów napawa nadzieją.

Po pierwsze, duża większość mediów (z wyjątkiem tych wyraziście prawicowych, takich jak “Junge Freiheit” czy “Deutsche Stimme”) nie uległa oddolnej presji, by podzielić aktorów dramatu na “złych” i “dobrych”, tym pierwszym zaś przyszyć łatę kulturowej i politycznej “obcości”, i uczynić z nich kozła ofiarnego ksenofobicznych zapędów. Po drugie, niemieckie dziennikarstwo gros odpowiedzialności przypisuje DFB. Szczególnie ostrej krytyce poddawana jest polityka komunikacyjna związku, fatalny brak decyzyjnej jednoznaczności, stosowanie uniku jako recepty na kryzys oraz brak umiejętności PR-owskich i dyplomatycznych. Słów krytyki nie szczędzono także elicie politycznej za jej spóźnione reakcje i kunktatorstwo.

Cieszy też, że debata wyszła poza wąskie ramy świata futbolowego. Pozwoliło to ujawnić zarówno zadawnione, jak i całkiem nowo powstające podziały i konflikty między społecznością większościową a mniejszościową. Nie zabrakło co prawda akcentów ksenofobicznych i antydemokratycznych, ale i tutaj linie konfliktu nie przebiegają, jak się okazuje, precyzyjnie wzdłuż granic etnicznych podziałów. Wprost przeciwnie: podziały ujawniają tak kompleksowe rozwarstwienie socjalne i tożsamościowe współczesnych Niemiec, że konfliktu nie da się odmalować w czerni i bieli.

Pada co prawda argument “rasizmu”, ale bardziej wnikliwi komentatorzy ujmują ten fenomen o wiele precyzyjniej. Można go opisać jako “dziedziczną defaworyzację” niższych warstw klasy ludowej, w której etniczni Niemcy, naciskani przez przypływ nowych imigrantów zwłaszcza z Afganistanu, Iraku i Syrii, konkurują z większością “starych” muzułmanów. A wśród tych ostatnich znakomita większość stanowią Turcy. W tych procesach dziedziczenia biedy, chorób, ciasnych mieszkań, niezdrowych warunków pracy, ograniczonego dostępu do dóbr materialnych i edukacyjnych, proces swego rodzaju „zjednoczenia” postępował w ostatnich 30 latach szczególnie radykalnie, zaś zaniedbania polityczne i socjalne państwa pogłębiły poczucie obcości. Historie wyjścia przebojem poza granice niemiecko-muzułmańskiego prekariatu, takie jak ta, która stała się udziałem Mesuta Özila, zdarzają się rzadko i są przedmiotem szczególnej zazdrości.

Wyjściem z katastrofy, której doświadczył Mesut Özil, nie może być reaktywacja etnicznej “czystości” w selekcji kandydatów do reprezentacji narodowej, wykluczenie “nieniemieckich” talentów i skazanie ich na poszukiwanie szans w reprezentacjach Tunezji, Turcji czy Iraku. Jeśli bowiem społeczeństwo otwarte ma pozostać prawdziwa wartością uniwersalną Niemiec (tym wyższą, że jeszcze trzy pokolenia wstecz wydawała się ona wprost niewyobrażalna), to szansa leży tylko w ucieczce do przodu: w rosnącej liczbie utalentowanych Özilów, którzy, zachęceni radykalną reformą struktur DFB i odnową jego personalnego składu, występ w koszulce z czarnym orłem na piersi będą uważać za misję, nie za przekleństwo.