Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Inflacja wraca na salony

Blisko 5-procentowy wzrost cen to już problem, którego nie można lekceważyć. Tym bardziej, że w społecznym odbiorze drożyzna wydaje się jeszcze większa, a kolejne podwyżki – nieuniknione

Jako że ekonomia to kraina samospełniających się przepowiedni, to trudno znaleźć argumenty, które pozwalałyby przypuszczać, że w najbliższym czasie inflacja wróci do normy (czyli do zakładanego przedziału 1,5-3,5%). Prędko więc o niej nie zapomnimy.

Czy to oznacza, że jest powód do podnoszenia alarmu? Nie, bowiem nic też nie wskazuje, abyśmy mieli wrócić do dwucyfrowego wzrostu cen, który był traumą lat 90-tych w Polsce. Powody do zmartwień są jednak i to niemałe. Za wzrost cen w dużej mierze odpowiadają żywność i opłaty związane z utrzymaniem mieszkania. Zatem ta konkretna inflacja uderza wyjątkowo mocno w osoby niezamożne. Nie jest to więc, jak chcieliby niektórzy, podatek, który dotyka najbogatszych, obniżając wartość ich oszczędności (co samo w sobie też nie powinno być przecież ignorowane).

Brak zgodności i zaskoczenia

Większość ekonomistów nie jest zaskoczona obserwowanym wzrostem cen. Mamy bowiem wiele teorii, które wieszczyły wzrost inflacji, chociażby w wyniku prosocjalnej polityki rządu. Do tego w ostatnich kilkunastu miesiącach doszły relatywnie hojne transfery w ramach rozmaitych tarcz antykryzysowych. Rzeczywistość pokazała jednak, że te teorie nie działają tak mocno jak sądzono, bo według nich – przy tej skali „pompowania pieniędzy” – powinniśmy się jednak spodziewać znacznie wyższej inflacji. Rzeczywistość zadała także kłam ekonomistom twierdzącym, że państwo ma (prawie) nieograniczone możliwości „drukowania” pieniądza bez konsekwencji. Negatywne skutki bowiem są widoczne coraz wyraźniej.

Ta historia pokazuje też, że ekonomiści w zasadzie nie są w niczym zgodni. Jest chociażby spora grupa, która nie dostrzega w pięcioprocentowej inflacji problemu, przypominając, że gdy wskaźnik ten oddalił się w drugą stronę od celu zakładanego przez NBP (2,5%) (i to w 2015 i 2016 roku aż do deflacji) to nie powodowało to wśród komentujących większego niepokoju. W ich rozumieniu, obecna podwyższona inflacja jest więc kosztem, który warto ponieść przy rozgrzewaniu gospodarki, aby na przykład nie doprowadzić do wzrostu bezrobocia, czy zmniejszenia tempa wzrostu gospodarczego.

Rada związanych rąk

Ten pogląd nie jest pozbawiony racji. Podnoszenie stóp procentowych w momencie, gdy gospodarka ma się dynamicznie odbić po kryzysie, byłoby bowiem decyzją bardzo kontrowersyjną. W tym kontekście trzeba podkreślić, że zasadniczy błąd był popełniony jeszcze przed pandemią. Wtedy bowiem Rada Polityki Pieniężnej ignorowała pierwsze sygnały o rosnącej inflacji i obniżała (i tak już niskie) stopy procentowe. W ten sposób sama związała sobie ręce, bo zupełnie innym sygnałem dla rynku jest podniesienie stopy procentowej z 0,10% do 0,50%, niż decyzja o utrzymaniu jej na tym poziomie. Niestety, trudno oprzeć się wrażeniu, że Rada Polityki Pieniężnej nadal żyje złudzeniami, chociażby wskazując w komunikacie z 9 czerwca, jakoby zasadnicze powody inflacji miały charakter przejściowy.

Zasadniczy błąd był popełniony jeszcze przed pandemią. Wtedy bowiem Rada Polityki Pieniężnej ignorowała pierwsze sygnały o rosnącej inflacji i obniżała (i tak już niskie) stopy procentowe

Warto pamiętać, że wysoka inflacja w połączeniu z niskimi stopami procentowymi prowadzi także do powstania wielu innych problemów. Mam tu na myśli przede wszystkim popularyzowanie praktyki polegającej na zastępowaniu trzymania pieniędzy na lokatach przez kupowanie mieszkań w celu ochrony kapitału. W sytuacji bowiem, gdy banki w istocie proponują ujemne oprocentowanie lokaty (znacznie poniżej inflacji), drożejące mieszkanie wydaje się coraz lepszym, stosunkowo bezpiecznym, sposobem ulokowania kapitału. To zaś pogłębia – i tak już gigantyczne – problemy polskiego rynku mieszkaniowego. Jest to bowiem kolejny czynnik podnoszący ceny, a więc w efekcie utrudniający dokonanie zakupu dla celów mieszkaniowych.

Wyższe ceny, wyższe płace

Można natomiast przyjąć, że dobrym skutkiem inflacji jest silniejsza presja płacowa. W ostatnich bowiem latach wzrost wynagrodzeń w Polsce (choć dość szybki) i tak był wolniejszy niż wzrost wydajności pracy. Istnieje więc przestrzeń do dalszego wzrostu wynagrodzeń. Problem w tym, że w wielu branżach pandemia uczyniła negocjowanie podwyżek czymś bardzo trudnym. Do tego brak kompleksowych planów podwyżek w sektorze publicznym, przy oczekiwanym wzroście płac w sektorze prywatnym przekraczającym 6%, musi oznaczać dalsze pogorszenie jakości usług publicznych. Paradoksalnie jednak to negatywnie oceniane przeze mnie nierównomierne rozłożenie potencjalnych podwyżek ma też swoją pozytywną stronę – w mniejszym stopniu będzie sprzyjało zwiększaniu inflacji.

Trudno jednak się dziwić, że – jak pokazuje sondaż United Surveys dla RMF FM i Dziennika Gazety Prawnej – Polacy w 2021 roku znacznie bardziej boją się wzrostu cen (36,6% wskazań), niż czwartej fali epidemii (14,2%), czy nawet „politycznej wojny” (14,5%). Inflacja wróciła więc na salony i nic nie wskazuje, aby szybko miała je opuścić. Tym bardziej, że ostatni komunikat RPP rozwiał nadzieje tych, którzy spodziewali się wyraźnego sygnału o zbliżającym się podniesieniu stóp procentowych.

autor podcastu Wiedza Nieoczywista (bartlomiejbiga.pl/wiedza), pracownik Katedry Polityk Publicznych Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, współtwórca ruchu ekonomii wartości Open Eyes Economy (oees.pl). W swojej pracy zajmuje się ekonomiczną analizą prawa i polityk publicznych – zarówno od strony teoretycznej (naukowej), praktycznej (wdrożeniowej), jak i publicystycznej (medialnej). Najwięcej uwagi poświęca własności intelektualnej – głównie prawu autorskiemu i patentom.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Zobacz