Imigrant Schrödingera. Nie istnieje i istnieje

Przybysze z innych krajów często pozytywnie wpływają na wzrost gospodarczy. Wpływają na innowacyjność gospodarek, uzupełniają też braki na rynku pracy. Jednak ich obecność wzmaga nierówności dochodowe.

Przed referendum brexitowym po sieci krążył mem przedstawiający „imigranta Schrödingera”, który jednocześnie kradnie twoją pracę, i jest zbyt leniwy, by pracować. Była to satyra na przeciwników członkostwa UK w Unii, i związanej z tym swobody przemieszczania się i wspólnego rynku pracy. Satyra ta była jednocześnie prawdziwa… i nie. Nie każdy imigrant jest taki sam. Abstrahując od tego, że każdy człowiek będzie się różnił co do podejścia do pracy – różni są też imigranci z Ukrainy i Bangladeszu, różni imigranci w Polsce, USA czy Francji, różni będą też ci lepiej i ci gorzej wykształceni, kobiety i mężczyźni a także ci, którzy do swojego miejsca zamieszkania przybyli niedawno, i ci, którzy są w nim kolejne pokolenie. Jako że te różnice są często niezrozumiałe i niezauważalne na pierwszy rzut oka, temat imigracji łatwo staje się pałką w sporze politycznym, na czym traci realny ogląd rzeczywistości, a w konsekwencji także sami zainteresowani.

Co było pierwsze – wzrost, czy imigracja?

Gdy pracodawcy mówią, że gospodarka potrzebuje imigrantów, to mają rację w tym sensie, że, rzeczywiście, wiele badań wskazuje na wzmocnienie wzrostu gospodarczego w wyniku przypływu pracowników. Jak wskazują autorzy raportu „Imigration and the Economy: Economic Realities, Social Impacts & Political Choices”, związani z Uniwersytetem Oksfordzkim i Citi Research, gdyby w 1990 r. zamrozić imigrację, realne PKB Niemiec byłoby niższe o 155 mld euro, zaś Wielkiej Brytanii – o 175 mld funtów. Wzrost gospodarczy w USA byłby w latach 1990-2014 niższy o 15 proc., zaś w UK – o 20 proc. Jednak wszystko zależy od zarówno państwa przyjmującego, jak i od samych imigrantów. Złożone badania na ten temat przeprowadzili E. Boubtane, D. Coulibaly i Ch. Rault. Wyszło im, że w wielu krajach (zbadali łącznie 22) imigracja nie ma znaczącego wpływu czy to na PKB, PKB per capita czy bezrobocie. Natomiast we Francji, Islandii, Norwegii i UK to raczej wzrost gospodarczy przyciąga imigrantów, którzy z kolei do dalszego wzrostu się raczej nie przyczyniają.

Wydaje się, że jest i tak, i tak. Gdy mamy więcej rąk do pracy, rośnie także produkcja (co jednak nie musi oznaczać wzrostu PKB per capita). Czy jednak gospodarka odnosi także inne korzyści? Wiele wskazuje na to, że dzięki imigracji rośnie także innowacyjność krajów goszczących. Jak wskazuje Darrell M. West w książce „Brain Gain: Rethinking U.S. Immigration Policy”, w 2006 roku co czwarty patent z USA został opracowany przez obcokrajowca mieszkającego w Stanach, ponadto imigranci dwukrotnie częściej niż krajowcy zakładali własne firmy. Wielu z przybyszy inwestuje także w start-upy. Podobnie sytuacja wygląda w Wielkiej Brytanii. Wracając do USA – wśród laureatów nagrody Nobla, członków Narodowej Akademii Nauki oraz reżyserów, którzy zdobyli Oscara, jest wg autorów raportu „Imigration and the Economy” trzy razy więcej przybyszów do USA, niż wynikałoby to z ich udziału w populacji. Ok. 40 proc. firm z listy Fortune 500 zostało założonych przez migrantów w pierwszym lub drugim pokoleniu.

Rosną nierówności

Generalnie rzecz biorąc, wśród imigrantów – ale przede wszystkim w pierwszym pokoleniu! – jest więcej osób, którym się „chce”, które są bardziej aktywni niż krajowcy. Wnoszą także różnorodność do swoich miejsc pracy dzięki innemu tłu kulturowemu. Dotyczy to jednak przede wszystkim pracowników wykwalifikowanych. Oni najlepiej odnajdują się w nowej sytuacji. Jak pisze V. Grossmann, w USA wzrost liczby urodzonych poza granicami kraju naukowców i inżynierów wśród osób pracujących podnosi płace pracowników z wyższym wykształceniem urodzonych w USA o 8-11 proc., zaś tych bez wyższego wykształcenia – o 4 proc. Jednak nie wszyscy trafiają do swoich wymarzonych zawodów. Wielu imigrantów pracuje w zawodach poniżej swoich klasyfikacji. Takie zjawisko nazywa się brain waste. Owo „marnowanie mózgów” wpływa negatywnie nie tylko na samych pracowników (choć trzeba powiedzieć, że i tak relatywnie mają się oni lepiej, niż w kraju pochodzenia), ale także na pracowników niewykwalifikowanych. Poszerzając ich grono, zwiększa podaż rąk do pracy, co z kolei wpływa na jej cenę. Tracą na tym przede wszystkim rodzimi pracownicy niewykwalifikowani, a zwłaszcza inni niewykwalifikowani imigranci, których płace spadają.

Wielu imigrantów pracuje w zawodach poniżej swoich klasyfikacji. Takie zjawisko nazywa się brain waste

Z drugiej strony większa podaż imigrantów w działkach „niewykwalifikowanych” pośrednio wpływa na polepszenie się sytuacji w branżach wymagających wysokich kwalifikacji. Przykładowo, z badań przeprowadzonych przez D. Furtado i H. Hocka wynika, że obecność niewykwalifikowanych imigrantek z krajów latynoamerykańskich wpływa pozytywnie na dzietność oraz aktywność zawodową wykształconych Amerykanek. Dzieje się tak dlatego, że obecność imigrantek na rynku pracy obniża koszty opieki nad dziećmi, co powoduje, że matkom łatwiej jest wrócić na rynek pracy. Jednak ogólnie rzecz biorąc, gdy w wyniku imigracji spadają lub rosną wolno pensje pracowników niewykwalifikowanych, rosną też nierówności płacowe. Przykładowo z badania przeprowadzonego przez B. Hibbsa i G. Honga wynika, że w latach 1990-2000 imigracja odpowiadała za ok. 25 proc. wzrostu nierówności płacowych w amerykańskich obszarach metropolitalnych.

Jesteśmy uprzedzeni

To poważny problem polityczny. Niepewność i poczucie, że jest się „okradanym” z pracy lub płacy (choć nieprawdziwe) wpływa na negatywne nastawienie do migracji. Jednak gdy spojrzymy na konkretne liczby, okaże się, że poszczególne populacje mają o obcokrajowcach zamieszkujących ich kraje gorszą opinię, niż wymagałyby fakty. Co tu dużo ukrywać – patrząc statystycznie, zachodnie społeczeństwa są wobec nich w dużej mierze uprzedzone. Wpływ, zwłaszcza ten negatywny, jest regularnie przeszacowywany. A. Alesina, A. Miano i S. Stantcheva poprosili mieszkańców USA, UK, Francji, Niemiec, Włoch i Szwecji m.in. o oszacowanie udziału imigrantów w ogóle populacji, wśród niewykwalifikowanych pracowników, osób zarabiających najmniej, bezrobotnych, a także, jaki odsetek transferów rządowych przeciętnego krajowca otrzymuje przeciętny imigrant. Okazało się, że w każdym z badanych krajów udziały te były przeszacowane. Szczególnie wyraźne było to w kontekście bezrobocia: poziom bezrobocia wśród imigrantów szacowano między 25 proc. a 40 proc., choć wynosił on między 5 proc. a 15 proc. (Niemcy przeszacowali poziom bezrobocia o 30 punktów procentowych). Zdaniem krajowców, imigrantów jest więcej niż w rzeczywistości, ich sytuacja ekonomiczna jest gorsza, są gorzej wykształceni, a także pobierają więcej zasiłków niż przeciętny krajowiec.

Tymczasem, jeśli weźmiemy pod uwagę emerytury, w większości badanych państw imigranci otrzymują mniej świadczeń za pośrednictwem państwa niż krajowcy (gdy odejmiemy emerytury, imigranci rzeczywiście w ponadproporcjonalnie większym stopniu korzystają ze świadczeń). Wyjątkiem są Niemcy, gdzie emerytury stanowią znacznie większą część świadczeń dla imigrantów. Można to wytłumaczyć tym, że przykładowo masowa imigracja z Turcji zaczęła się jeszcze w latach sześćdziesiątych XX wieku i już w latach 80. osiągnęła poziom ponad 1,5 mln osób pochodzących z Turcji, a mieszkających w (najpierw Zachodnich) Niemczech (dziś osób tureckiego pochodzenia mieszka w RFN ok. 2,8 mln). Te osoby – a wiele z nich zostało w RFN – są już na emeryturach i korzystają z odłożonych wcześniej pieniędzy. W innych krajach duża część imigracji to ludzie młodzi. Oni nie pobierają emerytur (póki co najwyżej płacą składki emerytalne), korzystają jednak z innych świadczeń.

Czy dokładamy do imigracji?

I tu pojawia się pytanie o wpływ imigracji na finanse publiczne. Jaki jest efekt fiskalny netto imigracji? Trudno go jednoznacznie zmierzyć. Występuje tu wielkie zróżnicowanie, jeśli chodzi o kraj pochodzenia – jak można przeczytać w raporcie „Imigration and the Economy” przykładowo w UK zatrudnionych jest 85 proc. Polaków, a tylko 50 proc. Irańczyków czy Pakistańczyków; z kolei ok. 1 proc. Polaków czy Filipińczyków otrzymuje dodatek pieniężny dla osób o niskich zarobkach (income support), w przeciwieństwie do 39 proc. Somalijczyków (w tym uchodźców). Przeglądając różne badania, można dojść do wniosku, że efekt jest bardziej pozytywny dla kraju przyjmującego, jeśli imigranci są młodzi.

Ok. 40 proc. firm z listy Fortune 500 zostało założonych przez migrantów w pierwszym lub drugim pokoleniu

Nie ulega jednak wątpliwości, że negatywne skutki migracji rodzą poważne problemy społeczne i polityczne. Autorzy raportu „Imigration and the Economy” sugerują, że najlepiej radzą sobie z nimi te państwa, które prowadzą aktywną politykę rynku pracy, takie jak np. Dania, w której wkłada się dużo wysiłku w dopasowywanie kompetencji pracowników do potrzeb gospodarki. Zaporą przed nadmiernym ściąganiem w dół płac może być przykładowo płaca minimalna. Z badań przeprowadzonych przez A. Edo i H. Rapoporta wynika, że w stanach o niższej płacy minimalnej imigracja ma większy wpływ na obniżanie się płac pracowników wykwalifikowanych niż w tych stanach, w których płaca minimalna jest wyższa. Tego typu ingerencje rodzą także negatywne skutki – zbyt wysoka płaca minimalna może hipotetycznie utrudniać zatrudnianie odpowiedniej liczby pracowników, państwowa aktywność na rynku pracy kosztuje etc. Od polityków (i społeczeństw) zależy, czy uznają, że warto tego typu koszty ponieść.

A jak sprawy mają się w Polsce?

Na przestrzeni ostatnich lat bardzo wiele się w tym zakresie zmieniło. Zwłaszcza wydarzenia po protestach na Majdanie w Kijowie oraz wojna na wschodzie Ukrainy spowodowały, że wielu naszych wschodnich sąsiadów postanowiło poszukać szczęścia nad Wisłą. Pomogło im w tym także poluzowanie prawa dotyczącego zatrudnienia obcokrajowców, o którym mówił prof. Marek Okólski w wywiadzie udzielonym Jaremie Piekutowskiemu [LINK]. Jednak od tamtych chwil minęło jeszcze niewiele czasu, dlatego zostało przeprowadzonych mało badań wskazujących na wiążące dane. Jednak pewne wnioski można już wyciągać.

Zdaniem dr hab. Agaty Górny z Ośrodka Badań nad Migracjami Uniwersytetu Warszawskiego wpływ migracji na rozwój gospodarczy nie był negatywny. – Jeżeli już, to pozytywny, choć może być też tak, że to właśnie wzrost gospodarczy przyciąga pracowników: popyt na cudzoziemskich pracowników jest w Polsce duży i zdaje się rosnąć. Imigranci pojawili się w miejscach, gdzie wcześniej ich nie było, np. na zachodzie Polski, na Mazurach czy Śląsku. – mówi dr hab. Górny w rozmowie z „Nową Konfederacją”. – Nie ulega wątpliwości, że przyjezdni pracownicy są komplementarni na rynku pracy, czyli uzupełniają braki w poszczególnych branżach zwłaszcza w zakresie konkretnych kwalifikacji. Jednak cudzoziemcy lokują się przede wszystkim w mniej atrakcyjnych pracach.

W większości badanych państw imigranci otrzymują mniej świadczeń za pośrednictwem państwa niż krajowcy (gdy odejmiemy emerytury, imigranci rzeczywiście w ponadproporcjonalnie większym stopniu korzystają ze świadczeń)

W tym miejscu warto wspomnieć o badaniach, które w 2015 roku opublikował dr hab. Paweł Kaczmarczyk z OBM UW na temat efektu fiskalnego netto imigracji z Ukrainy. Ekonomista oszacował, że efekt ten jest pozytywny, i to w przypadku każdej z grup wieku między 16. a 65 rokiem życia. To wynik tego, że są stosunkowo młodzi i dobrze wykształceni. Ponadto wielu z nich traktowało w danym momencie swoją pracę jako czasową, w związku z czym nie ubiegało się o różnego rodzaju świadczenia w Polsce. To się jednak zapewne z czasem zmieni, choćby dlatego, że część tych pracowników zaczyna się u nas osiedlać, w związku z czym ściąga do kraju swoje rodziny, posyła dzieci do szkoły i z czasem – w związku z tym, że wcześniej odprowadzali składki – zacznie pobierać także emerytury.

Dyskryminacja w pracy

– Wygląda na to, że imigranci zaczynają się u nas coraz lepiej czuć i mają coraz większe wymagania, jeśli chodzi o pracę. Bywało, że w trakcie przeprowadzanych w ramach badań OBM UW wywiadów pracodawcy mówili, że Ukraińcy stali się „roszczeniowi”. Na pewno są bardziej świadomi realiów pracy w Polsce, co wynika z tego, że ich grupa znacznie się ostatnio powiększyła w Polsce i mogą się nawzajem wspierać – mówi Górny. Mimo to nadal z imigracją wiążą się liczne patologie na rynku pracy. Jak pisze prof. Marek Okólski w wydanym w ubiegłym miesiącu opracowaniu, „liczna w ostatnich latach obecność cudzoziemców na polskim rynku pracy sprzyjała utrwaleniu, a być może wzmocnieniu jego segmentacji. Wyniki analizy uprawdopodabniają tezę, iż to zjawisko mogło spowodować pogorszenie się warunków zatrudnienia (w tym wynagrodzeń) pracowników w segmencie podrzędnym, jak również nasilenie praktyk bezpośredniej i pośredniej dyskryminacji przez pracodawców”.

Przykładowo w UK zatrudnionych jest 85 proc. Polaków, a tylko 50 proc. Irańczyków czy Pakistańczyków

Co to znaczy w praktyce? „Zaledwie około 40% firm (a w sektorze rolnym 14%!) zawierało z oświadczeniobiorcami (pracownikami z zagranicy – przyp. aut.) odpowiednią, tj. najczęściej pisemną umowę o pracę” – pisze prof. Okólski. O ile fakt, że badani obcokrajowcy (głównie Ukraińcy) pracowali często dłużej od Polaków można jeszcze zrozumieć, o tyle tego, że byli dyskryminowani płacowo – już nie. „Niemal w połowie firm, stosujących wycenę pracy za pomocą stawki godzinowej, płacono robotnikom niewykwalifikowanym zatrudnionym w ramach procedury uproszczonej mniej niż wynosiła ustalona prawnie stawka minimalna (tj. 12 zł brutto w 2016 r.), dwa razy częściej niż Polakom na takim samym stanowisku” – można przeczytać w raporcie. Także eksperci Credit Agricole w swoim tygodniku ekonomicznym MakroMapa pisali, że z jednej strony „napływ Ukraińców do Polski przyczynia się do ograniczania trudności firm ze znalezieniem wykwalifikowanych pracowników”, z drugiej zaś „napływ imigrantów oddziałuje również w kierunku ograniczenia tempa wzrostu wynagrodzeń w polskim przetwórstwie”. Czyli – podobnie jak w przypadku innych krajów – mamy do czynienia z dwoma różnymi mechanizmami.

A co z innowacyjnością? – Można ją rozwijać przez mechanizację albo tanią siłę roboczą. Już z badań z końca lat 90. wynikało, że gdyby nie migranci, to niektórzy rolnicy nie mogliby rozwijać swojej produkcji (np. eksportować warzyw spełniających wymogi rynku UE). Z drugiej strony w długim okresie potrzebna jest mechanizacja, a zatrudnianie tanich pracowników pozwala na niej zaoszczędzić – tłumaczy Górny.

Już myślmy, co dalej

Nie ma więc prostej odpowiedzi na pytanie, jak imigracja wpływa na gospodarkę – choć większość argumentów przemawia moim zdaniem za tym, że ma wpływ pozytywny. Kraj przyjmujący korzysta na większej liczbie rąk do pracy i otwartych umysłach osób zdeterminowanych do tego, by polepszyć swój byt w nowym miejscu zamieszkania. Jednak to, czy pojawią się skutki uboczne, zależy od wielu czynników. Zasadniczo przedsiębiorcy będą pewnie zawsze zadowoleni z imigracji. Pracownicy – o ile się nie przekwalifikują – mniej: gdy imigracja będzie uzupełniała braki na rynku, nie będzie stanowiła dla nich problemu; gorzej, gdy przybysze będą wchodzić na „ich” poletko. Te problemy może rozwiązywać także państwo – także dbając o rozwój kompetencji pracujących. Jeśli nie zadba o to, by nowo przybyli odnaleźli się w nowym miejscu, skutki społeczne mogą być złe, zwłaszcza gdy przyjdzie kryzys. Wtedy łatwo będzie znaleźć „winnego” zaistniałej sytuacji w postaci przybysza zabierającego „nasze miejsca pracy” lub doprowadzającego do obniżki płac.

O ile fakt, że badani obcokrajowcy (głównie Ukraińcy) pracowali często dłużej od Polaków można jeszcze zrozumieć, o tyle tego, że byli dyskryminowani płacowo – już nie

Tego jednak nie da się zrobić bez zastanowienia się, jak ma wyglądać nasze podejście do migracji w dłuższym terminie. Jeśli Polska będzie nadal, jak w ciągu ostatnich kilku lat, atrakcyjnym krajem czy to dla Ukraińców, czy Nepalczyków czy Hindusów, to z czasem oni u nas osiądą. Zmienią swoje przyzwyczajenia, a i staną się bardziej „kosztowni” pod względem fiskalnym. Co do zasady, widząc korzyści płynące z przenoszenia się obcokrajowców do Polski – trzeba się na to przygotować się już dziś.

fot: Podróż zdjęcie utworzone przez rawpixel.com – pl.freepik.com

Stefan Sękowski
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

2 odpowiedzi na “Imigrant Schrödingera. Nie istnieje i istnieje”

  1. z grubsza pisze:

    Rozwiązaniem jest istotne zwinięcie globalizacji i rozwijanie się w ramach obszarów o zbliżonym poziomie cywilizacyjnym.

    Największy wzrost dobrobytu – przekładający się na wzrost klasy średniej trwał do początku lat 80, później zaczął się zjazd.

    Natomiast od początku XXI wieku było już wiadomo, że dzieci Europejczyków i Amerykanów będą żyły na niższej stopie życiowej niż ich rodzice.

    Trwa stopniowe niszczenie rozwiniętych społeczeństw Zachodnich – powrót do feudalizmu i niewolnictwa, wytworzyła się nowa oligarchia, która eksploatuje masy i napływową siłę roboczą.

    Migracja wyniszcza też regiony z których napływa – odpływają rzesze ludzi w tym elita.

    Masowa migracja to niebywały dramat, który rozgrywa się na wielu poziomach. Przesiedlenia stalinowskie, zsyłki to nic przy tym co się wyprawia.

  2. eszet33 pisze:

    Pańskie tezy, zestawienia statystyk i porównania są, być może – słuszne dla krajów, z których pochodzą. Ale odnoszenie ich do Polski – jest nietrafione niestety, Panie Redaktorze. Bo w Polsce – jeśli chodzi o start-upy i otwieranie, a następnie możliwości rozwijania nowych firm… to lepiej nie będę się wyrażał! Ci krajowcy, którzy próbowali – wiedzą, co mam na końcu języka.
    W PL firmy zagraniczne, zwłaszcza duże – są uprzywilejowane w porównaniu do tubylczych. Wiemy to – nieprawdaż?
    Znam to wszystko z własnego doświadczenia, więc wiem – co mówię.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz