Euroarbitrażem w suwerenność

Aktualności,

Państwa „starej Unii” chcą, by w sporach biznesu z państwami nad sądownictwem krajowym dalej stały niezależne trybunały arbitrażowe. To tylko pozorna walka z rządową samowolką.

Dwanaście lat po wstąpieniu do Unii Europejskiej wciąż jesteśmy członkiem wspólnoty drugiej kategorii. Nadal obowiązuje ok. 200 bilateralnych umów głównie miedzy państwami „starej” i „nowej” unii, dotyczących ochrony inwestycji. Na ich podstawie firmy zagraniczne mogą zaskarżać rzekomo dyskryminujące je państwa do specjalnych trybunałów.

To ma się teraz zmienić. W ubiegłym roku Komisja Europejska ustami komisarza UE ds. stabilności finansowej Jonathana Hilla stwierdziła, że umowy te są „przestarzałe i już niepotrzebne”. Mamy jednolity rynek, w państwach członkowskich Unii obowiązują wysokie standardy prawne, ostatecznie jest jeszcze Trybunał Sprawiedliwości UE, który może zbadać, czy działania rządów, które nie podobają się przedsiębiorstwom, są zgodne z prawem unijnym. Teraz na te słowa nastąpiła reakcja. Niedawno Austria, Finlandia, Francja, Niemcy i Holandia wyszły z propozycją utworzenia jednolitego trybunału, który miałby zastąpić te dotychczasowe. Autorzy pomysłu nie ufają sądownictwu w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, mają zastrzeżenia co do jego jakości i niezależności, a także długości trwania procesów.

Wygląda na to, że państwa, które weszły do UE po 2004 roku jeszcze nie dorosły do równego traktowania. Pierwsze tego typu rozwiązanie zostało ustalone w 1959 roku między RFN a Pakistanem – państwem, które ledwo wychodziło z kolonializmu i istniały realne obawy, że miejscowe władze mogą pokusić się na dobra, w jakie zainwestowali niemieccy przedsiębiorcy, znacjonalizować je lub w inny sposób od siebie uzależnić. 

W tej propozycji chodzi przede wszystkim o to, by jak najdłużej utrzymywać kraje „nowej Unii” w niepełnoprawnej pozycji. I móc arbitrażowym straszakiem wpływać na nasze prawodawstwo

Po tylu latach członkostwa w UE możemy chyba jednak oczekiwać, że nie będziemy traktowani jak jakieś wewnątrzunijne bantustany. Tym bardziej, że choć polski system sądownictwa pozostawia wiele do życzenia, w ciągu 12 lat przynależności do UE zdecydowanie się poprawił. Według rankingu „Doing Business” Banku Światowego, który wskazuje, w jakich państwach najłatwiej jest prowadzić działalność gospodarczą, czas, jaki przedsiębiorcy schodzi na rozstrzygnięcie sporu sądowego, skrócił się od 2004 roku, gdy wstępowaliśmy do Unii, z 1000 (słownie: tysiąca) dni do 685. To nadal bardzo dużo, jednak postęp warto docenić. 

Podobnie jak to, że jeśli chodzi o jakość procesów sądowych (ocenianą w 18-stopniowej skali) znajdujemy się (10,5 pkt) tylko nieco poniżej średniej państw OECD o wysokich dochodach (11). A gdzie w tym wszystkim jest Holandia, jeden z pomysłodawców euroarbitrażu – państwo, z którym mamy umowę, na podstawie której zapłaciliśmy swego czasu firmie ubezpieczeniowej Eureko 2 mld euro odszkodowania? Procesy trwają tam krócej, niż u nas (średnio 514 dni), ale podczas gdy my znajdujemy się w kategorii „egzekwowanie umów” na 55. miejscu, rodacy Van Gogha dopiero na… 91. Odpowiada to pod względem jakości procesów sądowych poziomowi Strefy Gazy.

Ktoś może jednak wskazać na symptomy pogarszania się sytuacji. Choćby w Polsce – na zagrożenie pojawieniem się bardzo szkodliwego dualizmu prawnego wynikającego ze sporu wokół Trybunału Konstytucyjnego, albo chęci wprowadzenia podatku obrotowego, który będzie dyskryminował duże zagraniczne firmy handlowe, co nie podoba się Komisji Europejskiej. 

To prawda: nasze elity polityczno-prawnicze rozwalając system prawny w Polsce dają pretekst do takich pomysłów, podobnie jak rząd, który chcąc walczyć z unikaniem płacenia podatków bawi się w neofeudalne wskazywanie, kogo tym razem obciążymy nową daniną – zamiast skonstruować prosty i trudny do ominięcia system, jednocześnie równie traktujący wszystkich uczestników gry rynkowej. To jednak tylko preteksty, o czym świadczy to, że współautorami pomysłu trybunałów arbitrażowych są Francja i Niemcy, które jawnie dyskryminują na swoim terytorium przewoźników z Europy Środkowo-Wschodniej. 

W tej propozycji chodzi przede wszystkim o to, by jak najdłużej utrzymywać kraje „nowej Unii” w niepełnoprawnej pozycji. I móc arbitrażowym straszakiem wpływać na nasze prawodawstwo – bo przecież nowa ustawa dotycząca np. zmiany standardów ochrony środowiska może zostać uznana przez jakieś przedsiębiorstwo za działanie dyskryminujące. Słowem: jest to uderzenie w naszą suwerenność – przy którym, paradoksalnie, Komisja Europejska stoi po naszej stronie.