Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Encyklika bezradna

„Fratelli tutti” jest wezwaniem, aby było dobrze i aby wszyscy się dogadali. To, niestety, rzadko skutkuje

Papież Franciszek w encyklice „Fratelli tutti” przypomina jasno: wszyscy ludzie jesteśmy braćmi. Nie tylko Robert Winnicki jest bliźnim Margot, a uchodźca z Syrii bratem Kowalskiego; także Donald Trump jest bliźnim Xi Jinpinga. Za tym idzie zaś dalszy wniosek, że jesteśmy także odpowiedzialni za los tych, którym przypadło urodzić się po drugiej stronie globu i nie mamy prawa pozbawiać ich własności, życia czy szans na osiągnięcie dobrobytu.

To mocny przekaz w momencie, w którym świat idzie w dokładnie odwrotnym kierunku: kryzysy migracyjne, rozpadanie się dotychczasowego modelu relacji międzynarodowych, stawianie na unilateralizm przez obecne władze Stanów Zjednoczonych, wojny handlowe i narastający sceptycyzm wobec międzynarodowego współdziałania – to dobry moment, by następca św. Piotra przypomniał, co jest ideałem relacji międzyludzkich. A nie jest nim wcale interes narodowy czy racja stanu. W tym kontekście przykładowo realizm polityczny należy traktować nie jako ideał właśnie, ale jako smutną i nierzadko tragiczną konieczność, oby wybieraną z myślą o dobru tych, których Bóg postawił bliżej nas,  a nie jako fasada dla realizowania faktycznego interesu elit politycznych i gospodarczych. Jako kategorię roztropności wpisanej w porządek miłosierdzia, służącą dbałości o bezpieczeństwo obywateli, jednocześnie nie uprawniającą nas do łupienia i wykorzystywania innych.

Franciszek opisuje relacje międzynarodowe raczej takimi, jakimi chciałby je widzieć, niż jakimi są w rzeczywistości

Kłopot w tym, że tego w encyklice Franciszka w ogóle nie ma. Jest za to dużo moralizatorskich haseł i wezwań, które bardzo ładnie brzmią, ale często nie odpowiadają na źródła zjawisk, na które mają być odpowiedzią. Wracając do cnoty roztropności – pojęcie to pojawia się w encyklice raptem raz, by wskazać, że „niekiedy fundamentalistyczna przemoc jest wyzwalana w niektórych grupach jakiejkolwiek religii z powodu braku roztropności jej przywódców”, choć przecież „przykazanie pokoju jest głęboko wpisane w reprezentowane przez nas tradycje religijne” (284). Tak jakby Papież nie wiedział, że z kolei polityka – ta jak najbardziej ziemska – jest głęboko wpisana w wiele religii, albo że wykorzystywana jest  często po prostu do ziemskich celów.

Franciszek nie z tego świata

Ludzie, zdaniem Papieża, robią źle z głupoty. Taka postawa przewija się przez encyklikę, jak choćby wtedy, gdy Franciszek pisze o tym, że „Można tęsknić za planetą, która zapewni ziemię, dom i pracę dla wszystkich. To jest prawdziwa droga do pokoju, a nie głupia i krótkowzroczna strategia siania strachu i nieufności w obliczu zagrożeń zewnętrznych. Prawdziwy bowiem i trwały pokój jest możliwy tylko «wychodząc z globalnej etyki solidarności i współpracy w służbie przyszłości kształtowanej przez współzależność i współodpowiedzialność całej rodziny ludzkiej»” (127). Problem w tym, że są tacy, którzy na takiej strategii zyskują, nawet gdy inni tracą (a gdy ich realny horyzont myślowy kończy się tu, na Ziemi, łatwiej jest im inaczej myśleć o tym, co jest ich zdaniem rzeczywiście krótkowzroczne). I,  co więcej, ten strach ma przecież często realne podstawy.

Podobnie sytuacja ma się z krytykowanym przez Franciszka postępującym odchodzeniem od multilateralizmu w polityce międzynarodowej. Pisze o nim, jakbyśmy mieli do czynienia z jakimś dopustem (niezbyt) Bożym, a nie efektem długotrwałych procesów społecznych. Pisząc o tym, że „dla krajów małych lub ubogich otwiera się możliwość osiągnięcia porozumień regionalnych z sąsiadami, które im pozwalają na negocjowanie w ramach bloku i uniknięcie stawania się segmentami marginalnymi i zależnymi od wielkich mocarstw” prochu nie odkrywa, bo przecież takie bloki tworzą się i istnieją od lat. Kłopot w tym, iż nawet jeśli – z czym się zgadzam – „dzisiaj żadne państwo narodowe nie jest w stanie zapewnić dobra wspólnego swoich mieszkańców” (153) – to z jakichś dziwnych przyczyn w wielu państwach narastają tendencje odwrotne. Po latach funkcjonowania w ramach siatki różnych organizacji międzynarodowych, z Narodami Zjednoczonymi na czele, następuje trend odwracania się od nich – i to w dużej mierze z tego powodu, że w międzyczasie te państwa, które do tej pory rozdawały w nich karty, czują się zagrożone przez inne, które na arenie tych organizacji starają się ugrywać własne interesy. Franciszek jakby nie zauważał Brexitu, luzowania relacji USA ze Światową Organizacją Zdrowia, spadku znaczenia Światowej Organizacji Handlu czy słabnącej pozycji ONZ, choć naukowcy opisują to zjawisko od lat. „Ciężki i  nieoczekiwany cios tej pandemii, która wymknęła się spod kontroli, zmusił nas do myślenia bardziej o wszystkich ludziach, niż o korzyściach niektórych z nich” (33) – pisze następca św. Piotra, choć widać całą masę dążeń w odwrotnym kierunku, np. prób zapewniania sobie pierwszeństwa i wyłączności w dostępie do przyszłej szczepionki na COVID-19 przez USA czy inne kraje.

Problem nie polega na tym, że ludzie robią wbrew Bożym przykazaniom. Występowanie przeciw normie moralnej wcale jej nie znosi. Problem w tym, że Papież zdaje się nie widzieć przyczyn tego stanu rzeczy. Liberalny porządek międzynarodowy przeżywa kryzys (albo i odchodzi w przeszłość – to pokażą kolejne lata) m.in. z powodu traktowania przez elity i lud kierunku, w jakim idzie układ sił, jako niesprawiedliwego i nieopłacalnego (mniejsza o to, czy faktycznie słusznie). Także, co ważne, przez obywateli państw zamożnych. Franciszek widzi część tych problemów, ale głównie w odniesieniu do państw uboższych, a przecież to nie one decydują o kształcie systemu międzynarodowego. Część niedomagań ludzkiego braterstwa pozostaje więc bez odpowiedzi idącej poza apel o dobre zachowanie.

Twierdzenie, jakoby „liberalnym stanowiskiem gospodarczym” był… sprzeciw wobec napływu imigrantów (sic!) świadczy raczej o niechęci do liberalizmu gospodarczego niż o znajomości samego nurtu

Smutne jest to, że w encyklice mającej być wkładem w katolicką naukę społeczną widać niewiele odniesień do współczesnych osiągnięć nauk społecznych. Filipiki przeciw „teorii skapywania”, która jest „ideologią LGBT” ekonomii, chwytliwym związkiem frazeologicznym ukutym przez przeciwników rzekomego zjawiska, czy twierdzenie, jakoby „liberalnym stanowiskiem gospodarczym” był… sprzeciw wobec napływu imigrantów (sic!) świadczą raczej o niechęci do liberalizmu gospodarczego niż o znajomości samego nurtu. Trudno znaleźć też zaznajomienie z politologicznymi opracowaniami nt. populizmu, które wskazują, iż ten ostatni nie jest w istocie występowaniem w imieniu ludu, ale uzurpowaniem sobie bycia jedynym jego reprezentantem. Podobnie rzecz ma się z internacjologią – wydaje się, że Franciszek opisuje relacje międzynarodowe raczej takimi, jakimi chciałby je widzieć, niż jakimi są w rzeczywistości.

Górnolotne apele zwykle nie skutkują

Encyklika jest najmocniejsza w miejscu, w którym Franciszek omawia przypowieść o Dobrym Samarytaninie. Gdy od postępowania wobec tych, którzy są blisko („Grupy zamknięte i pary skupione na sobie, stanowiące jakby «my» przeciwstawione całemu światu, są zazwyczaj wyidealizowanymi formami egoizmu i zwykłego chronienia siebie” (89)) przechodzi do stosunku do tych, którzy żyją dalej. Sypie się jednak tam, gdzie trzeba spojrzeć na źródła rzeczywistości takiej, jaka ona jest, a już zupełnie, gdy trzeba zaproponować konkretne rozwiązania. O ile jeszcze w przypadku stosunku do migrantów Franciszek wskazuje całkiem realistyczne środki, które trzeba dostosować do aktualnych możliwości (cały punkt 130), o tyle jako jedno z remediów na wojny proponuje… likwidację wydatków na zbrojenia i wojsko, a w zamian „Światowy Fundusz na rzecz ostatecznego wyeliminowania głodu i rozwój krajów najuboższych” (262). Zakładając bardzo optymistycznie, że wszystkie kraje zgodzą się przekuć atomówki i czołgi na lemiesze; zakładając, że nikt nie będzie robił tego potajemnie, a nawet, że ludzie w zamian nie zaczną okładać się maczugami: widzę już oczyma wyobraźni te spory o jak największy kawałek tortu z Funduszu Światowego. Z kolei w stwierdzeniu, że „niezbędne staje się dojrzewanie silniejszych i sprawnie zorganizowanych instytucji międzynarodowych, których władze byłyby desygnowane sprawiedliwie, na podstawie porozumień między rządami krajowymi, i wyposażone w możliwość sankcjonowania. Kiedy mówimy o możliwości istnienia jakiejś formy globalnego autorytetu, regulowanego przez prawo, niekoniecznie należy myśleć o autorytecie osobowym” (172) czuć przede wszystkim bezradność wobec świadomości anarchicznego charakteru stosunków międzynarodowych.

Kłopot z tą encykliką nie polega na tym, że wartości, które głosi, są nieodpowiednie, bo nie są. Polega on na tym, że dokument nie wskazuje realistycznych środków czy nawet dróg do osiągnięcia tych wartości. Inaczej wygląda apel do osób, które występują w swoim imieniu, inaczej – do tych, od których decyzji zależą losy milionów osób. Niestety, „Fratelli tutti” może służyć też głównie jako źródło górnolotnych bon motów, choć rzadko ważkich argumentów w sporze ze zwolennikami np. narodowych egoizmów. Jako całość jest wezwaniem, aby było dobrze i aby wszyscy się dogadali. To, niestety, rzadko skutkuje.

Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

Jedna odpowiedź do “Encyklika bezradna”

  1. Jarek pisze:

    “Kłopot z tą encykliką nie polega na tym, że wartości, które głosi, są nieodpowiednie, bo nie są. Polega on na tym, że dokument nie wskazuje realistycznych środków czy nawet dróg do osiągnięcia tych wartości”.
    Sukces chrześcijaństwa w pierwszych jego stuleciach polegał na tym, że zerwał z powszechną moralnością i etyką Rzymu (mocno wspierającą imperium) wprowadzając rewolucyjne hasło, które stanowi tytuł encykliki papieskiej “Fratelli tutti” – wszyscy ludzie są sobie braćmi. Tak Panie Autorze, w etyce Papieża są nimi i pan Winnicki i pan/pani Margot. Pan zapewne chciałbyś oczekiwać, aby Papież wskazał Panu narzędzia walki wsparte chrześcijańskimi normami, aby mógł Pan prowadzić sobie swoją krucjatę przeciwko ideologicznym wrogom “niszczącym” Pański “kod kulturowy” ? W odróżnieniu od abp. Jędraszewskiego i ks. Rydzyka zgody Papież na to nie ma. Najwidoczniej współczesne “krucjaty” i “wojny religijne” dzisiejszych chrześcijan (oparte na narodowym ego) wobec innych religii i wrogich instytucji i ideologii, np. LGBT, Unia Europejska, feminizm, genderyzm – są Papieżowi obce i przez niego nie akceptowane albowiem jak mawiał Pan – “Moje Królestwo nie jest z tego świata”. Wy młodzi Redaktorzy, powinniście lepiej się dobrze zastanowić w czyim teatrze kukiełek gracie. Polska przez wieki poradziła sobie z Reformacją, islamem Osmanów,
    prawosławną Rosją i Niemcami w każdej terytorialnej i ideowej postaci, i dlatego nowa, piąta już chyba krucjata – w odróżnieniu od dobrej polityki, której za Kaczyńskiego nie ma – jest Polsce niepotrzebna. I właśnie o tym jest ta encyklika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz