Kup prenumeratę i czytaj NK
Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Dużo zdrowia, gospodarko!

Bez sprawnej gospodarki nie będzie skutecznej walki z epidemią. Rząd i bank centralny przygotowały rozwiązania mające utrzymać ją na nogach. Ich skuteczność może być niwelowana przez bagatelizowanie roli ekonomii – i procykliczną politykę w ostatnich latach

Wygląda na to, że kontynentalny model walki z epidemią koronawirusa wygrywa z bardziej „spolegliwym” do tej pory – i zarzuconym już – modelem brytyjskim. Opisując go w ciekawym videopodcaście, dr Michał Zabdyr-Jamróz słusznie wskazał, w naszym krajowym kontekście, że w polskim systemie prawnym nie ma konfliktu między zdrowiem publicznym a wolnością osobistą czy swobodą gospodarczą. Jednocześnie można odnieść wrażenie, że przekaz wypowiedzi sugeruje, jakoby istniał ogólny konflikt miedzy interesami zdrowotnymi obywateli a interesami gospodarki czy „biznesu”. Jednak jest zupełnie inaczej.

Prawdziwe oblicze kryzysu

Obecnie na pierwszym miejscu stawiamy walkę z koronawirusem, jednak bez prosperującej gospodarki trudno o środki na opiekę zdrowotną. Słabsza gospodarka oznacza niższe wpływy z tytułu składek na NFZ, a dosypać z budżetu też będzie trudniej, bo i wpływy do niego będą niższe

Co oznacza w praktyce kryzys gospodarczy związany z koronawirusem? Z powodu „narodowej kwarantanny” robimy mniej zakupów i korzystamy z mniejszej liczby usług. Jednocześnie mniej pracujemy, zwłaszcza w tych branżach, w których trudno jest o zdalne funkcjonowanie. Ekonomiści nazywają pierwsze zjawisko wstrząsem popytowym, drugie – podażowym. Obecnie oba występują jednocześnie – i mogą się zresztą wzajemnie potęgować: póki co jeszcze tego nie widać, bo w pierwszym okresie i klienci kupowali na zapas, i producenci mogli sięgnąć po rezerwy. W dłuższej perspektywie brak zamówień powoduje mniejszą produkcję, zaś mniejsza produkcja prowadzi do tego, że mniej możemy skonsumować. Mamy też do czynienia z kryzysem globalnym – problemy mają firmy nastawione na eksport, trudniej jest też zarówno zaspokoić potrzeby, jak i sprzedać towary, które nie schodzą w kraju.

W efekcie firmy muszą ciąć i wstrzymywać inwestycje, produkcję, pensje i zatrudnienie. Z tego powodu więcej ludzi będzie bez pracy, a co za tym idzie – trudno będzie im się utrzymać. Rosnąć będzie przestępczość, spadać – także odporność ludzkich organizmów na inne choroby. Obecnie na pierwszym miejscu stawiamy walkę z koronawirusem, jednak bez prosperującej gospodarki trudno o środki na opiekę zdrowotną. Słabsza gospodarka oznacza niższe wpływy z tytułu składek na NFZ, a dosypać z budżetu też będzie trudniej, bo i wpływy do niego będą niższe z uwagi na spadek konsumpcji (VAT) i ograniczenie działalności gospodarczej (PIT i CIT). Kryzys może być też dłuższy niż sama epidemia, ponieważ firmy, które w jego trakcie padną, będzie trudno otworzyć na nowo, podobnie jak nawiązać na nowo przerwane bądź wstrzymane relacje gospodarcze.

Według pesymistycznego scenariusza banku Morgan Stanley polska gospodarka może skurczyć się w tym roku nawet o 5,6 proc

Takie realia kryją się za wartościami, jakimi przerzucają się ekonomiści, starając się przewidzieć, jak będzie wyglądać nasza przyszłość w najbliższych miesiącach i latach. Prognozy są bardzo różne – przykładowo według pesymistycznego scenariusza banku Morgan Stanley polska gospodarka może skurczyć się w tym roku nawet o 5,6 proc. Nikt oczywiście nie jest w stanie prognozować, jak będzie na sto procent, jednak możemy być pewni, że nastąpi solidne tąpnięcie. Za pojęciami takimi jak „ujemny wzrost PKB”, „dynamika produkcji przemysłowej”, „poziom bezrobocia” czy „inflacja” kryją się miliony indywidualnych losów, nieraz tragicznych – warto o tym pamiętać, zanim stwierdzi się, że nie powinniśmy się przejmować gospodarką czy „biznesem”, bo teraz najważniejsze jest zdrowie. A takie opinie zdarza się przeczytać czy usłyszeć.

Po pierwsze: zdrowie; po drugie: gospodarka

Nie mamy tu do czynienia z wyborem „albo-albo”. Fakt, że wzięliśmy na wstrzymanie z naszą gospodarczą aktywnością, to efekt naszego społecznego wyboru i postawienia na pierwszym miejscu zdrowia obywateli. Był to wybór oczywisty, ponieważ wyżej cenimy sobie unikanie nagłego spadku bezpieczeństwa i solidarność od wolności indywidualnej, choć oczywiście nie absolutnie, tylko do pewnego stopnia. Alternatywa przecież była: mogliśmy nie robić nic. Biorąc pod uwagę naszą dotychczasową wiedzę o koronawirusie, mielibyśmy prędzej czy później do czynienia ze śmiercią setek tysięcy Polaków (M. Zabdyr-Jamróz mówi o ok. 300 tys.) i z kilkoma milionami przypadków ostrego przechodzenia choroby, kolapsu służby zdrowia, a co za tym idzie, dodatkowo – śmierci trudnej do oszacowania liczby osób, którymi nie mogłaby się ona zaopiekować, a potrzebowałyby jej pomocy z przyczyn innych niż koronawirus. Nawet gdyby nie doprowadziłoby to do masowej paniki, oznaczałoby także zdecydowane spowolnienie gospodarki działającej „as usual” – ale prawdopodobnie nie do tego stopnia, jaki szykuje nam się obecnie. Padłoby mniej firm i mniej ludzi straciłoby pracę. Woleliśmy jednak tego uniknąć kosztem aktywności gospodarczej: altruistycznie, bo nie chcemy narażać tylu osób na cierpienie, ale i egoistycznie, bo przecież nie wiadomo, na kogo wypadnie.

Za pojęciami takimi jak „ujemny wzrost PKB”, „dynamika produkcji przemysłowej”, „poziom bezrobocia” czy „inflacja” kryją się miliony indywidualnych losów, nieraz tragicznych – warto o tym pamiętać, zanim stwierdzi się, że nie powinniśmy się przejmować gospodarką czy „biznesem”, bo teraz najważniejsze jest zdrowie

Jednocześnie nie postawiliśmy wszystkiego na zdrowie. Hipotetycznie, rządzący mogliby drastycznie ograniczyć swobodę działalności gospodarczej (może zresztą do tego jeszcze dojdzie) łącznie z zamykaniem przedsiębiorstw i reglamentacją towarów. Zresztą przecież za granicą już do tego dochodzi. Na razie administracyjne ograniczenia są relatywnie niewielkie (poza niektórymi branżami); przede wszystkim stawiamy na (bez)czynność społeczną i prośbę zamiast groźby.

Jednak to, że przeciwdziałanie epidemii (czy też spowalnianie jej rozprzestrzeniania się) jest względnie łagodne, nie oznacza, że skutki nie będą poważne. A w takich sytuacjach zwykliśmy oczekiwać od państwa, że „coś” z tym zrobi. Od razu podniosły się też głosy, że „w sumie po co”, albo przeciwnie, że jest to kolejny dowód na to, iż „jak trwoga to do państwa”, i że przedsiębiorcy sobie bez jego ingerencji w ogóle nie radzą. Nie tak szybko – pamiętajmy, że mamy do czynienia z sytuacją nadzwyczajną. Pomoc przedsiębiorstwu w sytuacji, gdy traci ono grunt pod nogami, ponieważ zmieniają się preferencje konsumentów, za którymi nie potrafi nadążyć, byłaby absurdem. Teraz mamy do czynienia z przestojami niezawinionymi, spowodowanymi nie tylko samą chorobą, a w dużej mierze – decyzjami politycznymi, będącymi odpowiedzią na epidemię. Jeśli jako wspólnota chcemy, by przedsiębiorstwa włączyły się aktywnie (czy raczej: pasywnie) w walkę z Covid-19, powinniśmy im to ułatwić. Ponadto należy zarzucić marksistowsko-klasowe myślenie o rzeczywistości: mówimy tu nie o jakichś przedsiębiorcach, którzy mogą, ale nie muszą żyć ze swojego kapitału, a o przedsiębiorstwach, od których kondycji zależy „być albo nie być” milionów zatrudnionych w nich Polaków, powiązanych relacjami rynkowymi z innymi przedsiębiorstwami.

Pomagać, ale sensownie

Trzeba liczyć się z tym, że w związku z tymi rozwiązaniami będzie nam rósł dług publiczny – to normalne w dobie kryzysu. Niestety, rząd Prawa i Sprawiedliwości, mnożąc w dobie prosperity wydatki stałe i rozdając pieniądze na lewo i prawo, nie przygotował nas na taką sytuację

Jak wspomóc gospodarkę, by przeszła epidemię w możliwie dobrym stanie? Rząd przedstawił pakiet antykryzysowy. W chwili pisania tego tekstu znamy jedynie jego założenia. Jednak już widać, że w pierwszej kolejności nakierowany jest na to, by utrzymać zatrudnienie i płace. Niektórym przedsiębiorstwom, które będą miały problem ze spadającymi obrotami, rząd chce bowiem dopłacać do wynagrodzenia pracowników (do 40 proc. minimalnego wynagrodzenia). Ponadto przedsiębiorstwa będą mogły liczyć na mikropożyczki czy gwarancje kredytowe. Rząd chce także wesprzeć inwestycje publiczne, które mają w dużej mierze zastąpić te prywatne. Trzy grosze dorzucił także senat, składając do sejmu projekt nowelizacji specustawy Covid-19, zawierającej regulacje dotyczące np. telepracy czy rekompensaty za zaniechanie działalności z powodu decyzji władz. Swoje kroki przedsięwziął także Narodowy Bank Polski. Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopy procentowe do poziomu najniższego w historii (stopa referencyjna wynosi 1 proc.). Ponadto prezes NBP Adam Glapiński zapowiedział skup rządowych obligacji.

Zacznijmy od NBP. Na pierwszy rzut oka te rozwiązania wydają się być rozsądne: chodzi o to, by odciążyć przedsiębiorców i dać im impuls do działania. Jednak już drugi rzut oka budzi spore wątpliwości. Przede wszystkim trzeba przypomnieć sobie, że mamy tu do czynienia nie z kryzysem finansowym i brakiem dostępu do gotówki, ale z epidemią – siłą rzeczy mamy z nią walczyć, nie robiąc nic. Obniżenie stóp może spowodować, że przedsiębiorstwa zaczną brać kredyty na działalność – a wtedy będzie to przeciwskuteczne, jeśli chodzi o walkę z epidemią – albo nie będą, oczekując, że epidemia potrwa dłużej niż dwa tygodnie, co postawi sens operacji pod znakiem zapytania z ekonomicznego punktu widzenia. Obniżka stóp procentowych może oczywiście pomóc obecnym kredytobiorcom, jednocześnie podobny efekt można uzyskać ogłaszając wakacje kredytowe – a przecież taką możliwość na trzy miesiące wprowadził Związek Banków Polskich (ciekawie o tym, w jakim stopniu banki centralne mogą wpłynąć na kondycję gospodarki w epoce epidemii Covid-19, pisał Arkadiusz Sieroń z Instytutu Misesa). Nie chodzi więc o to, by zachęcać przedsiębiorców do inwestycji, ale po to, by pomóc im przetrwać trudny czas.

Jeśli zaś chodzi o wykup obligacji przez NBP, to wpływ tego narzędzia na inflacje nie jest jednoznaczny. Luzowanie ilościowe np. w USA po kryzysie finansowym sprzed dekady nie spowodowało drastycznego wzrostu cen. Inflacja w najbliższym czasie może rosnąć – wydaje się, że bardziej jednak z powodu wzrostu kosztów, niż podaży pieniądza. Zagrożeniem ekonomicznym może być jednak pozostanie takiego rozwiązania z nami na dłużej – gdyby stało się ono normalnym narzędziem polityki finansowo-monetarnej państwa w stabilnych warunkach, mogłoby negatywnie wpłynąć na wartość pieniądza.

Także na Tarczę Antykryzysową i propozycje senatu należy patrzeć z punktu widzenia podtrzymania biznesu – nie zaś jego rozwoju. I tu postawienie przede wszystkim na utrzymanie zatrudnienia wydaje się mieć sens (i w tym kontekście należy też patrzeć na propozycje gwarancji pożyczkowych czy mikrokredytów). Związek Przedsiębiorców i Pracodawców słusznie zwraca uwagę na to, że biznesowi szczególnie pomogłoby ograniczenie obciążeń i obowiązków administracyjnych na czas kryzysu. Jednocześnie pamiętajmy, że… za coś trzeba z epidemią walczyć – i choć postulat zawieszenia (zamiast odroczenia) poboru składek ZUS rzeczywiście odpowiada na problem płynności przedsiębiorstw, to jednocześnie zamyka państwu dostęp do tak potrzebnych środków. I tak źle, i tak niedobrze.

Z pewnością po pandemii międzynarodowe relacje gospodarcze nie będzie już takie same. Choć trudno sobie wyobrazić, by przedsiębiorstwa nagle wycofywały się zza granicy, z pewnością kolejne będą ostrożniej patrzeć na współpracę międzynarodową

Trzeba liczyć się z tym, że w związku z tymi rozwiązaniami będzie nam rósł dług publiczny – to normalne w dobie kryzysu. Niestety, rząd Prawa i Sprawiedliwości, mnożąc w dobie prosperity wydatki stałe i rozdając pieniądze na lewo i prawo, nie przygotował nas na taką sytuację. Gdyby polityka PiS nie była tak procykliczna, dług w przyszłości mógłby być mniejszy.

Globalizacja będzie inna niż dotąd

Na koniec warto dodać, jak bardzo sytuacja naszej gospodarki zależy od relacji międzynarodowych. Z pewnością po pandemii międzynarodowe relacje gospodarcze nie będzie już takie same. Choć trudno sobie wyobrazić, by przedsiębiorstwa nagle wycofywały się zza granicy, z pewnością kolejne będą ostrożniej patrzeć na współpracę międzynarodową. Spodziewajmy się także wzrostu pozataryfowych barier handlu międzynarodowego, takich jak bardziej drobiazgowe kontrole czy wyśrubowane standardy sanitarne. Czy pójdą za tym na dłuższą metę także wyższe cła? Trudno powiedzieć, bo w celu wsparcia odbudowy nadszarpniętych łańcuchów dostaw państwa i organizacje międzynarodowe mogą pójść w odwrotnym kierunku. Wiele zależy także, jak bardzo poobijane wyjdą z tego konfliktu największe mocarstwa, USA i Chiny – trudne do przewidzenia efekty koronawirusa, zmieniające także układ sił między nimi, będą miały wpływ na podejmowane przez polityków decyzje. Nie wyrzucajmy jednak w związku z koronawirusem globalizacji do kosza. Choć rodziła ona wiele patologii, była też źródłem wzrostu dobrobytu na całym świecie, także w Polsce – jak słusznie mówią Joanna Tyrowicz i Jan Hagemajer w wywiadzie udzielonym „Kulturze Liberalnej”: „gdyby zatrzymano handel, to byłby dramat i kryzys światowy”.

Pandemia koronawirusa to ogromne wyzwanie dla gospodarki – zarówno krótko- jak i długoterminowo. Wypada więc jej życzyć dużo zdrowia, bo bez tego skutki społeczne choroby mogą być jeszcze bardziej opłakane.

Stefan Sękowski
Zastępca dyrektora "Nowej Konfederacji". Politolog, dziennikarz, tłumacz, stały współpracownik "Do Rzeczy", publicysta Polskiego Radia Lublin. Publikował i publikuje też m.in. w "Gościu Niedzielnym", "Rzeczpospolitej", "Gazecie Polskiej Codziennie", "Gazecie Wyborczej", "Tygodniku Powszechnym", "Frondzie"; i portalu Rebelya.pl. Tłumaczył na język polski dzieła m.in. Ludwiga von Misesa i Lysandera Spoonera; autor książkek "W walce z Wujem Samem" i "Żadna zmiana. O niemocy polskiej klasy politycznej po 1989 roku". Mąż, ojciec trójki dzieci. Mieszka w Lublinie.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz