Danina krwi, danina pracy

Romantyzm bez realizmu był na ogół lekkoduchostwem. Realizm bez romantyzmu okazywał się nierzadko „patriotyzmem folksdojczów”. Sens ma tylko ich synteza

Romantyzm bez realizmu był na ogół lekkoduchostwem. Realizm bez romantyzmu okazywał się nierzadko „patriotyzmem folksdojczów”. Sens ma tylko ich synteza

Na łamach najnowszej teki „Pressji” (nr 38) poświęconej „prześnionemu nacjonalizmowi” ukazał się artykuł Rafała Łętochy „Myśl narodowa między politycznym realizmem a romantyzmem”, w którym autor stwierdza, że „pojęcia romantyzmu i realizmu politycznego zwykło przedstawiać się jako przeciwstawne i agonistyczne szkoły myślenia o polityce”.

 

Łętocha przypomina, że Roman Dmowski na kartach „Myśli nowoczesnego Polaka” dokonał systematycznej krytyki romantyzmu politycznego, obarczając go winą za klęski narodowe w XIX wieku. W swojej krytyce poezji romantycznej, którą uznawał za źródło szkodliwych insurekcyjnych czynów i myśli Dmowski pisał: „my jeszcze jesteśmy tak mało uspołecznieni, tak mało ucywilizowani politycznie, iż, chcąc być «dobrymi Polakami», musimy robić sobie z patriotyzmu religię, a każda religia musi mieć swoje księgi święte; ale nawet najreligijniejsi ludzie umieją oświetlać kościoły elektrycznością, gdy my w swej świątyni narodowej palimy ciągle stare woskowe świece”.

Ale krakowski historyk idei nie referuje jedynie opinii „ojca prawodawcy” polskiej endecji. Stara się wykazać – na konkretnych historycznych przykładach, odnoszących się do Obozu Wielkiej Polski – że tradycja endecka to zarówno realizm, jak i romantyzm polityczny. Podobnie jak Łętocha uważam, że nie trzeba tych koncepcji traktować jako wykluczających się, gdyż w polskiej historii dokonywano ich syntezy.

Bić się czy pracować u podstaw?

Spór ideowo-polityczny, który referuje krakowski historyk idei nie jest jedynie dziedzictwem polskiej endecji. Całościowo dotyczy jednego z największych antagonizmów polskiej metapolityki. Wyraża się on w pytaniu: bić się czy pracować u podstaw? Podręcznikowy opis, który pamiętam jeszcze z czasów swojej podstawowej i licealnej edukacji nakładał na to pytanie sztywny podział: na tradycję romantyczną, insurekcyjną, i tradycję realistyczną, pozytywistyczną, organicznikowską. W tym ujęciu romantycy bili się i umierali za polską wolność. A realiści zakładali spółdzielnie, edukowali „prosty lud” i kładli bruk. W grę nie wchodzi jedynie chronologiczny podział: to sztuczne rozdzielenie jest bardziej elementarne, metapolityczne.

Jeszcze jedno aktualne odniesienie: Michał Kuź w artykule „Prawicy marsz na zachód” („Nowa Konfederacja” nr 1 (55) /2015) zwrócił uwagę na interesujący a rzadko uświadamiany fakt. Otóż „bohaterami, od których nazwy biorą ulice i szkoły w Wielkopolsce, nie są zwykle powstańcy (a przynajmniej nie ci, którzy powstańcami jedynie pozostali), tylko społecznicy, organizatorzy życia gospodarczego, fabrykanci. (…) Nawet stary generał Dezydery Chłapowski pamiętany jest tu wcale nie za swoje przygody napoleońsko-listopadowe. Wielkopolanie widzą w nim raczej wydawcę, oddanego regionowi posła do pruskiego parlamentu i organizatora przeciwdziałającego germanizacji towarzystwa kredytowego”. Powyższa uwaga nie ma jedynie zasięgu lokalnego, wielkopolskiego. Znakomicie komponuje się z uwagami Łętochy dotyczącymi (przezwyciężenia) antagonizmu między realizmem i romantyzmem.

Mit o przeciwstawności realizmu i romantyzmu politycznego wraca do nas raz po raz, w różnych odsłonach. Choćby w formie sporów o Powstanie Warszawskie. „Romantycy” powiadają: trzeba było walczyć. „Realiści”: nie należało walczyć. Warto zrozumieć, że opisywane w ten sposób zagadnienie nie pozwala wyjaśnić kwestii o wiele bardziej elementarnej, czyli skąd wzięła się na początku II Rzeczypospolitej całkiem znaczna liczba kadr i wykształcona elita, zdolna wziąć na siebie obowiązki państwowe w wyzwolonym kraju. Jak to się stało, że ta sama w gruncie rzeczy elita oraz młodziutkie pokolenie jej wychowanków po ponad dwudziestu latach od odzyskania niepodległości były zdolne bić się? Właśnie w ramach najpotężniejszego w dziejach II wojny światowej państwa podziemnego, które wymagało efektywnych instytucji nie tylko o charakterze militarnym. Były to pokolenia zdolne stworzyć państwo, jak i walczyć za nie (w ramach znakomicie zorganizowanych konspiracyjnych struktur), ponieważ nie traktowały przeciwstawnie tradycji romantycznych i pozytywistycznych, na których wyrosły.

Na śmietniku wyobraźni

Nasz kontakt z tamtymi pokoleniami i ich rzeczywistą myślą został poważnie ograniczony. Wraz z narodzinami Polski Ludowej doszło do zastąpienia (a częściowo wchłonięcia) przedwojennych polskich elit, wyrosłych jeszcze na XIX-wiecznych tradycjach, nowymi, odpowiednimi dla państwa satelickiego wobec Sowietów. A nowa władza wykorzystała klęskę Powstania Warszawskiego do własnych celów. Gdy Polska Ludowa przejęła monopol na kulturę masową, wówczas „spadkobiercy Powstania Warszawskiego” musieli wylądować „na śmietniku historii”, czy ściślej: na śmietniku wyobraźni przetrzebionego kataklizmem II Wojny Światowej społeczeństwa.

Dogodny dla komunistów przekaz pod adresem „tamtych” głosił: potrafiliście się tylko bić, sprowadziliście zagładę na Warszawę. Do tej opowieści zaprzęgnięto także zwyczajowy pokoleniowy spór między „młodymi” i „starymi”: młody Andrzej Wajda (ur. 1926 r.) ze swoim „Kanałem” (1956 r.) i nieco starszy od niego Andrzej Munk (ur. 1921 r.), reżyser filmu „Eroica” (1957 r.) wyszydzili i obrazili „starych”, czyli pokolenia „sanacyjnej Polski”.

Pozwalało to zdyskredytować nie tylko przywódców powstania 1944 r. i przedwojenną „faszystowską Polskę”. Umożliwiało także zdeprecjonowanie całościowego dorobku przedwojennej elity kraju, tej samej, która budowała podziemną Armię Krajową i podziemne instytucje polityczne, a do trudnej pracy na niwie państwowej i społecznej II RP przychodziła nierzadko ze społecznikowskich organizacji czasów zaborów.

Prosty i wygodnie zafałszowany podział na „młodych” i „starych”, na „romantyków” i „pragmatyków” był komunistom na rękę. Oczywiście, PRL-owska narracja mocno podkreślała tradycje insurekcyjne czasów zaborów, ale im bliżej było II Rzeczypospolitej, tym bardziej usuwała w cień prawdziwą historię pokolenia, któremu przyszło żyć i pod koniec XIX w., i w czasach II RP, a wreszcie doczekało państwa pod kuratelą wschodniego sąsiada.

Elity II RP były zarówno zdolne stworzyć państwo, jak i walczyć za nie, ponieważ nie traktowały przeciwstawnie tradycji romantycznych i pozytywistycznych, na których wyrosły

Krytyka mitu wymaga rozmowy o faktach. W potocznej opinii, dotyczącej przedwojennych elit powiada się: były one patriotyczne i oddane społecznemu dobru. Nie jest to tak oczywiste, jeśli przypomnimy sobie „Karierę Nikodema Dyzmy” Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Ale jakie praktyczne formy przybierał patriotyzm tamtych pokoleń? Bardzo często był to patriotyzm społecznikowski (co nie oznacza jedynie pracy spółdzielczej), oparty na pracach na rzecz samoorganizacji i samopomocy społecznej. A do tego bardzo silnie powiązany z doświadczeniem i kultem walki o niepodległość. Znaczny wpływ na to miała biografia polityczna Józefa Piłsudskiego, tradycje legionowe i niepodległościowo-socjalistyczne. Stąd też wyrastał, ubrany w oficjalne formy instytucjonalnego wsparcia, kult weteranów powstania styczniowego w czasach II Rzeczpospolitej.

Rodowody niepokornych

Na kartach „Rodowodów niepokornych” Bohdan Cywiński opisał pokolenie, które weszło w dorosłe życie u schyłku XIX w. i po kilku dekadach, w dojrzałym wieku zasiliło elity II Rzeczypospolitej. Cywiński mówi o ludziach nielicznych, ale nadzwyczaj aktywnych w działaniach społecznych, kulturalnych, ukazuje Polaków zdolnych stworzyć rozgałęzione i bogate podziemne życie polityczne. Dostrzega ich różnorodność: byli wśród nich wychowani na schyłkowym pozytywizmie działacze społeczno-oświatowi, byli socjaliści, łączący kwestie klasowe z nowymi formami walki o niepodległość (stąd choćby Organizacja Bojowa PPS), byli tam także twórcy przyszłego ruchu narodowego.

Wszyscy oni mieli pewne istotne cechy wspólne, które spowodowały, że stali się godni miana elity. „Na tle ogółu, lękającego się niebezpiecznej, bo przecież nielegalnej działalności społeczno-ideowej, na tle dość powszechnego – jak się zdaje – w tym pokoleniu zmaterializowania i bezideowości, stanowili oni cenne elity nonkonformistyczne, które stać było na dokonanie wyborów ideowych, w każdym przypadku oznaczające płynięcie pod prąd, zakwestionowanie własnej kariery, często nawet wolności, a w momentach krańcowych – życia”. W tym pokoleniu – pomimo wszystkich dzielących je różnic – etos patriotyzmu nie oznaczał górnolotnych wzdychań nad „umęczoną ojczyzną”, ale pracę u podstaw i zdolność do złożenia daniny krwi, a przynajmniej – komfortu własnego życia.

Warto przytoczyć choćby jeden konkretny przykład. Jan Wolski (ur. 1888 r.) swoją biografią niemal wzorcowo wpisuje się w zaproponowaną tutaj analizę i reinterpretację omawianego mitu. Wolski był anarchistą, członkiem PPS, żołnierzem w wojnie z bolszewikami, teoretykiem i działaczem spółdzielczości w czasach międzywojnia. Był uczniem Edwarda Abramowskiego, a sam – w starszym wieku – został jednym z ideowych mentorów późniejszego premiera III RP Jana Olszewskiego (rocznik 1930). 

Młody Wolski w 1915 r., w trakcie warszawskiego zebrania PPS, został aresztowany przez niemiecką żandarmerię. Półtora roku spędził w więzieniach i obozach jenieckich. W 1917 r. podjął działalność społeczną w ramach uniwersytetu ludowego, spółdzielczości spożywców. W czasach II RP pracował w „Społem”, szerzył spółdzielczość wśród uczniów, a także… w szeregach wojska. We wrześniu 1939 r., gdy niemiecka armia atakowała polską stolicę, został powołany przez prezydenta stolicy Stefana Starzyńskiego do Miejskiego Zespołu Aprowizacyjnego, powstałego na bazie „Społem”. W poświęconym mu szkicu „Historia pewnej szlachetności” Remigiusz Okraska przypomina: „w czasie wojny wielokrotnie udzielał pomocy ukrywającym się osobom, w tym Żydom, pozostawał w kontakcie z władzami Polski Podziemnej, wykładał na nielegalnych kursach kształceniowych, zaś dowodzona przezeń centrala spółdzielczości pracy zrezygnowała z zamówień od hitlerowców”.

Żeby zbudować efektywne, złożone instytucje polityczne, najpierw trzeba osiągnąć elementarną zdolność do tworzenia oddolnych, własnych instytucji opartych na „czystym kapitale społecznym”

Wymowny jest dalszy ciąg tej historii. Wolski po wojnie nie zdecydował się na emigrację, podjął pracę, którą znał od dekad. Raz jeszcze Okraska: „spółdzielczość Polski »ludowej« szybko okazała się monstrualnym, biurokratycznym tworem, pełnym karierowiczów, których nie interesowało żadne wyzwalanie pracowników najemnych z wyzysku i stosunków poddaństwa”. Widząc co się dzieje, Wolski już jesienią 1945 r. zrezygnował z pracy w Łodzi, gdzie miał koordynować zadania spółdzielczości pracy. Zamieszkał w Krakowie. Na Uniwersytecie Jagiellońskim prowadził przez jakiś czas wykłady w Studium Spółdzielczym, ale w 1949 r. odsunięto go od tego. Pod Krakowem stworzył Centralny Ośrodek Szkoleniowy Spółdzielczości Pracy, ale komuniści rozwiązali placówkę. Na krótko wrócił do łask po Październiku 1956 r. „Ale i dla niego „odwilż” nie trwała długo. Aparat scentralizowanej spółdzielczości stanowił na ogół już tylko karykaturę przedwojennego dorobku pokoleń rodzimych społeczników. Wolski zmarł 12 lipca 1975 r.

Co robić?

Ta historia dobrze pokazuje, w jaki sposób PRL niszczyła wśród Polaków z trudem przecież budowany instynkt samoorganizacji społecznej, od którego zaczyna się wszelkie życie organizacyjne i instytucjonalne narodów. Niestety, często zapominamy w dzisiejszych warunkach o tym prostym fakcie: żeby zbudować efektywne, złożone instytucje polityczne, najpierw trzeba osiągnąć elementarną zdolność do tworzenia oddolnych, własnych instytucji opartych na „czystym kapitale społecznym”. Inaczej wplątujemy się w logikę zapożyczeń i imitacyjnych formuł modernizacji. A wynikające stąd problemy dodatkowo wzmacniane są – na bardzo różnych szczeblach – przez instytucje skorumpowane dekadami PRL. Mówił o tym Arkadiusz Peisert w wywiadzie na temat spółdzielczości mieszkaniowej, jaki przeprowadziłem z nim dla „Nowej Konfederacji”.

Co czynić w tej sytuacji? Po pierwsze, trzeba wreszcie, poza logiką utartego sporu lewica-prawica, przyjrzeć się bacznie historii przynajmniej jednego polskiego stulecia z okładem. Czyli dekad od końca XIX w. do początku XXI w. To one są naszą „prawdziwą historią”. Musimy poznać jej autentyczną zawartość, żeby rzetelnie zrozumieć siebie. Dobrze widać, że nie jest to ani „historia lewicowa”, ani „historia prawicowa”. Najistotniejsze w niej jest to, jaka była rzeczywiście i w jaki sposób budowała się w jej obrębie autentyczna polska metapolityczność i samoorganizacja narodowa, społeczna, obywatelska.

Po drugie, po dwudziestu pięciu latach III RP jesteśmy na etapie oddolnego odbudowywania więzi społecznych, a rodzime realia tego nie ułatwiają. Dopiero za „pracą u podstaw” mogą iść efektywne instytucje i samosterowna polska polityka. Nie oznacza to jednak, że tradycja romantyczna, oparta na „daninie krwi” była czymś gorszym, albo że „nowoczesny patriotyzm” musi w sobie zawierać jako niezbędny pierwiastek odrzucenie rodzimych tradycji powstańczych. To one zawierały w sobie ten element, który nie tyle chronił polską odrębność, co nierzadko stanowił tamę wobec zaprzaństwa i zdrady firmowanej hasłami „realnej polityki”. Stąd, żeby zrozumieć pokolenia, które chciały walczyć i pracować, trzeba zrozumieć ich faktyczną, złożoną tożsamość. Radykalizm celów łączył się w ich przypadku z pragmatyzmem metod. To stanowi w naszych dzisiejszych warunkach godną odrabiania lekcję własnej historii.

Nasza sytuacja jest dwuznaczna. Z jednej strony dysponujemy własnym państwem, z drugiej – coraz rzadziej mamy złudzenia co do jego dalece dysfunkcyjnego charakteru. Stąd – w kolejnych pokoleniach – wciąż bardzo aktualną okazuje się dyskusja dotycząca tego, co znaczy polska niepodległość, co znaczy polska suwerenność: kulturowa, historyczna, instytucjonalna i społeczno-gospodarcza. 

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY MIESIĘCZNIK IDEI, NR 3 (57)/2015, 4–31 MARCA, CENA: 0 ZŁ
Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”. Publicysta „Nowego Obywatela”, członek zespołu „Pressji”, stały współpracownik pisma „KONTAKT”; regularnie pisze też dla miesięcznika „Znak”, „Gazety Polskiej Codziennie”, tygodnika „wSieci”, portali Lewicowo.pl, Plac Wolności, wGospodarce.pl, DEON.pl; publikuje również na łamach „Frondy”, „Christianitas”, rzadziej „Rzeczpospolitej”. Niegdyś współpracował z jezuickim „Życiem Duchowym”, a później postkomunistyczną „Trybuną”.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz