Nie masz czasu na zapoznanie się z całością artykułu? Wystarczy, że klikniesz ikonę „oznacz artykuł do przeczytania później”. Wszystkie zapisane publikacje znajdziesz w profilu czytelnika

Białoruś po wyborach prezydenckich

Wstęp do książki "Iluzja wolnej Białorusi. Jak walcząc o demokrację można utracić ojczyznę" Marka Budzisza

Władza bez społecznego mandatu. Opozycja również nie może mówić, że wygrała wybory

Jakim wynikiem zakończyły się wybory prezydenckie na Białorusi? Z pewnością Aleksandr Łukaszenka nie zdobył ponad 80 proc. głosów, jak obwieściła podporządkowana mu Centralna Komisja Wyborcza. Ale też nie wydaje się, aby miał jedynie 3 proc. zwolenników, jak przez długie tygodnie kampanii wyborczej ku pokrzepieniu serc głosili sympatycy jego konkurentów. Od odpowiedzi na tak postawione pytanie zależy w gruncie rzeczy interpretacja tego, co na Białorusi się dzieje i co może się dziać w najbliższej przyszłości.

Odwołajmy się do wyników pracy niezależnych analityków, skupionych w takich społecznych inicjatywach jak Uczciwi Ludzie („Честные люди”), Gołos i Zubr, którzy podjęli się, w niełatwych warunkach, nękani przez białoruskie służby specjalne, prawidłowego policzenia głosów w sierpniowych wyborach. Z ich wspólnego raportu, który powstał na podstawie kopii protokołów komisji wyborczych, wynika, że fałszerstwa miały miejsce w jednej trzeciej analizowanych przypadków. Aleksandra Łukaszenki w żadnym razie nie można więc uznać za triumfatora tych wyborów. Aktywistom społecznym udało się zdobyć 1310 protokołów komisji wyborczych, co stanowi 22,7 proc. ogólnej ich liczby (na Białorusi na potrzeby wyborów prezydenckich powołano ich 5767). W „kontrolowanych” komisjach swoje głosy oddało 1 875 998 wyborców, czyli 32,2 proc. tych uprawnionych do głosowania Białorusinów, którzy wzięli udział w wyborach (5 818 995). Społeczna akcja zbierania protokołów udała się jednak głównie w dużych ośrodkach miejskich, przede wszystkim w Mińsku, gdzie zgromadzono protokoły z komisji, w których głosowało 65,9 proc. wyborców. Dla obwodu brzeskiego podobny wskaźnik wynosił 26,9 proc., a grodzieńskiego 35,9 proc. W innych regionach Białorusi akcja przebiegała z mniejszą skutecznością. Udało się zgromadzić protokoły z komisji, w których głosowało od 22,1 proc. (witebszczyzna) do 17,8 proc. (obwód homelski) wyborców. Po przeanalizowaniu danych stwierdzono, że Swietłana Cichanouska zdobyła 81 proc. oddanych głosów, czyli w liczbach bezwzględnych 471 709. Gdyby wielkości te odnieść do oficjalnego komunikatu Centralnej Komisji Wyborczej, w świetle którego Cichanouska zgromadziła 588 619 głosów w skali kraju, oznaczałoby to, że w pozostałych 4457 komisjach wyborczych (77,3 proc. wszystkich) padło na nią średnio po 26 głosów w każdej. Jest to, zdaniem autorów raportu, jawnie niedorzeczne, zwłaszcza że z analizy „pozyskanych” protokołów wynikało, iż w każdej komisji zdobyła ona 360 głosów. To zresztą nie jedyny dowód fałszerstw wyborczych. Inny jest równie wymowny. Otóż w 59 proc. komisji wyborczych w samym Mińsku, z których udało się zgromadzić protokoły, Cichanouska zdobyła więcej głosów niż w 100 proc. komisji znajdujących się w Mińsku, gdyby posiłkować się wyłącznie komunikatem Centralnej Komisji Wyborczej. Ale ile głosów, zdaniem niezależnych obserwatorów, zdobył Łukaszenka?

Z pewnością nie 80,1 proc., jak to wynika z komunikatu CIK. W raporcie przygotowanym przez aktywistów społecznych, prócz stwierdzenia, że w około 30 proc. przypadków komisji, gdzie udało się zgromadzić biuletyny, miały miejsca fałszerstwa, nie znajdziemy odpowiedzi na tak postawione pytanie, co zresztą nie było zadaniem badających prawidłowość wyborów organizacji społecznych. Celem, które one sobie stawiały, była kwestia, czy białoruskie wybory prezydenckie można uznać za uczciwe. W świetle zgromadzonych danych odpowiedź jest oczywista – nie można.

Rosyjski dziennik ekonomiczny „Vedomosti” poddał analizie opublikowane przez platformę Gołos biuletyny z komisji wyborczych i doszedł do innych wniosków niż białoruscy aktywiści. Najpierw wzięto pod uwagę 633 protokoły, które według świadectw aktywistów Gołosu nie zostały sfałszowane i oddają rzeczywisty wynik głosowania. Sporządzono je w niewiele ponad 10 proc. wszystkich białoruskich komisji wyborczych, ale nawet jeśli odnotowane tam wyniki potraktować jako pewną próbę, to wygląda ona nader interesująco. Zdaniem „Vedomosti” Łukaszenka w tych komisjach wybory wygrał. Głos na niego oddało 51 proc. wyborców, a na Cichanouską jedynie 38 proc. Drugą kwestią, która interesowała ekspertów rosyjskiego dziennika, było pytanie, na ile zgromadzone przez Gołos dane są reprezentatywne dla całej Białorusi. Jak argumentowali zatrudnieni przez rosyjski dziennik specjaliści, 95 proc. osób zarejestrowanych na internetowej platformie służącej do przekazywania protokołów i zdjęć kart wyborczych to zwolennicy Cichanouskiej, a przeciwnicy Łukaszenki. Platforma Gołos zgromadziła zdjęcia 536 546 kart wyborczych przysłanych jej przez głosujących, co jest, jak zauważa dziennik, liczbą mniejszą niż oficjalne 588 622 głosy, które padły na Cichanouską. Nie to jest jednak głównym zarzutem formułowanym pod adresem reprezentatywności „próby” zgromadzonej przez stronę społeczną. Po pierwsze, jak argumentowali, w badanej próbie jest oczywista nadreprezentacja protokołów wyborczych z Mińska, a wiadomo, że w stolicy, z której pochodzi 59 proc. wszystkich protokołów, nastroje opozycyjne były i są najsilniejsze. Inne regiony, które w przeszłości głosowały za Łukaszenką, są w społecznej dokumentacji wyborczej reprezentowane słabiej (np. obwód witebski, z którego udało się zgromadzić jedynie 112 protokołów na 750 komisji, czy homelski – 109 z 997). Po drugie, w całej Białorusi znacznie aktywniej spływały na platformę Gołos protokoły z miast, co powodowało, że wieś jest w tej próbie w poważnym stopniu niedoreprezentowana.

Ciekawe, zdaniem rosyjskich ekspertów, są też wyniki z Mińska. Z oficjalnych danych wynika, że Łukaszenka zdobył w tym mieście 65 proc. głosów. Z kolei dane pochodzące z 407 protokołów zgromadzonych przez Gołos pokazują, że na Łukaszenkę padło 59 proc. głosów. Jeśli brane by były pod uwagę wyłącznie dane, które przez samych aktywistów strony społecznej uznawane są za niezafałszowane, a takich zgromadzono 83, to wynika z nich, że Łukaszenka zdobył 43 proc. głosów, a Cichanouska 44 proc.

Po zliczeniu głosów z pozostałych 633 protokołów, które strona społeczna uznaje za niesfałszowane, wynika, że Łukaszenka „w reszcie kraju”, po wyłączeniu stolicy, zdobył 52 proc. głosów, a Cichanouska 38 proc.

Rosyjski dziennik, powołując się zresztą na udostępnione przez platformę Gołos pliki źródłowe zawierające wszystkie zgromadzone dane, formułuje kontrowersyjną tezę, że w świetle udostępnionych przez „stronę społeczną” danych wybory na Białorusi niewiele ponad 50 proc. wygrał Łukaszenka, a Cichanouska zdobyła 38,3 proc. głosów.

Dane są oczywiście niepełne, niereprezentatywne, podlegały manipulacji. Komisje wyborcze „dorzucały głosy do urn”, a oficjalna frekwencja do dnia głosowania wskazuje, że główne fałszerstwa miały miejsce wtedy, kiedy społeczni aktywiści pracujący w wyborczą niedzielę nie mieli możliwości obserwowania komisji. To dlatego Gołos koncentrował się na udowodnieniu, co zresztą w świetle przedstawionego raportu się udało, że wybory zostały sfałszowane.

Znacznie trudniej na ich podstawie wnioskować, jakim poparciem wyborców cieszył się Łukaszenka. Wszelkie porównania są tym trudniejsze, że badania socjologiczne na Białorusi nie są prowadzone i można posiłkować się jedynie cząstkowymi informacjami. Niemniej jednak spróbujmy.

Jeszcze w czerwcu 2020 roku Giennadij Korszunow z Białoruskiej Akademii Nauk w rozmowie z dziennikarzami ujawnił, że z badań przeprowadzonych w marcu i na początku kwietnia wynikało, iż poziom zaufania wobec Łukaszenki w Mińsku wynosił 22-23 proc. Przedwyborcze sondaże przeprowadzone przy użyciu komunikatora Viber przez platformę Narodnyj Opros, na podstawie 45 tys. zgromadzonych odpowiedzi, które z oczywistych względów trudno uznać za próbę reprezentatywną dla Białorusi, przyniosły wyniki, w których Cichanouska uzyskała 75,2-79,8 proc. głosów, a Łukaszenka 13,5-17,9 proc. Warto przy okazji odnotować, że w podobnym badaniu przeprowadzonym przez tę samą platformę dwa tygodnie po wyborach (w badaniu przeprowadzonym 20-23 sierpnia on-line wzięło udział 12 tys. respondentów) 92 proc. badanych stwierdziło, że 9 sierpnia głosowało na Cichanouską, a 98 proc. uczestników ankiety nie wierzy, że Centralna Komisja Wyborcza w sposób prawidłowy policzyła głosy. Co ciekawe, uczestnicy sondażu zapytani, na kogo oddaliby swoje głosy, gdyby na Białorusi mogły odbyć się wolne wybory prezydenckie, odpowiedzieli w następujący sposób: 67,2 proc. poparłoby znajdującego się w więzieniu Wiktara Babarykę, a jedynie w 7,2 proc. Swietłanę Cichanouską. W powtórzonym w połowie września podobnym badaniu Babaryka w zależności od zastosowanej metodologii cieszył się poparciem 39,33-46,01 proc. ankietowanych, a Cichanouska 3,99-5,39 proc.

Zarówno wyniki opublikowane przez platformę Gołos, jak i inne cząstkowe informacje na temat stanu nastrojów społecznych na Białorusi, rozpoczęły dyskusję wśród białoruskich socjologów na temat społecznego poparcia dla obozu władzy.

Dla Olega Manajewa, wywodzącego się z Białorusi profesora socjologii, obecnie pracującego w Stanach Zjednoczonych, jednego z założycieli Niezależnego Instytutu Badań Społeczno-Politycznych i Ekonomicznych, przez lata zwalczanego przez władze, wbrew dominującemu poglądowi na ten temat w Polsce i Państwach Bałtyckich, w świetle którego triumfatorką wyborów prezydenckich jest Swietłana Cichanouska, sprawa nie jest wcale tak oczywista. Jego zdaniem, z pewnością zwycięzcą nie jest Łukaszenka, ale też i nie jego przeciwniczka. Po przeanalizowaniu dostępnych na ten temat szacunków i raportów niezależnych ośrodków badawczych uważa on, że nikt z tej dwójki nie wygrał wyborów w I turze. Oczywiście władze dopuściły się bardzo wielu fałszerstw, co powoduje, że nie sposób uznać wyników głosowania za miarodajne, ale również na podstawie przedstawiciele wolnych zawodów, przedsiębiorcy, daje się też zauważyć nadreprezentację osób związanych z białoruskim sektorem IT.

Manajew jest zdania, że być może w przypadku Białorusi można dziś mówić o niedokończonej, bo nie nastąpiła zmiana władzy, rewolucji politycznej. W sensie społecznym ona nie nastąpiła, a jedynie można zauważyć pewne przesunięcia. Lepszym, z tego punktu widzenia, określeniem dla tego, co do tej pory stało się u naszego sąsiada, byłoby powiedzenie o wykrystalizowaniu się społecznego obozu zwolenników zmian, modernizacji i westernizacji Białorusi, który zmaga się ze społecznym blokiem sił „starego porządku”. Ani modernizatorzy nie dominują, ani obóz Łukaszenki nie składa się z jednostek. A to oznacza, że rozstrzygnięcia na Białorusi nie nastąpią w ekspresowym tempie, bo siły są mniej więcej wyrównane. Nie mamy zwycięzcy białoruskich wyborów, mamy liderów dwóch obozów społecznych i politycznych, które walczą ze sobą o przyszłość kraju. Jak długo te zmagania będą trwać i czym się zakończą, nie można dziś powiedzieć.

Manajew został ostro skrytykowany za swoje tezy, ale jego adwersarze, prócz silnie artykułowanego przekonania, że ostatnie dwa miesiące doprowadziły do fundamentalnych zmian w myśleniu i preferencjach politycznych Białorusinów, nie byli w stanie przeciwstawić jego rozumowaniu wniosków opartych na budzących zaufanie wynikach badań społecznych, których na Białorusi się nie prowadzi. Mamy zatem do czynienia, modelowo rzecz ujmując, z przedstawicielami dwóch poglądów. Zwolennicy pierwszego głoszą, że obóz władzy znajduje się w społecznej izolacji i jest zdecydowanie mniejszościowy, zaś pozostali kwestionują ten czarno-biały schemat, argumentując, że nie tylko na Białorusi, ale także w państwach wywodzących się z systemu sowieckiego, władzy udało się zbudować szersze niż się powszechnie sądzi oparcie społeczne, i to przesądza o sile reżimu, zarówno w Mińsku, jak i w Moskwie. Zwolennikiem takiego poglądu jest Władimir Pastuchow, rosyjski socjolog i politolog, na co dzień pracujący w londyńskim University College. Na łamach „Nowej Gaziety”, tolerowanego przez rosyjskie władze niezależnego periodyku, napisał on artykuł poświęcony białoruskiej rewolucji, a raczej źródłom jej klęski. Taką właśnie Pastuchow stawia tezę, aksamitna rewolucja na Białorusi się nie udała, mało tego, zarysował się szczególnego rodzaju alians sił ancien régime, którego zwolennicy zmian nie byli w stanie pokonać, co w konsekwencji, zapewne w nieodległej już przyszłości, może doprowadzić do kolejnego zrywu, który może już nie być ani pokojowym, ani tym bardziej aksamitnym.

Punktem wyjścia rozważań Pastuchowa jest pytanie o naturę przemocy w relacjach społecznych, bo nie wierzy on w „przyrodzoną” krwiożerczość Rosjan w czasie wojny domowej czy Niemców za III Rzeszy. Podobnie zauważalna brutalność i agresja białoruskich sił porządkowych po 9 sierpnia, podkreślana przez wszystkich obserwatorów, nie bierze się, jego zdaniem, z psychologicznej ewolucji czy degradacji zwolenników władzy, ale ma raczej źródło w szczególnego rodzaju relacjach społecznych. O nich warto, zdaniem rosyjskiego socjologa, rozmawiać. Białoruscy siłowicy tłumiący demonstracje, atakujący, nieraz bardzo brutalnie bezbronne kobiety, co mogliśmy oglądać na niezliczonej liczbie filmów i nagranych relacjach, nie robili tak dlatego, że władza im nakazała, by byli „twardymi”. Rozkazy władzy, jak dowodzi, można przecież wypełniać bez szczególnego zaangażowania, ale można też być nadgorliwym. W Mińsku, a także w innych białoruskich miastach, obserwowaliśmy taką właśnie nadgorliwość. O czym ona świadczy? Ta eksplozja sadyzmu ma swoje korzenie, w opinii Pastuchowa, w szczególnego rodzaju układzie społecznym, który zbudowany został w państwach przestrzeni postsowieckiej i dotyczy w podobnym stopniu co Białorusi, również Rosji. Do tej pory błędnie przyjęło się uważać, jak argumentuje Pastuchow, że władza Łukaszenki, ale także Putina, to system chwiejnej równowagi ścierających się o wpływy różnych grup oligarchicznych żerujących na kontrolowanych przez siebie organizmach państwowych. W sensie społecznym twór dość słaby, bez zakorzenienia w liczących się warstwach społeczeństwa, skorumpowany i chwiejny. W wielu przypadkach, tak jak choćby w Armenii, gdzie w 2018 roku miała miejsce bezkrwawa „kolorowa rewolucja”, ta diagnoza była trafna. W takich systemach manifestacyjne okazanie społecznej niezgody na status quo doprowadzało do pęknięć w elicie władzy, w której równowaga sił zawsze była dość krucha, przejścia jej części na stronę liderów protestu, co doprowadzało do nowego konsensusu politycznego, obalenia starego reżimu i stabilizacji sytuacji. Takie procesy, prócz oczywiście Armenii, miały też miejsce kilka razy w środkowoazjatyckim Kirgistanie, w Gruzji i na Ukrainie. Specyfika Rosji, ale również Białorusi, jest jednak odmienna. Zbudowanego tam przez ostatnie dwa dziesięciolecia systemu polityczno-społecznego nie można opisać w kategoriach wąskiej elity, wyalienowanej ze społecznej masy, żerującej na zawłaszczonym państwie. W istocie mamy do czynienia ze znacznie szerszym, społecznym zapleczem władzy, zarówno Putina, jak i Łukaszenki. Z grubsza rzecz biorąc, Putinowi i Łukaszence udało się zbudować, w sensie społecznym, inkluzywny system, który przyciągnął będące niejako „w systemie” liczące się grupy społeczne. Na Białorusi mamy zatem do czynienia z warstwami społecznymi, które są na różne zresztą sposoby wbudowane w system sprawowania władzy i z ludźmi ten system kontestującymi. Gdyby patrzeć na liczebność obu grup, to nie są one równe, ale siła związana z narzędziami, które każda z nich jest w stanie mobilizować, nadal jest po stronie „systemu władzy”.

Dlatego baza społeczna, na której może oprzeć się tyrańska, czy neototalitarna, jak ją określa Pastuchow, władza, jest znacznie szersza, niż przyjęło się uważać, a z pewnością wystarczająca, aby się obronić. Z tego też powodu mitologia „miliona”, rozpowszechnione w kręgach tamtejszej demokratycznej opozycji przekonanie, że jeśli na ulice wyjdzie protestować milion osób, to władza ustąpi, a być może nawet upadnie, jest, w opinii Pastuchowa, złudzeniem. Władza nie upadnie, bo o swoje interesy będzie walczyć nawet z bronią w ręku. Zbudowane przez nią społeczne zaplecze tylko jej tę walkę ułatwi i zagwarantuje, że to nie pokojowa rewolucja, a uzbrojony obóz władzy odniesie końcowy sukces.

W opinii Pastuchowa taki społeczny układ sił w państwach przestrzeni postsowieckiej powoduje, iż strategia „pokojowych rewolucji”, naśladowanie Gandhiego, jest z góry skazana na niepowodzenie. Non violence był skuteczny w Indiach, gdzie po drugiej stronie stali Brytyjczycy, a raczej kolejne pokolenie elity kolonialnej, pragnące na dodatek zapomnieć o brutalności swoich ojców i dziadów z czasów Wojny Burskiej, ale nie będzie skuteczny ani w Moskwie, ani też w Mińsku.

Do rozważań na temat wyników niedawnych wyborów prezydenckich na Białorusi, które w gruncie rzeczy odczytywać należy jako spór na temat układu sił społecznych i społecznego zaplecza władzy, włączył się też pracujący na rzecz brytyjskiego Chatham House, politolog Ryhor Astapenia. Na swoim koncie na platformie Telegram napisał on że po wstępnej analizie wszystkich dostępnych informacji na temat niedawnych wyborów prezydenckich jego zespół doszedł do wniosku, że Swietłana Cichanouska zdobyła 9 sierpnia 52,2 proc. głosów, a Aleksandr Łukaszenka 20,6 proc. Jednak jak zaraz zaznaczył, błąd badania nie pozwala jednoznacznie i twierdząco powiedzieć, że Cichanouska wygrała białoruskie wybory. W jego opinii co najwyżej można powiedzieć, że wygrała ich pierwszą turę, a to oznacza, że w świetle dostępnych danych nie ma ona demokratycznego mandatu.

Nie ma go również Łukaszenka, którego legitymacja, po przeprowadzonej „tajnej” uroczystości zaprzysiężenia, nawet dla większości obserwatorów rosyjskich jest wątpliwa

7 października 2020

Książkę “Iluzja wolnej Białorusi. Jak walcząc o demokrację można utracić ojczyznę” znajdziesz w naszym sklepie.

historyk i manager. Obecnie pracuje w prywatnym biznesie. Wcześniej dziennikarz. Publikował na łamach m.in. „Życia”, „Nowego Państwa”, „Wprost”, „Życia Gospodarczego”, „Rzeczypospolitej”. Członek kolegium redakcyjnego „Polityki Polskiej” oraz „Kwartalnika Konserwatywnego” (1997-2000). W latach 1997-2001 doradca ministra Szefa Kancelarii URM oraz ministra finansów.

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zobacz