Newsletter

Bez chłodu kokainy, bez żaru Žižka

Wojciech Chmielewski uśmiałby się serdecznie z tytułu „egzystencjalisty” – ale opisuje, jak egzystencjaliści, odwagę codziennego trwania

Wojciech Chmielewski uśmiałby się serdecznie z tytułu „egzystencjalisty” – ale opisuje, jak egzystencjaliści, odwagę codziennego trwania

Nieraz już zestawiano Wojciecha Chmielewskiego z Markiem Nowakowskim. Nie było to zbyt eleganckie (niezły sposób na upupienie debiutującego autora, ustawić go w pozycji epigona!) ani szczególnie trafne. Teraz, po jego najnowszej książce, a zwłaszcza po przyznaniu mu pod koniec maja Nagrody Literackiej im. Marka Nowakowskiego, ten wytrych pojawiać się będzie pewnie jeszcze częściej: po raz pierwszy w dorobku pisarza mamy do czynienia z tak konsekwentnym opisaniem „małej ojczyzny” w zbiorze-kłębku kilkunastu opowiadań, przywołujących losy powiązanych ze sobą mieszkańców miasteczka i składających się na jedną fabułę. Można rzeczywiście dostrzec podobieństwo opowieści o Rembertowie z kolejnymi cyklami Nowakowskiego, „kronikarza Włoch i Szczęśliwic”, jak chętnie określali go pretensjonalni krytycy, w tym przede wszystkim może ze świetnym „Zapisem” z połowy lat 60., książką tak niezwykłą, że ukradzioną nawet ze zbiorów Biblioteki Narodowej, gdzie zachował się jedynie archiwalny, nieudostępniany egzemplarz (czy jest na sali specjalizujący się we wznowieniach wydawca?).

Powtórzmy: „Belweder gryzie w rękę” to rzecz na pograniczu mikropowieści i zbioru opowiadań, będących tyleż ukłonem wokół tradycji literackiej co wobec mikrosocjologii. Czytamy o zaplatających się losach dwóch rodzin z małymi i dorastającymi dziećmi, młodego, bezdzietnego małżeństwa, samotnej starszej kobiety, nastolatka z trisomią – trochę franciszkańskiego, trochę jurodiwego, wędrującego po spokojnych na szczęście uliczkach, właścicielu podupadającego warzywniaka, w miarę nieszkodliwych, choć niechlujnych entuzjastach taniego wina i małpki wódki – nie tyle śledząc je, kronikarsko, z dnia na dzień, co pojawiając się obok w chwilach przełomu, sporu, wypadku, święta, a czasem trwającego przez pół dnia błogostanu.

To o nas!

To „krajobraz społeczny”, który nie może być bardziej swojski: przerywam na chwilę pisanie, podchodzę do okna kamienicy, w której mieszkam i, chociaż nie jest to Rembertów, widzę w zasięgu wzroku wszystkie „typy ludzkie”, jakie pojawiają się w zbiorku Chmielewskiego (dodając oczywiście – co ważne – swoje odbicie w szybie). „Obserwator” u Chmielewskiego, choć nienatrętny i niewszechwiedzący, jest wyraźnie obecny: odrębny, czujny i współczujący, trochę jak aniołowie, którym nie wolno powiedzieć słowa. Trudno o prozę, która bardziej dotykałaby potocznych doświadczeń, traktowała „o nas wszystkich”, czy może raczej, by przypomnieć średniowieczne moralitety, o Jeder Menschu, czyli „każdym”.

Bożenek i Januszów mamy w tekstach ostatnich lat pod dostatkiem, podobnie zresztą jak Brajanów i Dżesik oraz konsumentów sojowego – koniecznie! – latte. Są to jednak jedynie coraz bardziej przewidywalne i zgrane karykatury

Oczywiście wiernym obserwatorem Polaków w ich codziennych sprawach – kac, rosół, romans, rozpacz – był od lat 60. do początku naszego wieku również Marek Nowakowski. Czy to jednak nie za mało na wysnuwanie wniosków o pokrewieństwach literackich? Ta analogia wraca mimo wszystko stale, w wypowiedziach kolejnych czytelników, i wydaje mi się raczej czymś znaczącym niż celnym. Wygląda na to, że wielu z nas doświadcza w polskiej prozie współczesnej jakiegoś fatalnego deficytu obrazów „zwyczajnych ludzi”: Baś, Justyn, Robertów i Bożenek, którzy nie pracują w mediach ani na uczelni, nie znają chłodu kokainy ani żaru Žižka, w ogóle czytają niewiele.

Owszem, Bożenek i Januszów mamy w tekstach ostatnich lat pod dostatkiem, podobnie zresztą jak Brajanów i Dżesik oraz konsumentów sojowego – koniecznie! – latte. Są to jednak jedynie coraz bardziej przewidywalne i zgrane karykatury, które nie mają nic wspólnego z czymś takim jak „portrety społeczne”, specjalnością szlifowaną przez XIX-wiecznych pisarzy i artystów, która od tego czasu stała się jedną z powinności literatury. Okazuje się, że tego rodzaju obrazów pojawia się rozpaczliwie mało, że „rzeczywistość społeczna”, mały realizm piwa, zakupów na targu, wybojów na podmiejskiej ulicy, a już na pewno rabarbarowego ciasta zrejterowała do romansowych sag bagiennych, tych niezliczonych „Domów nad rozlewiskiem”, względnie do seriali. Ci, którzy sięgają po inną strawę, inne lektury, odkrywają, że czegoś – świadectwa, ale i opisu – byli pozbawieni. Fraza o panu Jourdain, który nie wiedział, że mówi prozą, przetwarzano już na tyle sposobów, że strach po nią sięgać, a jednak zaryzykuję: gdyby nie pisarstwo Wojciecha Chmielewskiego, nie wiedzielibyśmy (albo dowiadywalibyśmy się z większym trudem), jak wiele rzeczywistości wokół nas nadal nazwać można, pisząc prozą.

Cały smutek Rembertowa

Człowiek jest stworzeniem, które ma potrzebę nadawania imion światu wokół siebie, satysfakcja, że nazwane zostało coś, co dotąd było przemilczane, znana jest wielu epokom, również tym o niebo gorszym od naszej. Zdumiony byłem, czując, jak prostują mi się plecy w trakcie lektury Chmielewskiego. Rozumiem ulgę, kiedy wreszcie mogę przeczytać rozsądną pochwałę wierszy Jarosława Marka Rymkiewicza czy analizę powiązań byłych oficerów WSI, której na próżno wyglądałbym na łamach „Wyborczej” – ale pochwała ciasta rabarbarowego? A jednak.

Nie jest to tylko kwestia opisania obyczajów polskich początku XXI wieku. Gdyby tak było, Wojciech Chmielewski odnalazłby się jako bohater reportaży drukowanych w Wydawnictwie Czarne, choć być może zarzucono by mu banalizm, bo przecież w jego opowieści dzieje się niewiele; nawet wypadek, który stanowi jedną z osi książki, nie należy do tych, które trafiają na pierwsze strony gazet. Ale satysfakcja z nazwania rzeczy, jaką daje ten zbiór opowiadań, jest innego rzędu: to pomoc, a przynajmniej proteza, przeciw nieuważności, symulakrom, zacieraniu się prawdy o świecie wokół nas. Przed tym zjawiskiem „uciekania substancjalności”, przed tym, że opisywane przedmioty okazują się zaledwie „dymem na kliszy” ostrzegało wielu, w tym Miłosz, z którego rzecz jasna powyższe dwie frazy w cudzysłowie. A jednak mimo przestróg i relacji z innych obszarów językowych polską literaturę zjawisko to uderzyło po roku 1989 z dużą i wciąż rosnącą siłą. Realia życia – jego „ciamkowatość”, odgrzewanie pierogów z wczorajszego obiadu, zapach buraczanej pleśni w warzywniaku – przeniosły się do niszowych, a przynajmniej wyspecjalizowanych gatunków. Nasz autor pisze o tym, wyrywa nieuważności ser na kanapce dla dziecka, zapach perfum, ostry smak pitej prosto z płaskiej butelki cytrynówki – i bliski w tym jest Michałowi Cichemu, którego dwa tomiki, „Zawsze jest dzisiaj” oraz niedawny „Pozwól rzece płynąć”, całe są chwytaniem rzeczywistości.

Realia życia – jego „ciamkowatość”, odgrzewanie pierogów z wczorajszego obiadu, zapach buraczanej pleśni w warzywniaku – przeniosły się do niszowych, a przynajmniej wyspecjalizowanych gatunków

Tyle, że autor „Belwedera…” chce, moim zdaniem, więcej. Jego pisanie przypomina mi zapomniany trochę szkic Sławomira Mrożka o „terrorze pięciu minut”. Mrożek, który zaznał był egzystencjalnego ukąszenia, ale ozdrowiał, pisał tam o odwadze, jakiej wymaga najbliższych kilka chwil, podczas których tak niewiele się stanie: przejdziemy z kąta w kąt, odstawimy na miejsce talerz, zalejemy herbatę (może, jeśli lubimy postrzegać siebie jako „twórcę”, napiszemy, skreślimy i znów napiszemy pół zdania?). Bohaterowie Chmielewskiego, którzy (z jednym wyjątkiem) nie pisują, to właśnie robią: szykują dzieciom drugie śniadanie, wycierają usta i palce serwetką, trochę niezgrabnie rozbierają żonę, czekają na lekarza. A autor, który towarzyszy im stale, zagląda przez ramię, relacjonuje niemal bez przerwy w czasie teraźniejszym, jakby to był finał wyścigu – a to tylko „Basia zaczyna rozglądać się za owocami”, „Justyna zrzuca ubranie”, szarpie autobus. Ktoś umiera, kogoś trzeba pochować, ktoś długo czeka na list – kiedy ostatnio czytaliśmy o podobnych zatrudnieniach?

Jest w tym metoda i dyscyplina pisania, pokrewna tej, jaką pamiętam z mikroopowiadań Roberta Walsera, z „Pierwszej miłości” Becketta. Nieefektowne fabuły – nieefektowne, jeśli za wzór przyjąć zwroty kamery, jakich nie szczędzą nam Twardoch czy Żulczyk – pozostają w pamięci, zmuszają do namysłu. Taka jest prawda o ludziach w średnim wieku. „To jest twoje życie, innego mieć nie będziesz” – mówi Wojciech Chmielewski i nie ma w tym ani rozpaczy, ani depresji; jest smutek, z którym trzeba się zmierzyć. Cały smutek Rembertowa.

Między promieniem a klęską

Można spojrzeć na te opowiadania jeszcze inaczej: powtarzalność wydarzeń, rozterki sprzedawcy dywanów, emerytki, bezrobotnej junior brand managerki stanowią tło, w które wdziera się nieoczywistość, promień światła. Wojciech Chmielewski jest zbyt wytrawnym prozaikiem, żeby pozwolić sobie na ciągnięcie czytelnika za rękę, na popychanie go ku jedynie słusznym konkluzjom: to nie jest „proza chrześcijańska”, przynajmniej nie w cukierowo-frondowym rozumieniu tego słowa. To raczej powracająca – w zawieszeniu tonu, w półpauzie ciszy, w „echu idącym od ścian” – możliwość istnienia innego wymiaru rzeczywistości. To „coś” czasem pojawia się wyraziście, niemal bezwzględnie (chociaż i wtedy, jak w przypadku rozterek księdza Roberta, jest raczej wyborem milczenia), czasem jest niejasne, niepokojące, splątane, jak w przypadku monologów chłopca z Downem, jednego z przechodniów i świadków rembertowskiego teatrum.

Nawiązania Chmielewskiego do Houellebecqua są oczywiste – w spokojnym, pozbawionym retoryki opisie przyszłej Polski: zamożnej, otwartej na imigrację islamską i zarazem wobec niej bezradnej, w bezwzględnej, choć nie okrutnej wiwisekcji starości

Jest jeszcze „Epilog”, wyraźnie oddzielony od reszty książki typografią i czasem, w jakim toczy się to końcowe opowiadanie, houellebecq’owska fantazja na temat Polski za 40 lat, domykająca losy czworga bohaterów powieści – dorosłych już dzieci, starych rodziców. Nawiązania Chmielewskiego do autora „Uległości” są oczywiste – w spokojnym, pozbawionym retoryki opisie przyszłej Polski: zamożnej, otwartej na imigrację islamską i zarazem wobec niej bezradnej, w bezwzględnej, choć nie okrutnej wiwisekcji starości. Atmosfera rezygnacji, uchylenia się od przyszłości, radośnie przyjmowanej przegranej niczym z „Pożegnania jesieni”, przeniesiona między karłowate sosny podwarszawskie jest doświadczeniem uderzającym. Chmielewski zostawia nas między możliwością promienia, który przemieni nasze życie, a możliwością klęski.

Wojciech Chmielewski, „Belweder gryzie w rękę”, Wydawnictwo Iskry, 2017