Lewica, prawica i spór o czas

Zaczęło się od okręgu.

W kręgu nie ma lewej i prawej strony zgromadzenia. Nie ma też „góry stołu” i „dołu stołu”. Każdy siedzący ma dwóch sąsiadów, a układ nie tworzy linearnej hierarchii miejsc. Co bardzo ważne: to nie musi oznaczać społeczeństwa bez hierarchii. Krąg może mieć centrum – ogień, przedmiot sakralny, władcę, sprawę, wokół której wspólnota się zbiera. Nie wyróżnia natomiast jednego uczestnika przez samo miejsce zajmowane wobec innych. I to jest znacznie subtelniejsze sformułowanie niż banalne współczesne „wszyscy są równi”.

Jako Słowianie czujemy to w sposób szczególny: wiec, rada, „koło” jako nazwa zbiorowości i zgromadzenia, później koło rycerskie, koło poselskie. Mamy nawet niezwykle dosłowne świadectwo z XII-wiecznego Szczecina. Żywoty Ottona z Bambergu opisują pomorskie miejsca zebrań, w których siedzenia i stoły ustawione były w krąg; właśnie tam mieszkańcy zbierali się na narady, spotkania, ucztowanie i załatwianie poważnych spraw. Zgromadzenia o podobnej logice występowały również u ludów Germanii i u Skandynawów – thing jest oczywistym sąsiadem słowiańskiego wiecu. Sam wiec jest natomiast rzeczywistą, starą instytucją słowiańską, poświadczoną w Czechach, w Polsce i na Rusi, szczególnie w Nowogrodzie i Pskowie.

Okrągły Stół

Okrągły Stół pojawia się też explicite u Wace’a w Roman de Brut około 1155 roku i jego sens jest dokładnie taki: uniknąć sporu o pierwszeństwo – żaden rycerz nie ma siedzieć „wyżej” od drugiego. Późniejsza tradycja arturiańska rozbuduje z tego całą wspólnotę Okrągłego Stołu.

W Rzymie na prawicę i lewicę jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie. Senatora bardziej interesowało zapewne nie to, po której stronie sali siedzi, lecz jak blisko siedzi i kiedy zostanie zapytany o zdanie

Fascynujące jest jednak to, że nawet w tej na wskroś zachodniej legendzie można odnaleźć ślad prowadzący daleko na wschód, ku eurazjatyckiemu stepowi. Istnieje poważne „Sarmatian connection”: sarmaccy jeźdźcy osadzeni przez Rzymian w Brytanii, Lucius Artorius Castus, podobieństwa motywów miecza, smoka, drużyny wojowników. Helmut Nickel, a później Littleton i Malcor zbudowali z tego całą hipotezę o sarmackim źródle tradycji arturiańskiej.

Na nasze potrzeby wystarczy jednak zatrzymać się przy czymś znacznie prostszym i dostrzec, że najpierw istnieje wspólnota zebrana wokół czegoś.

W Rzymie na prawicę i lewicę jest jeszcze zdecydowanie za wcześnie. Senatora bardziej interesowało zapewne nie to, po której stronie sali siedzi, lecz jak blisko siedzi i kiedy zostanie zapytany o zdanie. Rzymski Senat znał bowiem hierarchię miejsc, starszeństwa i głosu, nie znał jeszcze politycznej ideologii zapisanej w geometrii sali.

Z czasem jednak sama przestrzeń zaczęła mówić coraz wyraźniej. Na dworach monarchicznych miejsce wobec władcy było już komunikatem politycznym w najstarszym sensie tego słowa: informowało o randze, dostępie, pierwszeństwie. Prawa strona króla była miejscem honoru, ale jeszcze nie miejscem prawicy. Książę siedzący po prawej stronie monarchy nie był bardziej konserwatywny od tego siedzącego po lewej. Był po prostu bliżej króla.

Trzeba było jeszcze trochę poczekać, zanim prawa i lewa strona przestaną odpowiadać na pytanie „kto jest bliżej władcy?”, a zaczną odpowiadać na pytanie „co zrobić z władzą?”.

Należy przy tym oddzielić genealogię zjawiska od genealogii pojęć.

Zjawisko jest starsze od „lewicy” i „prawicy”. W Anglii pod koniec XVII wieku mamy już prawdziwy prototyp tego pęknięcia: Whigów i Torysów. Powstają jako rozpoznawalne obozy podczas kryzysu sukcesyjnego lat 1679–1681. Whigowie chcą wykluczyć katolickiego Jakuba z sukcesji; Torysi bronią zasady sukcesji i istniejącego porządku monarchicznego.

Bo spór nie brzmi jeszcze:

lewica – prawica,

lecz:

czy bieżąca racja polityczna ma prawo przerwać ciągłość odziedziczonego porządku.

Whig mówi w uproszczeniu: tak, jeśli wymaga tego sytuacja, interes państwa, religia, prawa parlamentu.

Torys odpowiada: uważaj, bo porządek polityczny nie zaczyna się dzisiaj; istnieją zobowiązania, sukcesja, instytucje i ciągłość, których nie można dowolnie przepisać.

Anglicy stworzyli polityczne zjawisko, zanim Francuzi nadali mu geometrię.

To jeszcze nie nasza nowoczesność, ale mechanizm już widać.

Anglicy stworzyli polityczne zjawisko, zanim Francuzi nadali mu geometrię.

Co zabawne, ślad tej odmiennej geometrii pozostał do dziś. Izba Gmin nadal nie układa polityki w kontynentalny półokrąg od lewej, przez centrum, do prawej. Rząd i opozycja siedzą naprzeciw siebie: rząd po prawej stronie Speakera, opozycja po lewej. To wciąż logika government versus opposition, a nie politycznego wachlarza.

Francja 1789

Polityczne znaczenie słów lewica i prawica rodzi się dopiero we Francji w 1789 roku. I tu rzeczywiście mamy niemal absurdalnie fizyczny początek wielkiej kategorii politycznej.

Nie w Radzie Królewskiej. Właściwie nawet nie w Stanach Generalnych, które były zorganizowane pod obecność przedstawicieli duchowieństwa, szlachty i stanu trzeciego.

Dopiero kiedy Stany przeobrażają się w Zgromadzenie Narodowe, a następnie Konstytuantę, stary podział przestaje wystarczać. Deputowani muszą zacząć grupować się według stanowiska wobec nowego porządku.

I we wrześniu 1789 roku przychodzi sprawa królewskiego weta.

Ci, którzy chcą zachować silniejsze uprawnienie króla, skupiają się po prawej stronie przewodniczącego. Ci, którzy chcą ograniczyć królewskie weto i mocniej przesunąć prerogatywy ku zgromadzeniu – po lewej. I tak spór o weto królewskie utrwala polityczne znaczenie obu stron.

Tutaj się zatrzymamy, bo właśnie w tej chwili rodzi się coś znacznie ważniejszego niż przypadkowe miejsca na sali.

Spójrzmy, co naprawdę siedzi po dwóch stronach.

Po prawej nie siedzi jeszcze „kapitalizm”, „wolny rynek”, „konserwatyzm społeczny” ani żaden z późniejszych prawicowych pakietów ideologicznych.

Po lewej nie siedzi jeszcze socjalizm, państwo opiekuńcze, feminizm ani współczesny progresywizm.

W swojej najgłębszej warstwie pierwszy podział jest podziałem w relacji do czasu.

Po jednej stronie znajduje się przekonanie, że nowy porządek nie może po prostu unieważnić tego, co zastał. Po drugiej – że właśnie dlatego, iż nadszedł nowy moment dziejowy, istniejący porządek można i trzeba przekształcić.

Prawica i lewica nie narodziły się jako ideologie. Narodziły się jako dwa stosunki do zmiany. Dopiero później obrosły programami.

Nie siedzą więc jeszcze naprzeciw siebie dwa gotowe zestawy poglądów. Siedzą dwa różne roszczenia wobec czasu. Jedno mówi: chwila obecna nie może sama ustanowić swoich praw. Drugie: właśnie chwila obecna daje nam prawo ustanowienia nowych.

Prawica i lewica nie narodziły się więc jako ideologie. Narodziły się jako dwa stosunki do zmiany. Dopiero później obrosły programami.

Kjellén robi rzecz kapitalną

Sto dwadzieścia jeden lat później, w 1910 roku, Rudolf Kjellén robi rzecz kapitalną: wyciąga z przypadkowej geometrii sali jej zasadę historyczną.

Lewica – tidsandan, duch czasu.
Prawica – nationalandan, duch narodu.

Nie pyta już, jakie konkretne poglądy ma lewica i jakie konkretne poglądy ma prawica. Pyta o coś znacznie ciekawszego: jaką funkcję każda z nich pełni wobec czasu.

Treści wszystkich sporów mogą się zmieniać.

1789: królewskie weto.
1910: demokratyzacja, reformy społeczne, ustrój.
2026: zupełnie inne pola konfliktu.

Struktura oddziaływania pozostaje ta sama.

Lewica za każdym razem mówi innymi rzeczownikami, ale podobnym czasownikiem:

zmienić.

I przede wszystkim mówi w jednym czasie gramatycznym:

teraz.

Teraz trzeba znieść.
Teraz trzeba uznać.
Teraz trzeba przebudować.
Teraz trzeba dostosować.
Teraz nie można już myśleć tak jak wcześniej.

Źródłem legitymizacji staje się moment historyczny.

To nie przypadek, że jednym z najskuteczniejszych sposobów delegitymizowania przeciwnika jest przedstawienie go nie jako człowieka, który się myli, lecz jako człowieka spóźnionego. Zacofanego. Nienadążającego. Stojącego „po złej stronie historii”. W takim języku argument polityczny otrzymuje sankcję czasu: nie tylko ja mam rację – historia idzie ze mną.

Prawica również zmienia treść. Torys z 1680 roku, Monarchista z 1789, konserwatysta z 1910 i człowiek prawicy w 2026 roku mogą nie zgodzić się niemal w żadnej konkretnej kwestii.

Ale łączy ich coś innego.

Łączy ich pytanie: co się stanie z tym, co trwa, jeżeli podporządkujemy to wymaganiom chwili?

I tu Kjellén daje nam jedną ze swoich najlepszych metafor. Lewica przypomina szybszy pociąg, który wyprzedza pociąg wolniejszy. Patrząc z jego okna, można odnieść wrażenie, że drugi skład jedzie do tyłu. Ale on nie jedzie do tyłu. Jedzie naprzód – tylko wolniej i po innym torze.

To jest coś więcej niż obrona prawicy. To jest odebranie jednej stronie monopolu na samo pojęcie postępu.

Dla Kjelléna reforma nie jest jedynym sposobem poruszania się naprzód. Można zmieniać formę państwa, ale można również rozwijać to, co dzieje się pod nią: pracę, gospodarkę, instytucje, zdolność społeczeństwa do działania. Jedno jest ruchem na powierzchni, drugie – ruchem w głębi.

Dlatego prawica nie jest u niego przede wszystkim reakcją na lewicę. Istnieje niezależnie od niej, ponieważ odpowiada pewnej stałej funkcji społeczeństwa. Kjellén pisze pod koniec pierwszej części Höger och vänster, że prawica trwa nie wskutek samego „prawa bezwładności”, lecz dlatego, że reprezentuje stały element samego rozwoju.

Moment dziejowy należy do żyjących. Trwanie narodu należy również do umarłych i jeszcze nie narodzonych.

Lewica może więc zmieniać swoje historyczne wcielenia. Demokratyzacja, parlamentaryzm, socjalizm, bolszewizm, ideo-krytyka, woke, gender, klimatyzm. Jest momentem dziejowym – nie w znaczeniu czegoś błahego czy chwilowego, lecz w znaczeniu siły, która swoje prawo do działania czerpie z diagnozy chwili.

Po drugiej stronie Kjellén umieszcza coś znacznie bardziej powolnego: naród jako organizm wykonujący swoją pracę w czasie.

Dwa lata wcześniej Chesterton pisał coś, co otwiera drugi wymiar tego samego zagadnienia. Nie wiem, czy Kjellén znał już wówczas Orthodoxy; wiem natomiast, że sześć lat później Chestertona cytował.

W Orthodoxy z 1908 roku, w rozdziale The Ethics of Elfland, znajduje się takie zdanie:

„Tradition may be defined as an extension of the franchise” – tradycję można zdefiniować jako rozszerzenie prawa głosu.

Dalej pojawia się słynna „demokracja umarłych”. Skoro demokracja nie pozwala wykluczyć człowieka z powodu szczególnego urodzenia, tradycja nie powinna pozwalać wykluczyć go z powodu przypadku śmierci. Przodkowie również mają głos w sprawach wspólnoty.

Chesterton posuwa się jeszcze dalej niż Kjellén: nie potrafi oddzielić idei demokracji od idei tradycji. Demokracja każe wysłuchać zwykłego człowieka, choćby był naszym służącym; tradycja każe wysłuchać człowieka, choćby był naszym ojcem.

I wtedy pada puenta:

„We will have the dead at our councils”.

Zmarli będą obecni na naszych zgromadzeniach.

Chesterton dopowiada w ten sposób coś, czego Kjellén nie potrzebował wypowiadać wprost: z czego właściwie składa się naród w swoim trwaniu.

Nie tylko z ludzi żyjących w tej chwili.

Wspólnota polityczna nie jest poziomą umową pomiędzy nami, którzy przypadkiem żyjemy teraz. Jest również wspólnotą pionową, rozciągniętą pomiędzy pokoleniami. Żyjący nie są właścicielami narodu. Są jego aktualnymi depozytariuszami.

I tutaj obaj giganci spotykają się niemal bez przemocy.

Moment dziejowy należy do żyjących. Trwanie narodu należy również do umarłych i jeszcze nie narodzonych.

Jeżeli bowiem  uznamy za pełnych właścicieli wspólnoty wyłącznie obecnie żyjących, otrzymujemy coś, co Chesterton nazywa wprost oligarchią – oligarchią tych, którzy akurat mają szczęście chodzić w danej chwili po ziemi.

Powtórzmy więc za Kjellénem:

lewica – tidsandan, duch czasu;
prawica – nationalandan, duch narodu.

I spróbujmy wyprowadzić z tego formułę jeszcze prostszą: lewica jest momentem dziejowym; prawica jest narodem w jego trwaniu.

Treść momentu dziejowego się zmienia. Mechanizm pozostaje

Nie chodzi przy tym o to, czy dzisiejsza lewica chce tego samego, czego chciała szwedzka lewica w 1910 roku. Oczywiście, że nie.

Treść momentu dziejowego się zmienia. Mechanizm pozostaje.

Za każdym razem pojawia się zestaw przekonań przedstawianych jako właściwe temu czasowi: teraz właśnie historia wymaga X; społeczeństwo dojrzało do Y; stary porządek nie odpowiada już epoce; dalsze trwanie przy nim jest nie tyle wyborem, ile anachronizmem.

I właśnie w tym tkwi szczególna przewaga lewicy: może przedstawić własny kierunek polityczny jako sam ruch czasu.

Prawica działa inaczej. Nie reprezentuje chwili, lecz ciągłość: pracę, instytucje, zwyczaje, własność, produkcję, odziedziczone formy życia, doświadczenie pokoleń. Dlatego u Kjelléna nie jest po prostu „konserwatywna” w znaczeniu obrony starego. Ma twarz Janusa: jedną zwróconą ku przeszłości, drugą ku przyszłości.

Tyle że przyszłość ma wyrastać z ciągłości organizmu narodowego, a nie z wymagań bieżącego ducha czasu.

To właśnie dlatego Höger och vänster jest czymś znacznie ciekawszym niż historyczna typologia szwedzkich partii. To już embrion późniejszego Kjelléna. Polityka nie jest dla niego autonomicznym teatrem idei. Pod nią znajduje się coś trwalszego: ludność, gospodarka, instytucje, terytorium, praca, państwo jako organizm żywy.

Moment polityczny przechodzi. Organizm pozostaje i musi dalej funkcjonować.

Kjellén zauważył mechanizm politycznego czasu, który działa nadal, współcześnie: jedna siła czerpie legitymizację z chwili i przedstawia siebie jako jej konieczny wyraz; druga czerpie legitymizację z ciągłości wspólnoty, która istniała przed chwilą i będzie musiała istnieć po jej przeminięciu.

I wtedy 1910 rok nagle przestaje być stary.

Robi się nieprzyjemnie współczesny.


Prawica i lewica

I

Spokojny rozwój Węgier od szeregu lat zakłócało pojawienie się w izbie niższej większości opartej na programie separatystycznym. Była to norweska lewica przesadzona na ziemię puszty. Po otwartym kryzysie lat 1905–1906 król Węgier musiał dopuścić ją do władzy, choć z programem w istotnej mierze okrojonym. W roku 1909 sytuacja ponownie zaczęła przybierać postać ostrego kryzysu. „Koalicyjna” lewica, wiecznie spragniona sporu z partnerem, nieustannie dążąca do zdobycia na nim nowych praw albo ograniczenia łączącej ich umowy, wszczęła nowe awantury na nowych obszarach, grając dla osiągnięcia swoich celów równie nieustępliwie na strunach „poczucia honoru”.

Tak rozpoczął się rok obecny. Wówczas król powołał – po raz drugi – rząd poza większością parlamentarną, a rząd ten, ponad głowami parlamentarnej hałastry, odwołał się do pracującego rdzenia narodu. Rzucił hasło: dość wyczerpujących sporów, odłóżmy kwestie ustrojowo-prawne i zwróćmy uwagę ku sprawom praktycznym i ku materialnym realiom. Pozwólmy sobie wreszcie spokojnie pracować! Na tym haśle oparto program „Narodowej Partii Pracy” i z takim przesłaniem zwrócono się do wyborców.

Co nastapiło? Narodowa Partia Pracy wyszła z wyborów z przygniatającą większością. Rząd, który zaczynał bez jednego choćby zadeklarowanego zwolennika w izbie niższej, znalazł się niespodziewanie na najmocniejszym z możliwych gruncie parlamentarnym. Kraj udzielił odpowiedzi, przemówiła dusza narodu i przyznała rację premierowi: jesteśmy zmęczeni reformami i zmianami, i wiecznym niepokojem, chcemy spokoju dla codziennej pracy – dość już kamieni, dajcie nam teraz chleba!

Lud należy do wielkiego stronnictwa neutralnego, którego program ma tylko jeden punkt: zostawcie nas w spokoju daleko od polityki

Wydarzenie to – w naszej szwedzkiej prasie odnotowane w stopniu doprawdy niewielkim – naprawdę zasługuje na chwilę uwagi. Nieczęsto bowiem historia wypowiada pewne ważne nauki tak jasno i bezpośrednio.

Naród węgierski przemówił tak, jak przemawia każdy zdrowy naród, kiedy mu wolno wypowiedzieć to, co naprawdę myśli. Wszystkie żywotne narody składają się bowiem z rdzenia, któremu polityka jest w gruncie rzeczy obca, by nie powiedzieć: wstrętna. „Lud” nie interesuje się polityką aż tak bardzo, jak sądzą politycy; trzeba go dopiero poderwać, aby wszedł do partyjnych zagród. Jego własnym pragnieniem jest natomiast, by pozostawiono go w spokoju przy jego prywatnych sprawach. Lud należy do wielkiego stronnictwa neutralnego, którego program ma tylko jeden punkt: zostawcie nas w spokoju daleko od polityki, by każdy mógł zajmować się swoimi sprawami!

Jest to zdrowy i prawdziwy instynkt, za którym zdaje nam się rozbrzmiewać prawo obowiązujące całą ludzkość: w pocie oblicza swego będziesz jadł chleb…

Ossian-Nilsson przedstawia w swojej najnowszej książce morze jako wielki rezerwuar całej zróżnicowanej natury. I pragnę tutaj zwrócić uwagę na jedną cechę tego morza: na trzon narodu, któremu polityka jawi się jako element zakłócający, ponieważ pozbawia sił niezbędnych drobnej, codziennej pracy wykonywanej w tysiącach domów.

Czy trzeba bliżej wskazywać, na czym polega ta utrata sił? Każdy z nas ma dziś aż nadto sposobności, by jej doświadczać. My, nauczyciele, jesteśmy świadkami eksperymentów w obszarze szkolnictwa, które same przez się z pewnością nauczaniu nie służą: zmieniają się egzaminy, zmieniają się metody. To, co było dobre wczoraj, dziś już się nie nadaje; ledwie zdążymy przyswoić sobie jeden system, a już znajdujemy się pośrodku następnego. Codzienną pracę urzędów i spokojny bieg spraw raz po raz wytrąca z rytmu choćby sam obowiązek wydawania opinii o nowych projektach reform. Przemysłowiec utrzymywany jest w stanie nieustannego, wyczerpującego napięcia spowodowanego zmianami w społecznym ustawodawstwie. Tak samo, w większym lub mniejszym stopniu, dzieje się wszędzie. Nie ma już czasu, jak dawniej, zagłębić się w swoją pracę, wrosnąć w nią uczuciem. Panuje powszechny niepokój, na którym ucierpieć musi wszelka prywatna działalność.

Reform nie przeprowadza się dla nich samych ani dla przyjemności, lecz dla spokoju, który ma nadejść po nich

Jest to typowe zjawisko czasów reform. Podczas jednej z sesji parlamentu mieszkałem przy stołecznej Drottninggatan; ulica przez długie lata spokojna i dostojna, ozdoba miasta i główna arteria komunikacyjna. Znajdowała się wówczas w dolnej części w przebudowie, a w związku z tym pojawiły się utrudnienia w ruchu. Kurz, hałas i niekończąca się uciążliwość. Dopóki przebudowa trwała, dla właścicieli domów, lokatorów i przechodniów był to oczywiście jedynie kłopot; zadowoleni mogli być tylko przedsiębiorcy budowlani i ich robotnicy – ale któż ze względu na nich chciałby zalecać budowanie bez końca?

Wydaje się, że to codzienne doświadczenie rzuca jasne światło na samo pojęcie reformy; wielkie okresy reform w historii są bowiem w istocie niczym innym jak właśnie takimi okresami przyspieszonego budowania, mającego zapewnić narodom lepszy dom. Po pierwsze: czas reform nie jest stanem normalnym, lecz wyjątkiem, zawsze ma charakter przejściowy. Po drugie: reform nie przeprowadza się dla nich samych ani dla przyjemności, lecz dla spokoju, który ma nadejść po nich. Same w sobie nie są dla większości ludzi niczym dobrym, lecz raczej niedogodnością i złem; tyle że do rzeczywistego dobra nie prowadzi żadna inna droga. Ich wartość i uprawnienie wynikają zatem wyłącznie z celu, który znajduje się przed nimi. Okres reform nie jest życiem w raju; jest raczej pobytem w czyśćcu, który – jak mamy nadzieję – ma nas do raju doprowadzić. Wchodzimy do niego z wyraźnym przekonaniem, że kiedyś się skończy, abyśmy znów mogli osiągnąć stan równowagi zapewniający spokój w naszej codziennej krzataninie.

Jest to stanowisko tego, co zwykło się nazywać „ogółem”: apolitycznej większości, o której mówiłem wyżej; lecz nawet ludzie politycznej walki potrafią w spokojniejszych chwilach usłyszeć jego echo w głębi własnych dusz – pewny znak, że korzenie tego odczucia tkwią w tym, co ogólnoludzkie.

W czasach wzburzenia ów ogół kurczy się, zostaje bowiem zmuszony do wysłania większych kontyngentów do walczących armii partyjnych; kiedy spokój powraca, rozrasta się znowu kosztem ludzi partyjnych. W ogólnym obrazie nasuwa się jednak pokusa, by powiedzieć, że pozostaje on wobec wyraźnie ukształtowanych obozów partyjnych w takim stosunku, jak tułów z życiowo ważnymi organami wobec pary rąk i nóg.

Jeżeli tak jest, to potrzeba spokoju dla wykonywania pracy, odczuwana przez ogół, stanowi wielki, by nie powiedzieć dominujący interes państwa. Z niej reformy wychodzą i ku niej ponownie zmierzają.

Nadmierne pogrążenie się w pracy społecznej mści się zacofaniem państwa, nadmierne zaś majstrowanie przy jego ustroju nakłada hamulec na pracę społeczną

Trzeba tu od razu zapobiec jednemu nieporozumieniu i mocno podkreślić jedno zastrzeżenie. Spokój dla pracy nie oznacza wyłączenia państwa z życia społecznego: dawnego liberalnego laisser faire. Ogół chętnie przyjmuje pomoc państwa w swojej działalności gospodarczej. Chce mieć spokój, aby pracować: nie oznacza to wolności od wszelkiej ingerencji państwa, lecz wolność od tego rodzaju działalności państwowej, która nadmiernie przeszkadza działalności prywatnej. To rozróżnienie pozwoli nam wejść głębiej w istotę problemu.

Czym bowiem jest owa przeszkadzająca działalność państwa? Nietrudno stwierdzić, że w normalnych czasach spotykamy ją przede wszystkim w obszarze władzy ustawodawczej; a ściślej: w tej jej części, która dotyczy organizacji życia państwowego i jego zewnętrznej formy. To właśnie tutaj znajduje się strefa krytyczna, w której żądanie reform może wejść w konflikt z potrzebą spokoju dla pracy.

Powróćmy do obrazu przebudowy ulicy. Reformy dotyczą domu wraz z jego ścianami, dachem, fundamentami i wyposażeniem, nie zaś zajęć ludzi i życia, jakie toczy się wewnątrz niego: dotyczą prawnego oprzyrządowania państwa i form jego administracji, całej tej skorupy norm prawnych i instytucji, wewnątrz której dokonuje się praca społeczna, lecz nie samej tej pracy. Dostosowywanie owej skorupy do znajdującego się w niej rdzenia – oto zarazem sens i granica reform. Tylko nowoczesna organizacja państwowa zapewnia jednostce należytą ochronę i oparcie w jej pracy. Z drugiej strony, tylko na gruncie pomyślności jednostek państwo może zdobyć siłę potrzebną do wykonywania swoich zadań w obszarze kultury. Pełna harmonia pomiędzy ustrojem państwa a pracą narodową, tak aby jedno i drugie mogło rozkwitać – oto ideał. Gdy jednak jedno z nich zostaje jednostronnie wyeksponowane, dzieje się to kosztem drugiego; spoczywają bowiem na dwóch szalach tej samej wagi. Nadmierne pogrążenie się w pracy społecznej mści się zacofaniem państwa, nadmierne zaś majstrowanie przy jego ustroju nakłada hamulec na pracę społeczną.

Ustaliliśmy dwa bieguny życia politycznego; łatwiej będzie nam teraz zrozumieć ruch wahadła pomiędzy nimi. Mogłoby się wydawać, że w każdym momencie uwaga męża stanu powinna być skierowana na zachowanie między nimi równowagi, tak aby naród zmierzał prosto naprzód drogą kompromisu, zachowując właściwą miarę po obu stronach. Takie czasy rzeczywiście istnieją, lecz łatwo zauważyć, że są to okresy względnego zastoju. Ideał nie nadaje się do bezpośredniego urzeczywistnienia w polityce. Rozwój nabiera rozpędu dlatego, że kolejno każda z tych dwóch idei zostaje wytrącona z równowagi i zaczyna w przeważającym stopniu określać kierunek. Oczywiście nie ma epoki tak całkowicie opanowanej przez ideę reform, by nie pozostało w niej miejsca na zainteresowanie pracą produktywną, ani odwrotnie; nie mówimy tu zresztą o drobnych naprawach i codziennej walce o chleb, właściwych wszelkiemu ludzkiemu działaniu. Wielkie przebudowy należą jednak w historii do określonych czasów i przeplatają się z innymi okresami względnego spokoju na powierzchni, pod którą narasta działalność w głębi. Drottninggatan przez długie lata pozostawała nietknięta, aż nadszedł okres budowy; później możemy oczekiwać kolejnego okresu takiego bezruchu – a w nowych domach puls pracy będzie bił mocniej.

W okresie produkcyjnym kieruje państwem partia konserwatywna, czyli prawica, w okresie reform – partia liberalna, czyli lewica

Tak więc historia każdego narodu zna mniej lub bardziej wyraźne okresy produkcji, w których akcent spoczywa na pracy narodowej. Pod osłoną istniejących praw i instytucji każdy z energią i zapałem zajmuje się swoim – chłop sieje i zbiera plony, robotnik obsługuje maszyny, rzemieślnik swoje narzędzia, kupiec ma pełne ręce roboty w biurze, przemysłowiec w fabryce, urzędnik państwowy w urzędzie, uczony w bibliotece – wielki ul buczy niezakłóconą pracą wszystkich, choć z zewnątrz nie widać wielkich zmian. Mija jednak pewien czas i okazuje się, że zewnętrzna postać ula wymaga naprawy, bo ucierpiała wskutek czasu albo stała się zbyt ciasna; mąż stanu nie słyszy już tego zadowolonego buczenia, po którym pszczelarz, przykładając ucho do ściany, poznaje harmonię pracy. Wtedy powstają warunki dla okresu reform, codzienna praca wewnątrz zostaje zakłócona na czas usuwania zewnętrznych usterek, aż wszystko zostanie naprawione i będzie mógł powrócić spokój. Od czujności męża stanu zależy więc, czy wystarczy gruntowny remont, czy też konieczna stanie się całkowita wymiana ula w drodze rewolucji – im dłużej odkłada się niezbędne reformy, tym bardziej zbliża się to drugie niebezpieczeństwo.

Taka jest typowa forma rozwoju historycznego, a najwyraźniej widzimy ją w przodującym kraju zachodnim – w Anglii. Właśnie na tym polega tajemnica słynnego angielskiego ustroju: potrafił on zorganizować dwa główne kierunki w dwa główne stronnictwa, które następnie zmieniają się u steru niczym nogi człowieka podczas marszu. W okresie produkcyjnym kieruje więc państwem partia konserwatywna, czyli prawica, w okresie reform – partia liberalna, czyli lewica. Wskutek ogólnoludzkiej jednostronności, która nie pozwala utrzymywać jednakowo żywego zainteresowania różnymi kierunkami jednocześnie, każda z tych partii przejęła tylko jedną stronę ideału, pozostając stosunkowo niewrażliwa na drugą; dzięki ich naprzemiennemu dochodzeniu do głosu obie strony dostają jednak kolejno swój wyraz, a naród w toku rozwoju może stopniowo przyswajać sobie cały ideał.

Agitacja lewicowa w naszym kraju nieustannie gra na jednej melodii: prawica jest wrogiem reform w znaczeniu „wstecznictwa”, a więc przeciwnikiem samego rozwoju. Nie zna zatem innego przeciwieństwa reformy niż reakcja i właśnie w tym przeciwieństwie widzi istotę różnicy pomiędzy dwiema partiami.

W rzeczywistości pociąg nie jedzie do tyłu ani nawet nie stoi, lecz także posuwa się naprzód; tyle że w innym tempie i – co ważniejsze – po innym torze

Już z czysto formalnego punktu widzenia jest jednak jasne, że pogląd ten utożsamia całą prawicę wyłącznie z jej skrajnym skrzydłem. Z dokładnie takim samym uzasadnieniem można by scharakteryzować lewicę jako partię zawodowych polityków, którzy bez końca wzniecają nowe kwestie reform, długo po tym, jak potrzeby narodu zostały zaspokojone, tylko dlatego, że „odmiana bawi”. Tacy również istnieją, na najdalszym lewym skrzydle; nie przychodzi nam jednak do głowy czynić całej lewicy odpowiedzialną za tak oczywiste wyolbrzymienie lewicowej idei. Typ Żyda Wiecznego Tułacza nie jest obcy lewicowej polityce, podobnie jak typ niezłomnego ołowianego żołnierzyka – prawicy; ciężar dowodu spoczywa jednak na tym, kto twierdzi, że oni są reprezentatywni dla swoich kierunków we współczesnej polityce.

Kiedy więc lewica – bez dowodu – twierdzi coś takiego o prawicy, jej pogląd opiera się w najlepszym razie na prostym i czystym złudzeniu optycznym: tym dobrze znanym z szybszego pociągu mijającego pociąg wolniejszy. Rzeczywiście wydaje się wtedy, jakby drugi pociąg się cofał. W rzeczywistości nie jedzie on do tyłu ani nawet nie stoi, lecz także posuwa się naprzód; tyle że w innym tempie i – co ważniejsze – po innym torze.

Nasze wcześniejsze rozważania powinny już uczynić te linie wyraźnymi. Jeżeli prawica reaguje przeciw nadmiarowi reform, to nie dlatego, że reformy przeszkadzają jej spać, lecz dlatego, że przeszkadzają jej produktywnie pracować. W jej pociągu nie brakuje wagonów sypialnych, lecz składa się on przede wszystkim z wagonów towarowych; jej ul pełen jest pszczół robotnic obok trutni – przy czym nie należy zapominać, że także niektóre trutnie mają swoje zadanie w rozwoju, mianowicie zapładniają przedsiębiorstwa kapitałem.

Złudzenie lewicy można określić dokładniej jako nadmierne rozciągnięcie pojęcia reformy. W jej terminologii reforma zdaje się być dobrem samym w sobie, niezależnie od ilości, jakości, potrzeb narodu i wymagań czasu. Jednym słowem: utożsamia reformę z postępem. Temu naiwnemu obrazowi świata możemy przeciwstawić świat rzeczywisty, w którym reformy – w lewicowym znaczeniu – zostają sprowadzone do roli jednego z dwóch głównych narzędzi rozwoju, obok pracy produktywnej, która jest narzędziem drugim. Reforma jest progresizmem na powierzchni życia państwowego, lecz względnym zastojem w jego głębi; produkcja jest względnym zastojem na powierzchni, lecz progresizmem w głębi. Każdy chłop, który usuwa kamień ze swojego pola albo bierze pod pług kawałek jałowcowego ugoru, jest reformatorem w tym samym stopniu co liberalny ustawodawca, jeżeli przez reformatora rozumiemy sługę postępu.

Programy prawicy i lewicy ukazują się jako dwie fazy jednego wielkiego procesu postępu

Nazwanie zacofaniem systemu, który główny nacisk kładzie na tę produktywną pracę, możliwe jest tylko wtedy, gdy od początku odgrodziło się horyzont w jednym z dwóch głównych kierunków. Tylko ten, kto ogranicza debet i kredyt historii do rachunku formy państwa i poglądów prawnych, może widzieć różnicę pomiędzy prawicą a lewicą jako różnicę pomiędzy reakcją i reformą. Sub evolutionis specie obraz wygląda inaczej; programy prawicy i lewicy ukazują się wtedy jako dwie fazy jednego wielkiego procesu postępu, raz dokonującego się przede wszystkim na płaszczyźnie pracy społecznej, innym razem przede wszystkim na płaszczyźnie form państwowych.

Jeżeli zatem prawica istnieje również w wyraźnych okresach reform jako partia w pełni żywotna i zdolna do działania, nie jest to bynajmniej jedynie skutek prawa bezwładności. Prawica trwa dlatego, że reprezentuje stały element samego rozwoju. To właśnie ten element ujawnił się podczas ostatnich wyborów na Węgrzech.

Prawica jest partią pracy narodowej.

II

Badanie zasad politycznych doprowadziło nas do wniosku, że rozwój posuwa się dwiema głównymi liniami: formalnej organizacji państwa oraz pracy narodowej, a temu przeciwieństwu odpowiada przeciwieństwo partyjne pomiędzy lewicą a prawicą. Według tej diagnozy również prawica jest partią postępu, nie zaś jedynie strażniczką ciągłości, jak twierdzą jej przeciwnicy. Jako formacja partyjna prawica nie może być oczywiście tożsama z bezpartyjnym ogółem, którego jedynym pragnieniem jest, by pozwolono mu w spokoju wykonywać codzienną pracę; uznaje jednak to pragnienie za ważny interes państwa i uwzględnia je w swoim programie ze znacznie większą konsekwencją niż lewica.

Diagnoza ta nie pretenduje do teoretycznie wyczerpującego rozwiązania problemu partii; lecz strona zagadnienia, do której się ogranicza, jest bez porównania najważniejsza dla polityki praktycznej. Ośmielamy się zatem nazwać ją rozwiązaniem praktycznym: wystarczającą wskazówką dla tych, którzy stoją jeszcze na rozdrożu i nie zdecydowali, którą z dwóch dróg wybrać.

Chcemy naszkicować drogi, którymi przeważnie podąża jedno albo drugie stronnictwo, i zobaczymy, że wychodzą one z zasad, które już wyjaśniliśmy

Dla nich pozostaje jednak jeszcze jedna kwestia. To, że wskazane przeciwieństwo zasad odpowiada rzeczywistemu podziałowi partyjnemu w naszym kraju, jest na razie jedynie postulatem. Jesteśmy zobowiązani poprzeć go osobnym dowodem. Spełnimy ten obowiązek w jedyny możliwy sposób: przedstawiając świadectwa zaczerpnięte z praktyki politycznej.

Od początku trzeba przy tym poczynić jedno wyraźne zastrzeżenie. Polityka praktyczna nie operuje przeciwieństwami wyłącznymi. Kto chce zrozumieć coś z politycznego otoczenia, musi starać się uchwycić ogólne tendencje partii i na tym poprzestać, nie dając się zmylić temu, że od czasu do czasu można je zobaczyć – by tak rzec – polujące na cudzym terenie. Mówimy więc o regule i o tym, co zasadnicze, czego wyjątek ani rzecz uboczna nie unieważniają. Chcemy naszkicować drogi, którymi przeważnie podąża jedno albo drugie stronnictwo, i zobaczymy, że wychodzą one z zasad, które już wyjaśniliśmy; nie wolno nam jednak uważać tych dróg za tereny zastrzeżone wyłącznie dla jednej strony. Czegoś takiego nie należy oczekiwać na wspólnym gruncie, po którym porusza się życie polityczne narodu.

*

Niejeden zapewne zauważył, że w kręgach liberalnych uchodzi za coś szczególnie „wytwornego” być liberałem. Człowiek czuje się wtedy bardziej związany z ogólnymi prądami epoki i dlatego z wyższością spogląda na kulturowo zacofaną prawicę! Taka wyższość zawsze robi wrażenie na słabych w wierze. Pewne jest, że ta naiwna pretensja przyniosła liberalizmowi korzyść, przyciągając do jego szeregów niemało porządnych ludzi, którzy nie chcieli siedzieć tam, gdzie siedzą wyszydzani.

Być może jednak w tym uprzedzeniu wobec prawicy rozpoznajemy również pewną typowo szwedzką cechę: biurokratyczną pogardę dla życia gospodarczego. Prawica jest bowiem polityczną mobilizacją życia gospodarczego w jego trzech głównych częściach: chłopów, rzemieślników i przedsiębiorców. Lewicę natomiast znajdziemy przede wszystkim wśród przedstawicieli tak zwanych wolnych zawodów, opartą na właściwych warstwach ludowych; przypomina ona pod tym względem armię angielską, której korpus oficerski wywodzi się z najwyższej, a szeregowi z najniższej klasy społecznej, przy niewielkim organicznym przepływie między nimi.

Naiwna pretensja przyniosła liberalizmowi korzyść, przyciągając do jego szeregów niemało porządnych ludzi, którzy nie chcieli siedzieć tam, gdzie siedzą wyszydzani

W istotny sposób rzuca się w oczy, jak wielką rolę w politycznej lewicy odgrywają ludzie pióra i ludzie wykształceni. Zjawisko to zauważono już w Anglii: jej obecny liberalny gabinet roi się od osób, które zdobyły nazwisko w literaturze, podczas gdy w poprzednim rządzie konserwatywnym do tej kategorii miał należeć właściwie tylko sam jego szef, Balfour. Kim były natomiast czołowe postacie naszego lewicowego rządu z roku 1905? Adwokat jako premier, urzędnik jako minister spraw cywilnych, nauczyciel szkoły ludowej jako minister oświaty, absolwent uniwersytetu i dziennikarz w funkcji doradczej. A kim byli czołowi ludzie następującego po nim rządu prawicowego? Dyrektor zakładów przemysłowych jako premier, fabrykant jako minister finansów, chłop jako minister rolnictwa – i nie jest winą rządu, że chłop nie zasiada tam do dziś. Jeżeli dodamy do tego, że najważniejszymi postaciami szwedzkiego liberalizmu w przeszłości byli dwaj prawnicy – Richert i Louis de Geer – oraz publicysta o akademickim wykształceniu, S.A. Hedin, trudno będzie nadal uważać tę zależność za przypadkową.

Rozpoznajemy ją zresztą jako zjawisko typowe również podczas wyborów parlamentarnych. Ludowe warstwy lewicy chętnie wybierają na swoich przedstawicieli nauczycieli, dziennikarzy i im podobnych, podczas gdy prawicowi chłopi wybierają spośród swoich, a wielkomiejska prawica ze szczególnym upodobaniem wysuwa kandydatów ze sfer gospodarczych i zawodów produkcyjnych. Te odmienne tendencje łatwo odczytać z programów i prasy obu partii w okresach wyborczych. To, że prawicy nie zawsze udaje się osiągnąć swój cel, jest inną sprawą i wynika z tych samych przesłanek: ludziom gospodarki trudniej niż innym porzucić codzienną pracę dla mandatu parlamentarnego. Właśnie dlatego, że prawica woli przedstawicieli pracy narodowej, regularnie cierpi na większy niedostatek kandydatów niż lewica – po której stronie podobnego niedostatku nigdy nie dało się zauważyć.

Zwróćmy teraz szczególną uwagę na jeden z intelektualnych składników lewicy: element prawniczy. W partii, której organiczna linia rozwoju odbija się w nazwiskach Richert–de Geer–Staaff, mamy powody uznać ten element za sztandarowy. Skąd się to bierze? W sposób całkiem naturalny z omówionego już upodobania liberalizmu do kwestii formalnych i ustawodawstwa. Jest to bezpośredni, osobowy dowód naszej tezy. Jeżeli reformy lewicy dotyczą przede wszystkim prawnej skorupy państwa, jasne jest, że prawnicy bardziej niż ktokolwiek inny będą dobrze czuli się w okresach reform – podobnie jak przedsiębiorcy budowlani są jedynymi ludźmi, którzy naprawdę dobrze czują się podczas okresów budowy, i w znacznej mierze z tej samej przyczyny: w tym właśnie żyją i to uzasadnia ich istnienie.

Lewica nie tylko nie unika walki politycznej, lecz ją lubi i jej poszukuje. Trudno nie dostrzec jej szczególnego upodobania do konfliktów konstytucyjnych

Czy trzeba przykładami dowodzić zainteresowanie lewicy kwestiami ustawodawczymi? Jej program zawsze pełen jest propozycji zmian konstytucji i ustaw. Nawet po tym, jak po trwającej całe pokolenie walce przeprowadziliśmy rozwiązanie kwestii prawa wyborczego z roku 1909, wraz z wynikającymi z niego przewrotami w ustroju państwa, lewica nie daje ani sobie, ani narodowi chwili spokoju; liberalizm natychmiast występuje z nowymi, daleko idącymi projektami konstytucyjnymi – prawem wyborczym kobiet, referendum – a socjalizm chce iść dalej, aż cały obecny ustrój zostanie wywrócony do góry nogami.

Rzecz bowiem w tym, że lewica nie tylko nie unika walki politycznej, lecz ją lubi i jej poszukuje. Trudno nie dostrzec jej szczególnego upodobania do konfliktów konstytucyjnych. Określało ono całą historię liberalizmu w naszym kraju przez więcej niż dwa pokolenia. Widzieliśmy to ostatnio w roku 1909, kiedy lewica w naszej Drugiej Izbie rzuciła się na § 46 regulaminu Riksdagu z wręcz uderzającą radością, jak na gefundenes Fressen – znaleziony przysmak – choć trzeba przyznać, że osobiste względy dodatkowo podgrzewały wówczas nastroje. Także tutaj możemy poprzeć nasze spostrzeżenie wielkim i świeżym przykładem z kraju wzorcowego: czy nie widzieliśmy tej samej historii w Anglii na początku roku, gdy lewica uczyniła programem wyborczym konstytucyjne zagadnienie prawnego statusu Izby Lordów, podczas gdy prawica skoncentrowała uwagę na kwestii praktycznej – sprawie ceł?

Praktyczni ludzie prawicy nie mają wielkiego upodobania w formalnych subtelnościach i wymagania życia stawiają przed najpiękniejszym nawet prawem zapisanym na papierze. Dlatego wolą omijać konflikty konstytucyjne; wiedzą, że mają one szczególną zdolność wzburzania umysłów i zakłócania pokoju społecznego. Rozumieją również, że ustawodawstwo w ogóle wiąże siły narodu, które w przeciwnym razie mogłyby zostać wykorzystane w produktywnej pracy. Po roku 1909 chcą zatem oszczędzić naszemu narodowi nowych, wyczerpujących sporów konstytucyjnych, by móc powrócić do porządku codziennej pracy.

Nie należy przez to rozumieć, że prawica uważa konstytucję we wszystkich jej obecnych szczegółach za „tabu”; mniejsze zmiany są jak najbardziej możliwe także z inicjatywy prawicy, zwłaszcza tam, gdzie doświadczenie wskazuje na potrzebę uzupełnienia nowego systemu. Wielkie kwestie sporne prawa ustrojowego nasza prawica uważa jednak – dokładnie tak samo jak węgierska „Narodowa Partia Pracy” – za sprawy, które należy obecnie zdjąć z porządku obrad.

Oczywiście również program prawicowy nie może być całkowicie pozbawiony reform dotyczących ustawodawstwa ogólnego. Kiedy jednak prawica interesuje się reformą prawa, niemal zawsze okaże się, że czyni to ze względów czysto praktycznych, mając na względzie spokój w kraju. Najwyraźniej widać ten związek w najważniejszej dzisiejszej kwestii prawnej – regulacji umowy o pracę. Nie obcy schemat, nie doktrynerski pogląd, lecz bolesne doświadczenie narodowe domaga się tutaj ustawodawstwa, aby sam rynek pracy nie pozostawał dłużej w stanie bezprawia – niczym dzicz pośrodku uporządkowanego kulturowo społeczeństwa, jak pustkowie pośród osady i wsi. Działaniem w najczystszym duchu prawicy było zatem rozwiązanie przez nasz obecny rząd komisji, która najwyraźniej przeciągała sprawę – i wielkie znaczenie diagnostyczne ma fakt, że właśnie w tym punkcie zainteresowanie lewicy ustawodawstwem nagle zawodzi!

Zalew ustaw wywołuje ten sam nieuchronny skutek co nadmierna emisja banknotów przez bank: kurs spada

Jako rezultat tych obserwacji poczynionych na scenie praktycznej polityki możemy więc zapisać po stronie prawicy mniejsze zainteresowanie ustawodawstwem, jeżeli nie wynika ono bezpośrednio z doświadczenia praktycznego, po stronie lewicy natomiast pewnego rodzaju miłość do ustawodawstwa – jak się zdaje – dla niego samego. Być może można by dodać: prawica bardziej interesuje się administracją, lewica bardziej konstytucją. Uderza, jak organicznie oba te określenia wypływają z naszej podstawowej tezy, wedle której pierwsza jest partią pracy narodowej, druga zaś – odpowiadających epoce form. Praktyka potwierdza teorię.

Możemy jednak pójść jeszcze o krok dalej. Tam, gdzie działalność ustawodawcza jako taka staje się źródłem przyjemności, tam na dłuższą metę nie sposób utrzymać samego szacunku dla prawa na najwyższym poziomie. Zalew ustaw wywołuje ten sam nieuchronny skutek co nadmierna emisja banknotów przez bank: kurs spada. Widzieliśmy to w innych krajach, gdzie radykalna lewica przez dłuższy czas sprawowała władzę. Zaczynamy dostrzegać oznaki podobnego zjawiska także u nas. Czyż lewicowy premier nie zalecał otwarcie w roku 1906 – mimo protestów prawicy – tak zwanej ustawy norrlandzkiej jako ustawodawstwa eksperymentalnego? Jeżeli eksperyment się nie powiedzie – sugerował – cóż prostszego jak ustawę uchylić! Że przy tak lekkomyślnym uruchamianiu całej wielkiej machiny ustawodawczej musi ucierpieć autorytet samego prawa i władzy ustawodawczej, a więc państwa – najwyraźniej nie przyszło mu do głowy.

Parlamentarny epizod dotyczący „żółtego niebezpieczeństwa” w inny sposób świadczy o tym samym: o braku szacunku dla prawa po tej samej stronie. Ostatnie czasy przyniosły w tej sprawie wyjątkowo wymowne świadectwo. W artykule dotyczącym królewskiego prawa łaski gazeta prawicowa wykazała za pomocą argumentacji ustrojowo-prawnej, że prawo to nie może być wykonywane wyłącznie w celu udzielania dyspensy; dopóki obowiązujące prawo przewiduje karę śmierci, musi być ona stosowana, jeżeli zachodzą wszystkie przewidziane ku temu przesłanki. Na to czołowy organ liberalizmu odpowiedział dosłownie, że król „postępuje niesłusznie, jeśli nie bierze pod uwagę zmienionego poczucia prawnego”. Cóż oznacza taki tok rozumowania, jeśli nie to, że pogląd prawny uświęcony obowiązującą ustawą ma ustąpić przed poglądem przeciwnym, któremu nie udało się jeszcze takiego uświęcenia uzyskać? Szanowny organ prasowy najwyraźniej nie zrozumiał, że ujawnił wówczas głęboko skrywaną tajemnicę: ojcostwo liberalizmu – choć z nieprawego łoża – wobec współczesnego anarchizmu!

Takie lekceważenie obowiązującego prawa trudno znaleźć po stronie prawicy. Tam nie przyznaje się pierwszeństwa przed prawem Królestwa Szwecji własnemu stanowisku partyjnemu. Tam prawo otacza się czcią i szacunkiem, dopóki jest zapisanym prawem. Dlatego również pod tym względem możemy stwierdzić przeciwieństwo pomiędzy lewicą a prawicą – jeśli nie co do samej istoty, to przynajmniej co do stopnia i tendencji.

*

Lewica jest przede wszystkim nosicielką ogólnego ducha epoki, podobnie jak prawica – swoistego ducha narodowego

Nasze pobieżne zebrane przykłady z praktycznej polityki dostarczyły, jak sądzę, obfitego materiału pozwalającego zrozumieć przeciwieństwo partyjne podobnie jak jak je wskazało badanie teoretyczne. W jednym punkcie pozostaje ono jednak nadal zbyt niepełne, by można było na jego podstawie wydać sprawiedliwy sąd. Podkreślaliśmy zainteresowanie lewicy ustawodawstwem odpowiadającym epoce; ale jak lewica rozumie ową zgodność z epoką? Odpowiedzi na to pytanie poszukamy w następnym rozdziale – i okaże się wówczas, że jej upodobanie do kwestii formalnych wcale nie jest tak platońskie, jak mogłoby się zrazu wydawać, lecz skrywa bardzo realny, świadomie ukierunkowany program o daleko idącym znaczeniu.

III

Lewica jest przede wszystkim nosicielką ogólnego ducha epoki, podobnie jak prawica – swoistego ducha narodowego. Otóż duch epoki jest demokratyczny. W konsekwencji lewica staje się w pierwszym rzędzie służebnicą demokracji. To właśnie stanowi motyw przewodni jej zapału ustawodawczego i treść nadawanych przez nią form: poprawić położenie warstw ludowych.

Porównaliśmy partię liberalną do armii angielskiej, której dowództwo wywodzi się z najwyższych, szeregowi zaś z najniższych warstw społecznych, przy stosunkowo niewielkim dopływie ludzi z klasy średniej. Rozumiemy teraz program liberalny: dowództwo troszczy się o Tommy’ego Atkinsa. Nie zdołało go to powstrzymać przed masowym przechodzeniem do obozu socjalistycznego. Duch pozostaje tam jednak ten sam, o tyle że Tommy Atkins chce tam troszczyć się o siebie sam.

W języku obiegowych haseł jest to polityka sprawiedliwości społecznej, przy czym sprawiedliwość rozumiana jest na sposób lewicowy jako sama tylko formalna równość, a więc równość pomiędzy klasami społecznymi (i wewnątrz nich) w dostępie do dóbr kultury materialnej. W praktyce polityka ta wyraża się w szczególnej trosce o podział owoców produkcji pomiędzy uczestników pracy społecznej: wyrównaniem własności tak, aby mali otrzymali należną im część – najlepiej zaś, aby same pojęcia małych i wielkich zniknęły.

Jeśli chodzi o liberalną lewicę, można powiedzieć, że przyjmując dziś ten program, odpokutowuje ona dawne grzechy popełnione wobec warstw ludowych. Współczesny kapitalizm jest bowiem organicznym owocem drzewa dawnego liberalizmu, wyrosłym w atmosferze wolnej konkurencji, w której silny mógł wedle woli uciskać słabego bez przeszkody ze strony państwa, którego ingerencję w walkę (klas) zasadniczo odrzucano. Wówczas lewica jak nikt inny służyła wzrostowi produkcji. Nie słyszeliśmy wprawdzie, aby nasz własny liberalizm otwarcie wyrzekł się samej zasady; w praktyce jednak chce dziś z całą gorliwością chronić słabych za pomocą „społeczno-reformatorskiego” programu na ich rzecz. Produkcję, którą sam pomógł wynieść na wyżyny, chce teraz zniwelować przez podział jej owoców między cały naród.

Połóżmy zatem główny nacisk na to, aby do szafy wkładać więcej, tak by wystarczyło dla wszystkich, a coś jeszcze zostało na przyszłość

Socjalizm – sam w sobie, widziany z jednej strony, będący niczym innym jak cieniem rzucanym przez kapitalizm – ma tutaj drogę prostszą i bardziej konsekwentną. Prowadzi ona do społeczeństwa o nierosnącej liczbie ludności. Stąd jego zainteresowanie „prewentywizmem”, którego wszyscy uczestnicy zostaną bez wyjątku zaszeregowani jako jednakowo opłacani „funkcjonariusze” jednego wielkiego urzędu.

Wobec takich poglądów i dążeń prawica występuje z innym sposobem myślenia. Cóż pomoże samo przekładanie dóbr z miejsca na miejsce w szafie – może się przecież okazać, że tą metodą wszyscy skończymy jako biedne myszy! Połóżmy zatem główny nacisk na to, aby do szafy wkładać więcej, tak by wystarczyło dla wszystkich, a coś jeszcze zostało na przyszłość!

Jest to program postępu gospodarczego, zmierzający do zwiększenia produkcji. W dążeniu tym prawica nie może w każdym poszczególnym punkcie myśleć o wyrównaniu czegokolwiek. Nie uważa nawet za nieszczęście, jeśli produkcja wznosi się ku szczytom, pozostawiając po drodze doliny. Wie, że jest to czysta konieczność, jeśli rozwój w ogóle ma nastąpić. Mamy wybór: albo żadnego wzrostu produkcji, albo wzrost taki, któremu przewodzą wielkie przedsiębiorstwa. Takie jest hasło epoki: w światowej konkurencji nie sposób się utrzymać inaczej niż dzięki skapitalizowanej sile. Oczywiście trzeba przy tym pilnować, aby proporcje nie zostały przesunięte poza pewną granicę. Można więc powiedzieć, że prawica przejęła dawny liberalny program wzrostu produkcji – wprawdzie w nowym duchu zaufania do pomocy państwa – przeciwstawiając go nowszemu programowi jej niwelowania. Obie partie reprezentują tu dwie podstawowe siły natury, „endogeniczną” i „egzogeniczną”, z których ścierania się i współdziałania wyrasta wszelki rozwój.

Lewica chce przede wszystkim rozwijać uśpione zasoby narodu, prawica – uśpione zasoby kraju

Wyraźniej niż kiedykolwiek dostrzegamy w tym miejscu głębokie uzasadnienie istnienia obu stron, każdej w jej jednostronności, jako wzajemnych dopełnień; rzuca się jednak w oczy, że właśnie tutaj to prawica wysuwa się na czoło ze swoiście postępowym programem.

Możemy ująć tę różnicę jeszcze inaczej: lewica chce przede wszystkim rozwijać uśpione zasoby narodu, prawica – uśpione zasoby kraju. Także tutaj ujawnia się społeczne patos pierwszej i gospodarcze patos drugiej. Prawica chce rozwijać kraj jako taki, samo życie gospodarcze, niezależnie od tego, czy patrzymy na stronę zatrudniającą, czy zatrudnianą: ostatecznie obie mają wspólnie odnieść z tego korzyść. Prawica nie może myśleć wyłącznie i bezpośrednio o Tommym Atkinsie; myśli przede wszystkim o zwycięstwie i o zdobyczach. Ale owoce zdobyczy przypadną także Tommy’emu, a zatem również prawica służy jego interesowi i sprawie demokracji – pośrednio i w drugiej kolejności, lecz być może w dłuższej perspektywie w pewniejszy sposób. Z drugiej strony nie można zaprzeczyć, że Tommy walczy energiczniej, kiedy mocniej odczuwa bezpośrednią troskę dowództwa; właśnie w tym tkwi postępowy element programu lewicy.

Najwyraźniej oba programy ścierają się na rynku pracy, gdzie lewica występuje jako rzecznik żądań wyższych płac, podczas gdy prawica musi czuwać, aby wskutek tego zwiększonego podziału nie ucierpiała sama zdolność przedsiębiorstwa do funkcjonowania. To przeciwieństwo rozpoznajemy jednak w całym układzie polityki obu partii. Kiedy więc lewica oferuje inspekcje fabryczne i ubezpieczenia robotnicze, prawica oferuje transoceaniczne linie żeglugowe i elektrownie. Lewica chce ubezpieczać bezrobotnych będących w pełni sił, a później ludzi osłabionych wiekiem; prawica chce tworzyć nowe miejsca pracy, aby bezrobocie w ogóle nie powstawało.

Prawica mniej ufa nakazom prawnym i gwarancjom niż sile i przezorności rodzącej się z samodzielnego utrzymywania się

W tym miejscu trzeba jednak ze szczególną mocą przestrzec przed traktowaniem przeciwieństwa partyjnego jako absolutnego. Partie nie mogą być całkowicie ślepe na to, co słuszne w patosie przeciwnika, zwłaszcza kiedy ponoszą odpowiedzialność za rządzenie. Wprowadzając na przykład do ustawodawstwa zasadę progresywnego opodatkowania i dalej ją rozwijając, a także wielokrotnie wykazując zainteresowanie emeryturami na starość, prawica pokazała, że poważnie traktuje wymagania sprawiedliwości społecznej i niedolę słabych. Lewica natomiast, wprowadzając do praktycznej polityki ideę Kolei Śródlądowej, wykazała troskę o postęp gospodarczy, a przez gorliwość w kwestii ustawodawstwa przeciw zaniedbywaniu gruntów wniosła bezpośredni wkład w dziedzinę pracy narodowej. Chodzi jednak o interes główny. Każdy, kto uważnie i z powagą obserwuje nasze życie partyjne, musi dojść do wniosku, że prawica kładzie akcent – choć oczywiście nie wyłączny – na postulaty gospodarcze, lewica zaś na społeczne. Jako podręcznikowy przykład widzimy dziś prawicę wysuwającą żądanie osobnego ministerstwa handlu i przemysłu, podczas gdy lewica chce podobnego ministerstwa do spraw społecznych.

Różne są również ich drogi. Zgodnie ze swoim ogólnym patosem, który określiliśmy wyżej, lewica chce służyć swojej sprawie poprzez ustawodawstwo i jeszcze raz ustawodawstwo: przepisy pozytywne i negatywne, aż po radykalne ustawy nakazujące i zakazujące. Prawica mniej ufa nakazom prawnym i gwarancjom niż sile i przezorności rodzącej się z samodzielnego utrzymywania się, połączonego ze zdrowym oświeceniem nastawionym na samopanowanie. W tym właśnie zawierają się między innymi dwie linie programowe w kwestii trzeźwości.

Możemy teraz również zobaczyć, jak w rzeczywistości przedstawia się sprawa rzekomej rozrzutności prawicy w gospodarowaniu finansami państwa, o co nieustannie oskarżają ją przeciwnicy. Można by poprzestać na wskazaniu, że istnieją dwa rodzaje oszczędności: zmniejszanie wydatków oraz zwiększanie dochodów, a prawica idzie przede wszystkim tą drugą drogą. Niesprawiedliwość lewicowego zarzutu sięga jednak głębiej.

Lewica dostrzega zalety własnych wydatków budżetowych

Rzecz w tym, że każda z partii wydaje na własnej linii, a oszczędza na linii przeciwnika. Lewica uważa prawicę za rozrzutną, ponieważ hojnie finansuje przedsięwzięcia narodowe; ale któż zawsze głosuje za wyższymi środkami na płace dla drobnych urzędników państwowych i któż tak mocno forsuje wszystkie milionowe wydatki na ubezpieczenia robotnicze? Czyż to również nie obciąża środków państwa? Prawica mogłaby zatem z dokładnie takim samym uzasadnieniem skierować zarzut rozrzutności przeciw lewicy. Wyjaśnienie jest takie, że lewica dostrzega zalety własnych wydatków budżetowych, mianowicie bezpośrednią poprawę położenia mas drobnych wyborców. Nie ma już równie bystrego oka ani równie dużej wrażliwości na owoce polityki budżetowej prawicy: zwiększenie liczby miejsc pracy i stworzenie możliwości dla nowych przedsięwzięć narodowych.

Dotyczy to również najbardziej spornych wydatków, tych przeznaczonych na obronę ojczyzny: pieniądze w znacznej części pozostają w kraju i służą ożywieniu gospodarki, przynosząc korzyść zarówno robotnikom, jak i pracodawcom, a równocześnie poprawiając pozycję państwa w świecie. Odpowiedzialność za takie wydatki – do pewnej granicy – prawica bierze na siebie bez wahania, zarówno ze względu na własny szczególny interes partyjny, jak i ogólny patriotyczny interes państwa.

Także w swoich roszczeniach wobec skarbu państwa obie partie podążają więc w polityce praktycznej po nakreślonych tutaj liniach teoretycznych: lewica po linii odpowiadających epoce form demokratycznych, prawica – po linii pracy narodowej.

*

Punktem wyjścia tego studium była nazwa obecnej węgierskiej partii rządzącej: „Narodowej Partii Pracy”. Jeśli wierzyć pogłoskom, obecny kanclerz Rzeszy Niemieckiej zamierza rzucić podobne hasło przed zbliżającymi się wyborami do Reichstagu: „zjednoczenie wokół pracy narodowej”. Nikt, kto śledził rozwój życia politycznego Anglii, nie może mieć wątpliwości, że jej partia konserwatywna, ze swoim wielkim programem celnym, podąża pod tym samym sztandarem. Skoro zaś stwierdziliśmy, że szwedzka prawica zarówno w teorii, jak i w praktyce jest szczególnym nosicielem interesu pracy narodowej w naszym kraju, to nie jawi się ona bynajmniej jako jakiś wolny strzelec na polu polityki, lecz jako część powszechnego współczesnego „Kościoła walczącego”.

Współczesna prawica ma oblicze Janusa: jedno zwrócone ku dobrym dawnym czasom, drugie ku dobrej przyszłości

Oczywiście diagnoza ta nie jest pełna. W ogóle nie uwzględnia dosłownie konserwatywnego stosunku prawicy do współczesnych prądów epoki, które w buntowniczym pochodzie chcą przejść ponad doświadczeniem całych wieków. Zadanie to zasługiwałoby na osobny rozdział i odrębne studium. Współczesna prawica ma oblicze Janusa: jedno zwrócone ku dobrym dawnym czasom, drugie ku dobrej przyszłości. Nasze obecne rozważanie od początku do końca ograniczało się do tego drugiego: do roli prawicy – tak zaciekle kwestionowanej przez partie przeciwne – jako pozytywnego czynnika rozwoju i służebnicy postępu.

Na ile potrafiłem, trzymałem się przy tym tego, „co jest prawdą w sprawie”, jak mówił nasz dawny język prawny; a więc zadania świadka, nie adwokata ani sędziego. Szukałem jedności i związku pomiędzy rozproszonymi przejawami politycznymi, podobnie jak przyrodnik szuka cech pokrewieństwa w mnogości gatunków. Bez wątpienia niejeden uzna, że poszczególne rysy można było inaczej wycieniować. Ośmielam się jednak sądzić, że mimo wszystko obraz – impresjonistyczny, jakim z konieczności być musi – okaże się być namalowanym z rzeczywistości.

Ze szwedzkiego przełożył Krzysztof Zmyśliński


Eskalacja na linii Berlin-Moskwa, jaka jest przyszłość relacji? | Niezbędnik Zagraniczny NK 28 sierpnia – 4 września 2026 r.

Niemcy–Rosja: narastająca eskalacja. W ostatnich dniach w Niemczech doszło do kilku incydentów wymierzonych w infrastrukturę krytyczną i firmy związane z obronnością. W Brandenburgii, w pobliżu elektrowni Jänschwalde i około 20 kilometrów od granicy z Polską, znaleziono urządzenia wybuchowe przy stacji transformatorowej. W wyniku zdarzenia jeden z bloków elektrowni o mocy 500 MW automatycznie się wyłączył. Podobny celowy incydent odnotowano w Bergheim koło Kolonii, gdzie doszło do uszkodzenia instalacji energetycznej. Z kolei w Monachium nieznani sprawcy próbowali podpalić obiekty w pobliżu siedzib firm zbrojeniowych Rohde & Schwarz i Helsing. Zatrzymano w tej sprawie dwóch obywateli Bułgarii. Niemieckie służby badają polityczne tło tych zdarzeń, ale nie potwierdziły rosyjskiego udziału w żadnym z tych trzech przypadków. Jednocześnie Berlin oficjalnie przypisał Rosji sierpniowy incydent na lotnisku w Lipsku, gdzie przy ukraińskim samolocie znaleziono dron wyposażony w detonator i materiały wybuchowe. Niemcy uznały, że dron został celowo skierowany w stronę maszyny.

Konflikt niemiecko-rosyjski obejmuje już także bezpieczeństwo infrastruktury, przemysł obronny oraz instytucje dyplomatyczne i kulturalne

Incydent w Lipsku doprowadził do bezpośrednich działań dyplomatycznych. Niemcy zdecydowały o zamknięciu rosyjskiego konsulatu generalnego w Bonn oraz Rosyjskiego Domu w Berlinie. Rosja odpowiedziała zamknięciem Instytutu Goethego, działającego w tym kraju od 1992 r. Szef niemieckiego MSZ Johann Wadephul ocenił, że decyzja Moskwy prowadzi do dalszego pogorszenia relacji. Sprawa jest również przedmiotem rozmów Polski, Niemiec i Francji podczas spotkania ministrów spraw zagranicznych w Weimarze. Szersza konsekwencja jest więc wyraźna: konflikt niemiecko-rosyjski obejmuje już nie tylko politykę wobec Ukrainy, sankcje czy wzajemne oskarżenia, ale także bezpieczeństwo infrastruktury, przemysł obronny oraz instytucje dyplomatyczne i kulturalne. Jeżeli kolejne incydenty będą się powtarzać, presja na niemieckie służby i infrastrukturę będzie rosła, a przestrzeń dla utrzymywania choćby ograniczonych relacji z Moskwą będzie się dalej kurczyć.

Ukraina: Rosja atakuje, ale Putin mówi o pokoju. Rosja przeprowadziła w nocy z poniedziałku na wtorek jeden z kolejnych zmasowanych ataków na Ukrainę, wykorzystując m.in. rakiety balistyczne Iskander-M/KN-23/S-400, pociski Cyrkon i Kalibr oraz 218 dronów. Ukraińska obrona powietrzna miała zneutralizować 199 celów. Mimo to odnotowano trafienia w 28 lokalizacjach. Według Wołodymyra Zełenskiego w wyniku rosyjskich ataków zginęło 12 osób, w tym obywatel Indii, a kolejne dziesiątki zostały ranne. Uderzenia objęły m.in. Kijów, Boryspol i Odessę, gdzie tysiące gospodarstw domowych zostało pozbawionych prądu. Jednocześnie Kijów zabiega o zwiększenie dostaw amunicji do systemów Patriot. NATO i państwa UE naciskają na Hiszpanię i Grecję, aby przekazały Ukrainie część posiadanych pocisków przechwytujących, których zapasy są dla Ukrainy szczególnie istotne w obliczu nasilających się rosyjskich ataków.

Równolegle Władimir Putin deklaruje, że Rosja chce „zakończyć”, a nie zamrozić wojnę i jest gotowa do negocjacji. Jednocześnie przekonuje, że rosyjska armia posuwa się naprzód i że Ukraina ostatecznie się załamie. W tle trwają również amerykańsko-rosyjskie kontakty na poziomie służb. Dyrektor CIA John Ratcliffe odbył w Moskwie rozmowy z szefami rosyjskiego wywiadu zagranicznego i FSB. Według części doniesień przekazywał Kremlowi argumenty za szybkim zakończeniem wojny, jednak Marco Rubio określił wizytę jako rutynowe podtrzymywanie kanałów komunikacji wywiadowczej. Jednocześnie Waszyngton popiera możliwość zaostrzenia sankcji wobec Rosji. W efekcie z jednej strony pojawiają się deklaracje o gotowości do rozmów, z drugiej – intensywność działań wojennych i presja militarna nie maleją. Dla Ukrainy kluczowe pozostaje utrzymanie zdolności do obrony powietrznej, podczas gdy Zachód próbuje jednocześnie zwiększać presję na Moskwę i zachować kanały, które w przyszłości mogą posłużyć do negocjacji.

USA–Iran: dalsza eskalacja wojny. Po ponad miesiącu względnego ograniczenia walk USA i Iran ponownie prowadzą bezpośrednią wymianę ognia. Amerykańskie