Haushofer i narodziny nowoczesnej inżynierii politycznej

Krzysztof Zmyśliński – Na marginesie eseju „Grundlagen, Wesen und Ziele der Geopolitik”

Karl Haushofer (1869–1946) należy do najbardziej wpływowych postaci w historii nowoczesnej geopolityki. Generał armii bawarskiej, profesor geografii, uczeń Friedricha Ratzla i jeden z głównych popularyzatorów myśli Rudolfa Kjelléna w Niemczech, współtworzył język geopolityczny XX wieku. Wraz z kręgiem skupionym wokół „Zeitschrift für Geopolitik” próbował stworzyć nową syntezę myślenia o państwie, przestrzeni, gospodarce, historii i strategii.

Wczesna geopolityka niemiecka wyrastała z dużo szerszego kryzysu europejskiego myślenia o państwie i polityce. Była próbą odpowiedzi na pytanie, dlaczego państwa upadają mimo siły militarnej, potencjału gospodarczego i rozwiniętej kultury oraz dlaczego klasyczna dyplomacja i tradycyjne elity polityczne okazały się niezdolne do zrozumienia procesów, które doprowadziły Europę do katastrofy pierwszej wojny światowej.

Haushofer próbuje zdefiniować geopolitykę jako praktyczną syntezę wielu nauk: geografii politycznej, historii, ekonomii, demografii, strategii, komunikacji i psychologii zbiorowej

Publikowany poniżej tekst – „Grundlagen, Wesen und Ziele der Geopolitik” – należy właśnie do tego wcześniejszego etapu twórczości Haushofera. To nie jest jeszcze język późniejszej propagandy, lecz próba stworzenia podstaw nowej dyscypliny politycznego myślenia o przestrzeni.

I powiem uczciwie: to jest bardzo ważny tekst. Nie tylko ideologicznie, ale intelektualnie. Widać tu jeszcze Haushofera „przed katastrofą” – mocno zakorzenionego w Ratzlu, Kjellénie, geografii politycznej i problemie przestrzeni.

Najciekawsze są tu właśnie momenty, w których Haushofer próbuje zdefiniować geopolitykę nie jako publicystykę czy ideologię, lecz jako praktyczną syntezę wielu nauk: geografii politycznej, historii, ekonomii, demografii, strategii, komunikacji i psychologii zbiorowej. Pojawia się jego słynna formuła „Brücke vom Wissen zum Können” – „mostu od wiedzy do działania” – mającego połączyć naukę z praktyką polityczną. Obok tego znajdziemy ostrą krytykę dyplomacji wilhelmińskiej, rozważania o relacji między kontynentalizmem a oceanicznością, odniesienia do Mackindera, analizę znaczenia Japonii jako modelowego państwa wyspiarskiego oraz bardzo ciekawe uwagi o rosyjskim „Nowym Wschodzie” i sowieckiej praktyce geopolitycznej.

Ale właśnie tutaj pojawia się moment chyba najciekawszy.

Bo mimo całego języka nauki, metodologii, geografii politycznej i „wissenschaftliche Grundlage”, trudno oprzeć się wrażeniu, że nie mamy już do czynienia z nauką państwa w sensie Kjelléna. To nie jest już klasyczna geografia polityczna ani próba zrozumienia organizmu państwowego poprzez przestrzeń. Pod powierzchnią tego tekstu zaczyna pracować coś innego: przekonanie, że wiedza nie ma jedynie opisywać państwa, lecz je projektować, wzmacniać i prowadzić.

W tym sensie tekst Haushofera wydaje się jednym z ważnych momentów przejścia od klasycznych nauk politycznych do nowoczesnej inżynierii politycznej.

I dlatego jest tak interesujący.

Nie ma tu jeszcze pełnej brutalności późniejszego języka ideologicznego. Jest natomiast technokratyczna ambicja sterowania przestrzenią, przekonanie o możliwości „naukowego” przewidywania dziejów, myślenie blokami cywilizacyjnymi oraz niezwykle nowoczesna idea integracji geografii, ekonomii, demografii, psychologii mas, komunikacji, propagandy i strategii w jeden aparat analizy i działania.

To nie jest już zwykła geografia polityczna.

To zaczyna być projekt zarządzania ruchem wielkich mas ludzkich w przestrzeni.

I właśnie dlatego Haushofer jest dziś ponownie interesujący – nie jako historyczna ciekawostka, lecz jako świadectwo narodzin sposobu myślenia, który w różnych formach dominuje również współcześnie. Dzisiejsze elity polityczne mówią innym językiem, używają innych narzędzi i odwołują się do innych wartości, ale bardzo często myślą podobnymi kategoriami: przepływów, korytarzy, logistyki, demografii, przestrzeni ekonomicznych, bloków handlowych, infrastruktury i sterowania percepcją społeczną.

Dzisiejsze elity polityczne mówią innym językiem, używają innych narzędzi i odwołują się do innych wartości, ale bardzo często myślą podobnymi kategoriami. Różnica polega głównie na słowniku

Różnica polega głównie na słowniku.

Szczególnie interesujące jest także to, że Haushofer traktuje geopolitykę przede wszystkim jako narzędzie prognozy. Nie chodzi mu wyłącznie o opis świata, lecz o próbę rozpoznania długich procesów przestrzennych, demograficznych i cywilizacyjnych, które dopiero nadchodzą. W tym sensie tekst ten pozostaje ważnym świadectwem momentu, w którym europejskie myślenie polityczne zaczynało przechodzić od klasycznej dyplomacji XIX wieku do nowoczesnego myślenia blokowego i globalnego.

W Polsce Haushofer pozostaje niemal nieobecny w przekładach. Funkcjonuje głównie jako nazwisko, symbol lub przypis historyczny. Tymczasem bez znajomości jego własnych tekstów trudno zrozumieć nie tylko politologię, historię geopolityki, ale również intelektualne źródła wielu sporów XX wieku – od koncepcji „heartlandu”, przez problem przestrzeni imperialnych, aż po współczesne konflikty między logiką kontynentalną i oceaniczną.

Publikowany przekład ma charakter źródłowy i historyczny. Jest próbą udostępnienia polskiemu czytelnikowi jednego z kluczowych tekstów europejskiej geopolityki okresu międzywojennego.

Karl Haushofer – Podstawy, istota i cele geopolityki

Grundlagen, Wesen und Ziele der Geopolitik. Opublikowane w zbiorze Bausteine der Geopolitik, 1928

Jeśli naród po ogromnych ofiarach, po pracy i dokonaniach znacznie przekraczających przeciętną dla narodów ziemi doświadczył tak straszliwego zniszczenia swojej formy życia, tak obłąkańczego pocięcia i okaleczenia swojej przestrzeni życiowej jak naród niemiecki, ma prawo zapytać, gdzie zawiedli ci, którzy w pierwszym rzędzie zostali ustanowieni strażnikami tej formy życia w jej przestrzeni życiowej. Ma prawo pytać, gdzie zawiedli ci, którzy mieli być strażnikami tej formy życia w jej przestrzeni.

Nie po to, by brać odwet, ponieważ zemsta i skrucha są bezpłodne; lecz z pragnienia, by zapobiec temu, aby nasz dom przez ludzi tego samego rodzaju znowu został zbudowany na tym samym lotnym piasku albo na tym samym papierze, zamiast na nośnej ziemi i wyrosłym gruncie – z tego właśnie pragnienia zrodził się przymus postawienia tego pytania. Z elementarnego dążenia do lepszej, naukowej ochrony politycznej formy życia, a także ziemi narodu i kultury, zrodził się również postulat geopolityki. Z niego wywodzimy odpowiedź, dlaczego jej idea, po raz pierwszy jasno zarysowana przez szwedzkiego badacza państwa Rudolfa Kjelléna, oraz jej szczęśliwie i trafnie dobrana nazwa tak szybko znalazły zwolenników właśnie wśród myślących uczestników wojny w Europie Wewnętrznej.

Jeśli w rozdartej Europie Środkowej istnieje zgoda co do czegokolwiek, to co do tego, że zewnętrzne i wewnętrzne kierownictwo wielkich środkowoeuropejskich form życia, państw centralnych – jak szybko nazwała je angielska geopolityka: Central Powers – zawiodło wobec brytyjskiej, francuskiej i słowiańskiej polityki naukowej. Dotyczyło to ludzi z towarzystwa, powierzchownie zręcznych, lecz wewnętrznie pustych; ludzi z urzędów spraw zagranicznych i placówek dyplomatycznych, jednostronnie oszlifowanych odrobiną jurystyki, nauk społecznych i znajomości języków, lecz niezdolnych do zejścia w głąb. Dotyczyło to jednak także tych, którzy powinni byli ich lepiej wychować: strażników wiedzy geograficznej, historii, nauk społecznych, prawnych i państwowych. Oni zbyt głęboko utknęli w swoich wąskich specjalizacjach i nie potrafili stworzyć syntezy jako podłoża nauk politycznych – takiej, jaką przeciwnikom Niemiec stworzyła jednak „political science” Anglosasów i paryska „École des sciences politiques”.

Jeśli w rozdartej Europie Środkowej istnieje zgoda co do czegokolwiek, to co do tego, że zewnętrzne i wewnętrzne kierownictwo państw centralnych zawiodło wobec brytyjskiej, francuskiej i słowiańskiej polityki naukowej

W tę lukę – której straszliwego i brzemiennego w skutki istnienia w latach 1900–1914, kiedy u wszystkich zainteresowanych pojawił się przypływ późnej skruchy, nikt w Europie Środkowej nie odważy się zaprzeczyć – chce wejść geopolityka. Z naukowo uchwytnych, uwarunkowanych przez ziemię i wyrosłych z gruntu cech, które sprawdziły się w biegu historycznych wydarzeń, stara się ona zbudować dla sztuki polityki most prowadzący aż do miejsca, w którym polityka musi oderwać się od stałego gruntu nauki. Chodzi o to, aby był to przynajmniej skok od wiedzy ku umiejętności działania, a nie z niewiedzy, skąd z pewnością skok jest dalszy i bardziej niebezpieczny.

To, że w budowie i kierunku tego mostu – ostatniej pomocy, jakiej nauka stojąca na pewnym gruncie udziela sztuce polityki – musi zawierać się pewna prognoza i odwaga jej stawiania, wynika z samej istoty dalszego budowania. Geopolityka wykracza bowiem poza przyjęte, ale przecież nieustannie wyprzedzane przez życie ustalenia czystej geografii, zwłaszcza działu geografii politycznej, oraz historii, zwłaszcza historii współczesnej – wychodząc naprzeciw temu, co nadciąga.

Dlatego też geopolityka stawia nadzwyczaj wysokie wymagania każdemu, kto chce ją uprawiać twórczo – nie tylko rzeczowe, lecz także osobiste. Zawiera bowiem w sobie ni mniej, ni więcej tylko roszczenie do prawa wychowywania przywódców, którzy mają uprawiać sztukę polityki w praktyce.

Geopolityka stawia nadzwyczaj wysokie wymagania każdemu, kto chce ją uprawiać twórczo – nie tylko rzeczowe, lecz także osobiste

Jej najlepszą podstawą – i o to walczę jako geograf – jest i pozostaje pełne wykształcenie przede wszystkim w geografii politycznej, do której oczywiście należą geografia komunikacji i gospodarki, a także geografia kultury i obronności; następnie w metodach historii oraz nauk o państwie i społeczeństwie. Dopiero potem powinna przyjść edukacja prawnicza, której sposób myślenia zagraża zdolności działania w niepewności.

Tak więc – i w tym całkowicie przyznaję rację Tiessenowi – geopolityka stoi wprawdzie na gruncie geografii politycznej i jej ustaleń, korzystnie posługuje się, jak mówi Maull, jej metodami, ale oczywiście nie jest tylko geografią polityczną. Obejmuje znacznie więcej.

Rudolf Kjellén w książce „Państwo jako żywy organizm” (ZonaZero 2021, przekład K.Z.) dał teorię, a w „Großmächte der Gegenwart” również zastosowanie tej teorii w praktyce geopolityki. Później Lautensach podjął trud zestawienia kilku zastosowań w swojej broszurze o geopolityce. W słowach wstępnych pokazał, jak bardzo Kjellén stał na barkach naszego genialnego niemieckiego antropogeografa Ratzla i jak bardzo żył w pojęciach jego rozumienia geografii politycznej.

Jak obco i nowo brzmiało zbiorcze określenie „geopolityka” dla rzeczy w gruncie rzeczy prastarej, zdradza choćby hasło „Geopolitik” w „Geographisches Lexikon” Bansesego, które wymienia tylko niektóre prace Dixa, Schönego i Kjelléna, ale wśród nich nie tę decydującą, najbardziej programową.

Od roku 1924 coraz większy krąg autorów skupionych wokół „Zeitschrift für Geopolitik” starał się nadać istocie geopolityki wyraźniejsze kontury. Z pismem tym w roku 1927 połączyła się „Zeitschrift für Weltpolitik und Weltwirtschaft”. Temu samemu celowi służyły moje prace o „Politische Erdkunde und Geopolitik” oraz dwie inne rozprawy, J. Märza i O. von Niedermayera, opublikowane w „Freie Wege vergleichender Erdkunde”; temu służyła „Bessarabische Frage” C. Uhliga, moja „Geopolitik des Pazifischen Ozeans”, a także badania J. Märza i moje nad stosunkiem „geopolityki i samostanowienia w Azji Południowo-Wschodniej”, których zdolność prognostyczna została chyba w międzyczasie potwierdzona przez dalszy rozwój tamtejszych relacji.

W przeciwieństwie do tego Passarge w ogóle zakwestionował odrębność pacyficznej swoistości form, przejawiającej się w polityce pacyficznych form życia wobec innych przestrzeni na ziemi. Tym samym zakwestionował zresztą również uznany na całym świecie opis dychotomii pacyficznego i atlantyckiego typu wybrzeża, sformułowany przez Sueßa.

Takie przeciwieństwo nie może jednak pozostać bez śladu i bez skutków dla mieszkańców tych obszarów, chyba że zechcemy zaprzeczyć wszelkiemu oddziaływaniu swoistości przestrzeni życiowej na formy życia.

Podobne stanowisko stałoby jednak w takiej sprzeczności z niekwestionowanymi doświadczeniami zarówno całej ludzkości, jak i poszczególnych ludzi, że zapewne tylko bardzo nieliczni gotowi byliby pójść za nauką drogami tak bardzo negującymi.

Znacznie większe jest inne niebezpieczeństwo – podobnie jak wobec faktów, które Hellpach zebrał w swoich „Geopsychische Erscheinungen” – mianowicie to, że na bardzo trzeźwym gruncie faktów geopolityki zostanie nadbudowana nowa geomancja, nowa forma zabobonu. Wtedy nosiciele idei geopolitycznych zostaną prześcignięci przez własnych zwolenników albo przynajmniej popchnięci dalej, niż sami uznają drogi za dostatecznie zbadane i możliwe do przejścia po pewnym gruncie.

Znacznie większe jest inne niebezpieczeństwo – mianowicie to, że na bardzo trzeźwym gruncie faktów geopolityki zostanie nadbudowana nowa geomancja, nowa forma zabobonu

Przyjaznym i pełnym zrozumienia oparciem, zwłaszcza w tym kierunku, był R. Sieger, który swoimi pracami z zakresu geografii politycznej wspierał i wskazywał kierunek nowym drogom. Jego wczesna śmierć jest bolesną stratą dla zachowania czystości idei geopolitycznych.

On, podobnie jak Penck, Volz i ich szkoła, dostrzegał szczególną wartość metod geopolitycznych dla zagrożonych pograniczy i ich wszechstronnego badania, dla utrzymania zagrożonej ziemi narodu i kultury – przy pomocy naukowego przeniknięcia szerszego, niż mogła dać sama geografia polityczna.

Wskazówki dotyczące użyteczności takich metod można znaleźć wielokrotnie u von Loescha w „Volk unter Völkern” i „Staat und Volkstum” albo u Volza w „Westdeutscher und ostdeutscher Volksboden”.

Jeden z zawartych tam artykułów pokazuje, co świadoma polityka ochrony pogranicza może zyskać – zwłaszcza dzięki metodom geopolitycznym. Że powinna posługiwać się przy tym mapami sugestywnymi, które z powodzeniem można stosować także w większych badaniach polityki światowej. Trudny do prześcignięcia dowód tego przynosi rozrachunek, jaki von Loesch przeprowadził z ideą Paneuropy.

Seria niewielkich tomów, które wkrótce ma wydać dr Grabowsky, ma pokazać na przykładzie poszczególnych kręgów zagadnień teoretyczne i praktyczne zastosowanie geopolityki.

Co gospodarka światowa może zyskać od geopolityki, o tym nieco mówi mój wykład o gospodarce światowej i geopolityce, z którego sprawozdanie ukazało się w czasopiśmie Berlińskiego Towarzystwa Gospodarki Światowej.

Granice geopolityki zakreślał wąsko Passarge, nieco szerzej E. Tiessen w pracy „Die Eingrenzung der Geographie”, opublikowanej w „Petermanns Mitteilungen” w roku 1927.

Czym geopolityka może być dla kupca myślącego i przetwarzającego swoje doświadczenia w duchu naukowym próbowałem wykazać w niezwykle bogatym w wartościowe geopolitycznie artykuły „Handwörterbuch des Kaufmanns” Botta, wydanym w Hamburgu, pod hasłem „Geopolitik”.

Ten krótki i bynajmniej niepełny przegląd piśmiennictwa daje pewien punkt oparcia dla zrozumienia, z jakich łatwo dostępnych miejsc i od jakich nazwisk można uchwycić podstawy, istotę i cele geopolityki oraz sens jej nowej nazwy. Nazwa ta nie ma być pustym sloganem, lecz krótkim i trafnym określeniem istniejącej od dawna u politycznie dalekowzrocznych narodów syntezy wszystkich nauk niezbędnych do utrzymania państwa w przestrzeni, a zarazem postulatem stworzenia takiej syntezy tam, gdzie jeszcze jej nie ma.

Nazwa ta nie ma być pustym sloganem, lecz krótkim i trafnym określeniem istniejącej od dawna u politycznie dalekowzrocznych narodów syntezy wszystkich nauk niezbędnych do utrzymania państwa w przestrzeni

Można zapytać: po co w ogóle wybierać nowe słowo? Dlaczego sięgać po pojęcie wywiedzione z obcego zasobu językowego?

Kto stawia takie pytanie, niech najpierw spróbuje znaleźć niemieckie tłumaczenie, które zawierałoby wszystko, absolutnie wszystko, co nazwa „geopolityka” mówi dziś całej ludzkości sama przez się.

Z jednej strony musi ona w jednej sylabie oddać związany z ziemią, zakorzeniony, niemal fatalistyczny rys hellenistycznej Gai wraz z jej mistyczną świętością – tej pramatki ziemi, która obejmuje także chińską „zasadę ziemi” (yin, przeciwstawione zasadzie nieba – yang).

Z drugiej strony musi zawierać polityczną wolę mocy zawartą w słowie „polityka”, rozumianym w szerokim sensie, jaki nadawał mu choćby Alfred Weber: jako walkę o utrzymanie, przekształcanie i zdobywanie władzy na powierzchni ziemi.

A wykształcony humanistycznie człowiek i tak dopowiada sobie jeszcze obok słowa „polityka” niewypowiedziane słowo „techne” – polityczną sztukę.

Przedrostek „geo” mówi sam przez się, że sztuce tej należy dostarczyć wszystkiego, co dzięki wiedzy o ziemi i gruncie może zostać przygotowane jako umiejętność praktyczna i naukowa – nie tylko samej wiedzy z zakresu geografii politycznej – tak, aby mogła obrać właściwą drogę ku stworzeniu swojego politycznego dzieła przestrzennego, wychodząc od ostatniego, najbardziej skrajnego punktu, który nauka potrafi jeszcze pewnie uzasadnić.

Już sama nazwa mówi więc, że geopolityka ma za zadanie przygotować dla sztuki politycznej wszystko to, co jest potrzebne do możliwie rozumnej realizacji potęgi w przestrzeni, i podać to w formie możliwej do bezpośredniego użycia.

Geopolityka ma za zadanie przygotować dla sztuki politycznej wszystko to, co jest potrzebne do możliwie rozumnej realizacji potęgi w przestrzeni, i podać to w formie możliwej do bezpośredniego użycia

Z tego wynika również, że musi ona wyrastać z dużo szerszej podstawy niż sama – choć dostarczająca rzeczy najważniejszych – geografia polityczna.

Nauki o państwie i ekonomia, nauki społeczne i demografia – w takim sensie, w jakim uprawiają je Carr-Saunders, Jean Brunhes, Albrecht Penck czy Camille Vallaux – dalej „scientific politics” Stanów Zjednoczonych, doświadczenia historii, prawa narodów i prawa państwowego, a dopiero później samej jurysprudencji: wszystkie te dziedziny muszą współtworzyć budowlę, która nie służy jedynie zachowaniu przeszłości, jak czyni to wiele dzieł geografii politycznej i historii, lecz ma nieść przyszłość i umożliwiać jej kształtowanie.

Dla tych potrzeb – i oczywiście, jak domagał się już Sieger, wraz z odwagą prognozowania – musi zostać skonstruowana naukowa podstawa geopolityki.

Wymaga to niezwykle starannej i wszechstronnej umiejętności konstruowania.

Dlatego też do samodzielnych, twórczych osiągnięć w tej dziedzinie zdolny będzie z reguły tylko taki intelektualista, który nie tylko zdobył wszechstronne podstawy teoretyczne, lecz poza własną formą życia i jej sąsiednimi przestrzeniami zna z własnego doświadczenia przynajmniej jeszcze jeden, najlepiej przeciwstawny obszar.

Zwłaszcza dychotomia między kontynentalnym a oceanicznym określeniem przestrzeni życiowej, potęgi lub wspólnoty narodowej – które Ratzel uważał za największe przeciwieństwo, o jakim w ogóle można wypowiedzieć się w sensie antropogeograficznym – nie może odgrywać żadnej roli jako świadome lub nieświadome uprzedzenie w edukacji geopolitycznej.

Wszystkie wielkie siły kształtujące geograficznie uchwytne losy ludzi i narodów – morza i wyżyny śródlądowe, góry, kotliny, doliny rzek i rozległe równiny przybrzeżne, lasy i bagna, stepy i pustynie – muszą być znane człowiekowi posiadającemu pewny osąd geopolityczny – zarówno w ich fizycznej swoistości, jak i w ich wpływie na człowieka.

Już Karol V mówił, że każdy język, którego się nauczył, dał mu nowe życie. Powinniśmy więc pójść jeszcze dalej i uznać, że typowy dla naszego śródziemnomorskiego kręgu kulturowego poziom wykształcenia językowego nie wystarcza dla osiągnięcia pewnego osądu geopolitycznego. Konieczny byłby przynajmniej wgląd w języki i sposób myślenia wielkich narodów słowiańskich, ludów uraloałtajskich, ludów Indii i Azji Wschodniej.

Aby nie być skazanym wyłącznie na utrwaloną w książkach – a więc zawsze opóźnioną o trzy do pięciu lat – statykę wielkich przestrzeni politycznych, lecz by pojąć również ich dynamikę, praktyczna działalność geopolityczna wymaga stałego kontaktu z gazetami i czasopismami, z aktualną mapą, codziennym serwisem informacyjnym i polityczną karykaturą świata. Wymaga to co najmniej zdolności dobrego dziennikarza, rozumiejącego wymogi chwili, połączonej z powagą uczonego i jego zdolnością odróżniania wartości trwałych od przemijających. Do tego musiałaby dojść pewna płynność stylu, gdy celem jest oddziaływanie na masy. Naukowa geopolityka może być miejscami trudna w lekturze, szczególnie gdy musi ścieśniać treść wielu stron do kilku wierszy i posługiwać się telegraficznym stylem. Nigdy jednak nie może być tak nudna jak czysto naukowe książki, bo w przeciwnym razie nie dotrze do ludzi władzy i tym samym nie przyciągnie tych, od których zależy jej praktyczne zastosowanie. Być może nic nie zużywa człowieka tak szybko jak intensywna działalność geopolityczna – ale też nic nie wynagradza równie silnie. Geopolityka bardziej niż jakakolwiek inna nauka stawia swoich adeptów i mistrzów przed nieosłoniętym, monumentalnym widokiem działającego losu, którego straszliwa powaga odstrasza wielu ludzi.

Praktyczna działalność geopolityczna wymaga stałego kontaktu z gazetami i czasopismami, z aktualną mapą, codziennym serwisem informacyjnym i polityczną karykaturą świata

Poznanie istoty potęgi nie musi jednak prowadzić – nawet w duchu Machiavellego – do cynicznego nadużywania jej dla własnych celów ani do przekonania, że sama potęga jest czymś złym. Jest ona jedynie – jak słusznie pisał Voßler – czymś przerażająco ostrym, jak gotowa do strzału mina albo japoński miecz obosieczny, naostrzony jak brzytwa – który w nieprzygotowanych i źle wychowanych rękach bardzo łatwo może stać się narzędziem zła.

Właśnie dlatego domagamy się miejsca dla geopolityki w wychowaniu każdego, kto na politycznie odpowiedzialnym stanowisku może przynieść pożytek lub szkodę własnej albo obcej formie życia. I dlatego domagamy się, aby geografia i historia były w szkołach pielęgnowane w zupełnie innym stopniu niż dotychczas – jako warunek późniejszego rozumienia geopolitycznego.

Takie żądanie jest jednak w pełni uzasadnione, jeśli spojrzymy na doniosłość celów, ku którym geopolityka chce prowadzić ludzkość. Cele te oznaczają bowiem ni mniej, ni więcej, jak dążenie do sprawiedliwego podziału przestrzeni życiowej na ziemi: podziału zdolnego – w perspektywie najwyżej trzystu lat – stawić czoła straszliwemu niebezpieczeństwu przeludnienia planety, poprzez bezsporne odwołanie się do rozumu narodów na polu kultury, władzy i gospodarki.

Przeciwstawiają się temu jednak wszystkie te siły, które mają interes w utrzymaniu absurdalnych dysproporcji w zagęszczeniu ludności, albo w zniewoleniu narodów skrępowanych w swobodzie ruchu w jednych częściach świata – a zarazem egoistycznym zamykaniu rozległych, głodnych ludzi rezerw ziemi w innych miejscach. Przede wszystkim są to przedstawiciele dawnego kolonialnego aparatu siły i przemocy – bez względu na to, czy bardziej opierają się oni na czystej dominacji politycznej, czy na przymusie gospodarczym.

Przeciwstawiają się temu jednak wszystkie te siły, które mają interes w utrzymaniu absurdalnych dysproporcji w zagęszczeniu ludności

W argumentacji najpotężniejszą bronią geopolityki są dane dotyczące gęstości zaludnienia w poszczególnych miejscach – liczba mieszkańców przypadających na kilometr kwadratowy ziemi.

Liczby te nie mówią jedynie, gdzie na ziemi panuje nieznośny ścisk ludności, ciasnota przestrzeni i przeludnienie obejmujące więcej ludzi, niż jest w stanie wyżywić nawet najbogatsza gleba – jak w Lombardii (602), na japońskich wybrzeżach (od 1600 do 200), w Zagłębiu Ruhry (800), Saksonii (330) czy Nadrenii (między 300 a 200 na km²).

Pokazują one również z bezlitosną wyrazistością, gdzie gospodarz nie potrafi rozwinąć swojego rozległego, pustego kraju i gdzie – wcześniej czy później – konieczność sprowadzi na te ziemie głodnych ludzi, jeśli gospodarz nie dojdzie z nimi do porozumienia – jak w Australii z mniej niż jednym mieszkańcem na kilometr kwadratowy czy w pacyficznych obszarach Ameryki z liczbą od jednego do najwyżej dwudziestu pięciu, czy w krajach nad Amurem z liczbą znacznie poniżej jednego mieszkańca.

Liczby te oskarżają. Ujawniają, gdzie „również dzieje się to, co wydarzyło się dawno temu, bo winnica Nabota już istniała!”. Pokazują one, że to czysta żądza potęgi popchnęła Australię ku niemieckim wyspom południowego Pacyfiku, a Nową Zelandię ku Samoa. Pokazują, która rasa potrafiła w ciągu jednego pokolenia wypełnić Mandżurię kipiącą energią trzydziestu trzech milionów ludzi, i która inna utrzymywała tam jedynie nieliczną warstwę panów, która niemal całkowicie zniknęła kilka lat po załamaniu się ich władzy.

To czysta żądza potęgi popchnęła Australię ku niemieckim wyspom południowego Pacyfiku, a Nową Zelandię ku Samoa

Tą właśnie bronią, według metod geopolitycznych, od wielu lat – od czasu wielkiego przemówienia hrabiego Komury o przestrzeni życiowej rasy japońskiej – walczy wytrwale Cesarstwo Japonii. Według tych samych zasad działa od niedawna, lecz nie mniej zręcznie, dyktator przeludnionych Włoch. I tą właśnie bronią, która mogła tak potężnie przemawiać na rzecz obronnego charakteru wojny prowadzonej przez Europę Środkową z czystej konieczności samoobrony – u nas, z powodu braku geopolitycznej świadomości, posługiwano się zbyt słabo. Przede wszystkim nie pokazano jej własnemu narodowi. Należało stale pokazywać mu mapę świata, a nie jedynie mapę wojenną Europy Środkowej, aby zrozumiał ogrom swojego zagrożenia i straszliwie konkretny charakter desperackiej walki o minimalną przestrzeń życiową na ziemi – walki o samo istnienie, przed którą nie ma ucieczki w żadną ideologię. I to robotnicy, o których przestrzeń życiową i możliwość oddychania chodziło przede wszystkim, mogli i powinni byli jako pierwsi spojrzeć tym geopolitycznym faktom w twarz. Tak jak czynią to dziś Winnig i niektórzy młodzi socjaliści.

Ich poczucie sprawiedliwości, buntujące się przeciw gwałtowi wobec małego państwa, powinno również zrozumieć, że nic zgodnego z prawem nie dzieje się tam, gdzie jak u nas 133 ludzi musi tłoczyć się na jednym północnoalpejskim kilometrze kwadratowym, niezdolnym do ich wyżywienia – podczas gdy w imperiach kolonialnych jedynie 7, 9, 15, 23 czy 25 ludzi czerpie utrzymanie z ziem znacznie bogatszych – jak w imperium belgijskim, francuskim, holenderskim czy brytyjskim – i to jeszcze przy przestrzeni życiowej przeciętej liniami komunikacyjnymi i pozbawionej najlepszych źródeł surowców.

Tak rozumiana geopolityka jest jednym z najpotężniejszych narzędzi w walce o sprawiedliwy podział przestrzeni życiowej i oddechowej na ziemi – według zdolności narodów do pracy i tworzenia kultury, a nie według dyktatu przemocy, narzuconego przez zręcznie zorganizowany kartel utrzymujący niesprawiedliwy podział przestrzeni na świecie – zdobyty i utrwalony jedynie przy pomocy wojen i przemocy.

Geopolityka pokazuje przede wszystkim, że nawet zgodnie z zasadami najwyższej demokracji – z których wywiedziono niegdyś tak nadużywane hasło wyzwolenia i samostanowienia małych i wielkich narodów, choć dziś wielu chętnie by je wycofało – nie może istnieć żadne prawo pozwalające garstce niezwykle bogatych ludzi z imperiów kolonialnych odmawiać samostanowienia 950 milionom mieszkańców krajów monsunowych, ponad siedemdziesięciu milionom Niemców oraz wielu milionom innych uciskanych mniejszości w Europie Pośredniej, na Bliskim Wschodzie i w Ameryce Łacińskiej. Gdyby głosowano tutaj według parytetu myślących głów i pracujących rąk – co przecież ostatecznie stanowi istotę demokratycznej mądrości – powstałoby zupełnie inne prawo niż to, wyłudzone w Genewie.

Gdyby głosowano tutaj według parytetu myślących głów i pracujących rąk, powstałoby zupełnie inne prawo niż to, wyłudzone w Genewie

To geopolityka ujawnia pochód tego tłumionego prawa natury, które dziś najwyraźniej dochodzi do świadomości w południowych Chinach, ale już wprawia w niespokojny ruch cały ogromny, liczący 20,5 miliona kilometrów kwadratowych obszar krajów monsunowych. Dlatego uprawianie geopolityki bez uprzedzeń byłoby tak potrzebne, ale i tak pocieszające – właśnie dla Europy Środkowej, ponieważ odsłania jej przemożną liczbę towarzyszy losu na drodze powrotu ku wolności.

To, o czym była mowa wcześniej, jest wielkim i odległym celem ostatecznym. Samo jasne ukazanie tego celu pozwoliłoby osiągnąć przynajmniej jedno: stworzyć wewnątrz Europy Środkowej pewną ponadpartyjną wspólnotę wszystkich politycznych dążeń, które można dostrzec jedynie w jego świetle – wspólnotę w największych i ostatecznych kwestiach przestrzeni polityki zagranicznej, na przykład w pytaniu o dalsze istnienie albo karłowacenie naszego narodu.

Sytuacja jest bowiem wystarczająco poważna wobec niesamowitego przyspieszenia dynamiki geopolitycznej, szczególnie w kwestiach podziału przestrzeni planety. Imperium brytyjskie widzi to co najmniej z pełną powagą – o czym świadczy jego nowa organizacja – podobnie widzą to Japonia i Stany Zjednoczone, a na swój sposób także Sowiety. Zwłaszcza polityka azjatycka Sowietów dowodzi, że rozumieją geopolityczny sposób działania. Ich rocznik „Nowyj Wostok” oraz niewielkie podręczniki poświęcone politycznie ważnym dla nich przestrzeniom są często prawdziwymi arcydziełami piśmiennictwa geopolitycznego. Brytyjczycy stworzyli natomiast praktyczny podręcznik geopolityki dla laików w postaci „Geography and World-Power” Fairgrieve’a: prosty, szorstko generalizujący; taki, jaki Anglosasi lubią, gdy chcą poruszyć masy – i właśnie dlatego skuteczny oraz adekwatny do swoich celów.

W tym miejscu stajemy na rozdrożu dróg, które – zgodnie z odmiennością krajobrazów – prowadzą z różnych przestrzeni politycznych – zarówno przywódców, jak i prowadzone przez nich masy – ku ostatecznym celom geopolityki. Na początku niemal wszędzie spotykamy swoistą dla danego kraju, lecz jako całość powszechną, próbę „ugeopolitycznienia” cennych treści geografii politycznej. Jednak w przedstawianej formie pozostają one najczęściej niestrawne i nieprzyswajalne dla mas, które przecież dopiero mają zostać upolitycznione. Dlatego dla wszystkiego, co naucza i prowadzi masy politycznie w sposób naukowy, niemal nieuniknione staje się rozgraniczenie między geografią polityczną a geopolityką – czy to w teorii, czy na konkretnych przykładach praktycznych.

Takie teoretyczne rozgraniczenie najłatwiej przeprowadzić, zestawiając jedną z wyżej wspomnianych prac geopolitycznych z dziełem z zakresu geografii politycznej – na przykład nowe wydanie „Politische Geographie” Ratzla albo Maulla, „Methode der Geographie als Wissenschaft” Brauna z jej znakomitym przeglądem literatury, „Krise des modernen Staatsgedankens in Europa” Alfreda Webera czy prace Siegera, Dixa albo Wütschkego.

Różnicę między mapą czysto naukową i obiektywną a mapą sugestywną, podporządkowaną określonemu celowi, pokazują choćby mój artykuł „Die suggestive Karte” opublikowany w „Grenzboten” w roku 1922, rozprawa J. Märza „Die Landkarte als politisches Propagandamittel” z roku 1921 czy „On Maps” Roberta Louisa Stevensona – pochwała tego, czym mapa może być dla człowieka obdarzonego wyobraźnią. Od problemów znanych nam z Europy Środkowej do ogólniejszego spojrzenia geopolitycznego prowadzi między innymi analiza problemu trzech rzek Europy Środkowej u Kjelléna – Renu, Dunaju i Wisły – zawarta w „Studien zur Weltkrise”. Ponieważ w Europie Środkowej niemal wszędzie napotykamy problemy określane przez rzeki, otwiera się stąd droga do kompleksu Mitteleuropy i Paneuropy, o którym fascynujące dyskusje prowadzili Partsch i Naumann, Mackinder i Chéradame, Wentzke i Keyser, Coudenhove-Kalergi, Spahn oraz von Loesch. Znajdują się one przede wszystkim w „Volk unter Völkern”, gdzie opublikowałem również własne studium „Die geopolitische Betrachtung grenzdeutscher Probleme”, oraz w „Staat und Volkstum”, zawierającym błyskotliwą analizę Paneuropy autorstwa K.C. von Loescha.

Ponieważ w Europie Środkowej niemal wszędzie napotykamy problemy określane przez rzeki, otwiera się stąd droga do kompleksu Mitteleuropy i Paneuropy

Istnieje jednak także zupełnie inna droga prowadząca ku poznaniu – droga wychodząca z przeciwieństwa. Punktem wyjścia jest tu założenie, że my, Niemcy i mieszkańcy Europy Środkowej, niezależnie od tego, czy chcemy to przyznać, jesteśmy w przeważającej mierze ukształtowani kontynentalnie. Zdradza to już nasza flora, przewaga elementu pontyjskiego nad atlantyckim, nawet gdyby Tirpitz nie zarzucał nam, że nie rozumiemy morza. A morze rzeczywiście niełatwo zrozumieć. Nawet mieszkańcowi wybrzeża i żeglarzowi ma ono wiele do powiedzenia, co pojmuje on bardzo powoli.

Poszukując na drodze poznania geopolitycznego, należałoby więc wyjść od wspomnianej już dychotomii oceaniczno-kontynentalnej i spróbować najpierw zrozumieć obcą nam przestrzennie i formalnie formę życia państw wyspiarskich – tych potęg i organizmów naukowych obejmujących morza. Pomagają nam w tym dwie niezwykle błyskotliwe prace. Jedna należy do Brytyjczyka Mackindera i – z punktu widzenia człowieka wyspiarskiego, oceanicznego – próbuje oddać sprawiedliwość wielkim kontynentalnym potęgom stepowym: „The Geographical Pivot of History”. Druga to „Inselvölker und Inselstaaten” Friedricha Ratzla. Ratzel z kolei próbuje – z perspektywy człowieka kontynentu – zainspirowany szybkością przemiany energii potencjalnej w kinetyczną w Cesarstwie Japonii – oddać sprawiedliwość państwom wyspiarskim.

W zestawieniu tych dwóch wielkich prac widzimy więc światotwórcze przeciwieństwo doprowadzone do najwyższego wyrafinowania i niemal przesadnej czułości percepcji – przez ludzi o niezwykle subtelnej wrażliwości i najwyższej randze naukowej. Przeciwieństwo to zostało przez nich niemal całkowicie odsłonięte – by nie powiedzieć – wypreparowane.

„Być szeroko otwartym na wszelkie impulsy i wrażenia, a zarazem zdolnym bezpiecznie je przetwarzać pod ochroną zwartej osobowości – oto gwarancja wzrostu form życia ku najwyższemu spełnieniu”. Tymi słowami Ratzel daje wręcz hasło przewodnie dla porównania szczególnego uprzywilejowania geopolitycznego wielkich państw wyspiarskich, takich jak Ateny i Wenecja w przeszłości oraz Anglia i Japonia współcześnie. Tam właśnie, gdzie położenie i przestrzeń pozwalają na takie warunki, powstaje optimum rozwoju, rzadko osiągalne dla innych obszarów przejściowych o mniej sprzyjającej sytuacji geopolitycznej. Ukazuje się nam „właściwe prawo panowania nad morzem”: wielka potęga oddziałująca z niewielkiej przestrzeni, zdolna do osiągania natychmiastowych i dalekosiężnych skutków, lecz zarazem zależna od pojedynczych wielkich rozstrzygnięć. Z tego wynika również konieczność szukania wobec potęg wyspiarskich takich właśnie rozstrzygnięć, a nie gromadzenia flot niczym skarbca.

„Szeroka przestrzeń podtrzymuje życie” – jak monumentalnie wyrasta to rozpoznanie z porównań zawartych w drugim tomie „Die Erde und das Leben” Ratzla, ale zarazem jak straszliwie ono brzmi dla wielkiego narodu stłoczonego w zbyt ciasnej przestrzeni niczym dzwon pogrzebowy.

Wyspiarska ciasnota przestrzeni uczy zupełnie innego rozumienia przestrzeni niż jej kontynentalne marnotrawstwo, takie jakie praktykowała dawna Rosja carska mimo swojej żądzy ekspansji. Z niezwykłą zdolnością prognozy, dzięki której już w roku 1904 przewidywał konsekwencje przyszłej wojny światowej, Mackinder przeciwstawia oceaniczne potęgi zewnętrznego półksiężyca starego świata – Imperium Brytyjskie, Japonię i Stany Zjednoczone – centralnemu punktowi historii znajdującemu się w kontynentalnym imperium stepowym: niegdyś Mongołów, potem carów, dziś Sowietów. Między nimi, rozdzierane przez obu „rabusiów lądu i morza”, znajdują się państwa przejściowe wewnętrznego półksiężyca: Europa Środkowa, Bliski Wschód, Indie i Chiny. W Azji Wschodniej mamy jednak czysty geopolityczny rozdział między kontynentalnymi Chinami a wyspiarską Japonią poprzez korytarz mórz przybrzeżnych oraz fakt geopolityczny, że przez dwa i pół tysiąca lat sąsiedztwa państwa te prowadziły ze sobą wojnę jedynie trzy razy. Naprzeciw temu stoi zagmatwany problem środkowoeuropejski, gdzie na przykład Czechy i Bawaria stanowią kontynentalne gabinetowe części wielkiej niemieckiej przestrzeni życiowej, lecz niestety jedna z nich jest chronioną kotliną – „twierdzą leśną” – podczas gdy druga stanowi przedalpejski teren przemarszu.

Wyspiarska ciasnota przestrzeni uczy zupełnie innego rozumienia przestrzeni niż jej kontynentalne marnotrawstwo

Pouczające jest także to, że wszyscy wielcy autorzy utopii politycznych światowej literatury wyobrażali sobie swoje idealne państwa jako państwa wyspiarskie: Platon w Atlantydzie, Bacon, Campanella w „Civitas Solis”, autor „Insel Felsenburg”, Swift…

Wiara, że właśnie w państwie archipelagowym można najlepiej badać naturę państwa idealnego, zaprowadziła również mnie samego do Japonii, co stało się źródłem wszystkiego, co o niej napisałem, gdy obserwowałem Japonię na jej rozdwojonej drodze: od kultury samowystarczalnej – ku ekspansywnemu państwu przemysłowemu.

Stamtąd prowadziła już naturalna droga ku geopolityce krajów monsunowych i Oceanu Spokojnego, na której zetknąłem się z tak fascynującymi zjawiskami jak „Futurism of Young Asia” Benoya Kumara Sarkara, „Democracies of the East” Radhakamala Mukerjee oraz „New World of Islam” L. Stoddarda, a także z pracą von Boeckmanna o „Kulturreich der Meere”, która od strony nauk o kulturze wyciąga rękę ku geopolityce. Właśnie próba wyznaczenia pola badawczego geopolityki i dania choćby pobieżnego przeglądu – pokazuje całą kipiącą siłę ludzkiego przeobrażania potęgi w przestrzeni. Próba objęcia tak demonicznego pola sił spojrzeniem z jednego centrum dowodzenia – jak z dyspozytorni wielkiego dworca albo pulpitu dobrze zorganizowanej elektrowni – wydaje się niemal kpiną z samej idei ograniczenia i kontroli. A jednak ludzkość będzie musiała podjąć tę próbę, jeśli w niedalekiej przyszłości nie chce popaść w walkę o byt, o przestrzeń życiową, o miejsce do oddychania i o szerokość łokcia – walkę, której nikt z nas nie chciałby dożyć ani pozostawić jej w spadku swoim wnukom.

Wszyscy wielcy autorzy utopii politycznych światowej literatury wyobrażali sobie swoje idealne państwa jako państwa wyspiarskie

Oczywiście tylko pewna część – trzeźwo licząc może około dwudziestu pięciu procent – daje się w toku ruchu dziejowego wydobyć z ludzkiej samowoli i głupoty jako geopolityczna prawda, a może nawet jako prawo wynikające z cech uwarunkowanych przez ziemię i przestrzeń.

Ale czy ta jedna czwarta naukowej jasności w chaosie polityki nie jest warta pracy, którą trzeba na nią poświęcić?

Jeżeli w całości – skądinąd nieobliczalnej – choćby tylko pewien fragment można uczynić przedmiotem naukowego poznania i częściowego przewidywania, to z pewnością warto badać ten fragment bardziej systematycznie i planowo, niż czyniła to dotąd ludzkość, a zwłaszcza jej przywódcy polityczni.

Jeśli uznamy to bardzo skromne żądanie zdrowego rozsądku, uznamy tym samym również prawo geopolityki do istnienia.

Krzysztof Zmyśliński – Kilka słów o kopaniu tunelu łyżeczką

Haushofer sprawia, że praca tłumacza staje się prawdziwą orką, ale efekt końcowy potrafi tę pracę wynagrodzić. I jest to trudność bardzo specyficznie niemiecka. Nie chodzi wyłącznie o słownictwo. Haushofer pisze językiem przeładowanym abstrakcją, z gigantycznymi zdaniami piętrowymi, pełnym nominalizacji, stale przechodzącym od nauki do retoryki i dodatkowo obciążonym obsesją syntezy wszystkiego ze wszystkim. Momentami brzmi jednocześnie jak profesor geografii, sztabowiec, filozof historii, publicysta i państwowy kaznodzieja.

Haushofer nie argumentuje spokojnie – on ostrzega, mobilizuje, dramatyzuje i buduje poczucie historycznej konieczności

Najbardziej męczące są chyba trzy rzeczy. Po pierwsze: zdania budowane spiralnie. Haushofer zaczyna od jednej myśli, po czym dopowiada wyjątek, robi ideowy nawias, wraca do poprzedniego wątku, dodaje historyczny przykład i kończy zdanie pół strony później. To bardzo charakterystyczne dla niemieckiej eseistyki akademickiej okresu międzywojennego. Po drugie: nieustanne „rzeczownikowanie” świata. Nie pisze: „państwo działa”, lecz raczej: „urzeczywistnienie politycznej formy życia w przestrzeni”. Wszystko zamienia się w abstrakcyjne konstrukcje: Lebensraum, Lebensform, Raumgestaltung, Machtverwirklichung, geopolitische Arbeitsweise. Tłumacz musi więc stale wybierać między zachowaniem terminologii a odzyskaniem sensu po polsku. Po trzecie wreszcie: retoryka katastrofy. Haushofer nie argumentuje spokojnie – on ostrzega, mobilizuje, dramatyzuje i buduje poczucie historycznej konieczności.

Właśnie to sprawia, że tekst jest intelektualnie fascynujący, ale stylistycznie bardzo ciężki. Uczciwie mówiąc, jest to jednak chyba jeden z najlepszych tekstów Haushofera do przekładu. Pozostaje jeszcze myślowo żywy, mocno osadzony w Ratzlu i Kjellénie, pełen realnych idei – i nie popada jeszcze w późniejszy, toporny język quasi-propagandowy.

Późny Haushofer bywa już po prostu nieznośny.


Trump w Pekinie i nowa odsłona rywalizacji USA–Chiny | Niezbędnik Zagraniczny NK 8–15 maja 2026

Wizyta prezydenta USA Donalda Trumpa w Pekinie stała się jednym z najważniejszych wydarzeń międzynarodowych ostatnich miesięcy. Pierwsza podróż Trumpa do Chin od 2017 roku odbywa się w momencie wyjątkowo napiętej sytuacji geopolitycznej: trwającej wojny USA i Izraela z Iranem, sporów handlowych między Waszyngtonem a Pekinem oraz rosnących napięć wokół Tajwanu. Rozmowy z przywódcą Chin Xi Jinpingiem pokazały jednocześnie skalę wzajemnych zależności obu mocarstw oraz głębokie różnice strategiczne.

Jednym z kluczowych tematów spotkania była sytuacja na Bliskim Wschodzie. Trump ujawnił w wywiadzie dla Fox News, że Xi zaoferował pomoc w zakończeniu konfliktu z Iranem. Według amerykańskiego prezydenta chiński przywódca zadeklarował również, że Pekin nie będzie dostarczał Iranowi broni. Deklaracja ta ma duże znaczenie polityczne, ponieważ Chiny pozostają jednym z głównych odbiorców irańskiej ropy i utrzymują z Teheranem bliskie relacje gospodarcze.

Trump ujawnił w wywiadzie dla Fox News, że Xi zaoferował pomoc w zakończeniu konfliktu z Iranem

Istotnym elementem rozmów była także kwestia cieśniny Ormuz. Po irańskiej blokadzie akwenu, będącej odpowiedzią na działania militarne USA i Izraela, zarówno Waszyngton, jak i Pekin podkreśliły konieczność utrzymania swobodnego przepływu ropy i gazu. Wspólne stanowisko Trumpa i Xi w tej sprawie pokazuje, że mimo rywalizacji oba państwa są zainteresowane stabilnością światowych rynków energetycznych.

Równolegle do rozmów o Iranie coraz większe emocje budzi kwestia Tajwanu. Xi Jinping określił ją jako „najważniejszą sprawę” w relacjach chińsko-amerykańskich i ostrzegł, że niewłaściwe podejście może doprowadzić nawet do konfliktu między mocarstwami. Pekin konsekwentnie uznaje demokratycznie rządzony Tajwan za część Chińskiej Republiki Ludowej i nie wyklucza użycia siły w celu podporządkowania wyspy.

Stanowisko Stanów Zjednoczonych próbował tonować sekretarz stanu Marco Rubio, który zapewnił, że polityka USA wobec Tajwanu pozostaje niezmienna. Rubio podkreślił jednak, że ewentualna próba siłowego przejęcia wyspy byłaby „okropnym błędem” i zagroziłaby stabilności całego regionu Indo-Pacyfiku. Jednocześnie przypomniał o rekordowym amerykańskim pakiecie uzbrojenia dla Tajwanu, którego wartość przekracza 11 miliardów dolarów.

Rubio podkreślił jednak, że ewentualna próba siłowego przejęcia wyspy byłaby „okropnym błędem” i zagroziłaby stabilności całego regionu Indo-Pacyfiku

Ważnym kontekstem wizyty pozostają również relacje gospodarcze. Xi Jinping przekonywał, że „w wojnach handlowych nie ma zwycięzców”, apelując o stabilizację stosunków ekonomicznych. W Pekinie obecni byli przedstawiciele największych amerykańskich koncernów, takich jak m.in.: Apple, Tesla, Meta, NVIDIA czy Boeing.

Wizyta Trumpa w Chinach unaoczniła, że relacje amerykańsko-chińskie weszły w nową fazę – jednoczesnej współpracy i strategicznej rywalizacji. Oba państwa próbują znaleźć wspólny język w kwestiach globalnego bezpieczeństwa i handlu, ale równocześnie pozostają po przeciwnych stronach w sprawach takich jak Tajwan czy dominacja technologiczna. Od wyniku tego dialogu zależeć może nie tylko przyszłość relacji Waszyngtonu i Pekinu, lecz także stabilność całego ładu międzynarodowego.

Niepewność wokół obecności wojsk USA w Europie i Polsce. Decyzja sekretarza obrony USA Pete’a Hegsetha o wstrzymaniu planowanej rotacji amerykańskiej brygady pancernej do Polski wywołała niepokój zarówno w Europie, jak i w samych Stanach Zjednoczonych. Według doniesień CNN ruch ten ma być częścią szerszego planu ograniczania obecności wojsk USA w Europie, realizowanego przez administrację prezydenta Donalda Trumpa.

Wstrzymana została m.in. rotacja brygady pancernej, której część żołnierzy znajdowała się już w drodze do Europy i ma teraz wrócić do Teksasu. Dodatkowo Pentagon miał anulować wcześniejsze plany stałego rozmieszczenia w Niemczech batalionu artylerii dalekiego zasięgu wyposażonego m.in. w pociski Tomahawk. Według źródeł amerykańskich mediów decyzje te wpisują się w strategię zmniejszania liczebności sił USA na kontynencie europejskim do poziomu sprzed rosyjskiej inwazji na Ukrainę z 2022 roku.

Wstrzymana została m.in. rotacja brygady pancernej, której część żołnierzy znajdowała się już w drodze do Europy i ma teraz wrócić do Teksasu

Tłem decyzji mają być napięcia między administracją Trumpa a europejskimi sojusznikami. Według CNN wewnętrzne dokumenty Pentagonu wskazują na frustrację Waszyngtonu wobec postawy części państw europejskich w kontekście wojny z Iranem oraz krytycznych wypowiedzi pod adresem USA. Szczególnie negatywnie odebrane miały zostać słowa niemieckiego kanclerza Friedricha Merza.

Doniesienia wywołały zaskoczenie również w amerykańskim Kongresie. Przewodniczący senackiej komisji sił zbrojnych Roger Wicker zapowiedział, że będzie domagał się od Pentagonu pełnych wyjaśnień. Senator podkreślał wcześniej znaczenie obecności amerykańskich wojsk na wschodniej flance NATO jako elementu odstraszania Rosji. Krytycznie do planów redukcji sił odniosła się także senator Tammy Duckworth, która oceniła, że ograniczanie obecności wojskowej mogłoby zostać odebrane jako osłabienie wsparcia dla sojuszników.

Sytuacja budzi szczególne zainteresowanie w Polsce, gdzie po 2022 roku liczebność amerykańskiego kontyngentu wzrosła z około 5 do 10 tysięcy żołnierzy. Polski rząd stara się jednak tonować nastroje. Wicepremier i minister obrony Władysław Kosiniak-Kamysz zapewnił, że obecny poziom sił USA w Polsce nie uległ zmianie, a reorganizacja może dotyczyć jedynie sposobu rozmieszczania poszczególnych jednostek.

Wojna z Iranem i kryzys energetyczny dominują obrady BRICS. Spotkanie ministrów spraw zagranicznych państw BRICS w Nowym Delhi odbywa się w cieniu wojny wokół Iranu i narastającego kryzysu energetycznego. Szef indyjskiej dyplomacji Subrahmanyam Jaishankar ostrzegł podczas obrad przed „znacznymi wahaniami”, które zwiększają niepewność gospodarczą i destabilizują światowe rynki paliwowe.

Grupa BRICS, zrzeszająca obecnie m.in. Chiny, Rosję, Indie, Iran, Arabie Saudyjską oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie, coraz wyraźniej próbuje budować alternatywne centrum wpływów wobec państw zachodnich. Tegoroczne rozmowy pokazują jednak, że wewnątrz ugrupowania istnieją poważne podziały polityczne i strategiczne.

Tegoroczne rozmowy pokazują jednak, że wewnątrz ugrupowania istnieją poważne podziały polityczne i strategiczne

Największe napięcia pojawiły się między Iranem a Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi. Minister spraw zagranicznych Iranu Abbas Aragczi oskarżył ZEA o bezpośredni udział w działaniach militarnych przeciwko Teheranowi podczas wojny prowadzonej przez  przeciw Iranowi przez USA i Izrael. Według irańskich mediów Aragczi zarzucił władzom Emiratów współpracę z Izraelem i brak potępienia amerykańsko-izraelskich ataków.

Spór wpisuje się w szerszy kontekst konfliktu rozpoczętego 28 lutego, kiedy Stany Zjednoczone i Izrael przeprowadziły uderzenia na cele w Iranie. Teheran odpowiedział atakami rakietowymi i dronowymi wymierzonymi w Izrael, amerykańskie bazy wojskowe oraz infrastrukturę w państwach regionu. Szczególnie mocno ucierpiały Zjednoczone Emiraty Arabskie, które według własnych danych stały się celem setek irańskich pocisków i dronów.

Choć od 8 kwietnia obowiązuje zawieszenie broni, sytuacja pozostaje bardzo niestabilna. Prezydent USA Donald Trump określił rozejm jako „niesamowicie słaby” i zasugerował możliwość wznowienia działań wojennych. Niepewność wokół konfliktu wpływa bezpośrednio na światowe ceny ropy i bezpieczeństwo energetyczne wielu państw.

Szczególnie widoczne jest to w przypadku Indii, które zwróciły się do Stanów Zjednoczonych z prośbą o przedłużenie zawieszenia sankcji na rosyjską ropę. Według doniesień agencji Bloomberg Delhi obawia się destabilizacji rynku paliwowego i wzrostu cen energii w sytuacji przedłużającej się wojny na Bliskim Wschodzie. Indie pozostają obecnie jednym z największych importerów rosyjskiej ropy, a dostawy z Rosji mają kluczowe znaczenie dla stabilności gospodarczej kraju.

Obrady BRICS pokazują, że konflikt wokół Iranu wykracza daleko poza wymiar militarny i staje się jednym z najważniejszych czynników wpływających na światową gospodarkę. Kryzys energetyczny, napięcia geopolityczne oraz rywalizacja o wpływy na Bliskim Wschodzie coraz silniej oddziałują zarówno na państwa zachodnie, jak i kraje rozwijające się skupione wokół BRICS.

Obrady BRICS pokazują, że konflikt wokół Iranu wykracza daleko poza wymiar militarny i staje się jednym z najważniejszych czynników wpływających na światową gospodarkę

Ukraina buduje międzynarodową koalicję dronową. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski poinformował, że około 20 państw współpracuje obecnie z Kijowem przy projektach związanych z produkcją i rozwojem dronów wojskowych. Według ukraińskich władz cztery umowy zostały już podpisane, a kolejne znajdują się na różnych etapach negocjacji. Inicjatywa ta pokazuje, że wojna rosyjsko-ukraińska coraz mocniej napędza rozwój nowoczesnych technologii militarnych i budowę nowych partnerstw strategicznych.

Program określany jako „Drone Deals” ma obejmować nie tylko produkcję oraz dostawy bezzałogowców, ale również rakiet, pocisków, oprogramowania wojskowego oraz wymianę technologii między Ukrainą a partnerami zagranicznymi. Kijów liczy także na integrację własnych systemów z rozwiązaniami państw współpracujących. Projekt ma więc charakter znacznie szerszy niż klasyczne zakupy uzbrojenia i stanowi próbę stworzenia międzynarodowej sieci współpracy przemysłów obronnych.

Według Zełenskiego szczególnie istotną rolę odgrywają państwa Bliskiego Wschodu i regionu Zatoki Perskiej. Ukraina oczekuje, że współpraca technologiczna w sektorze dronowym przełoży się również na korzyści gospodarcze, w tym stabilne dostawy surowców energetycznych i paliw. Prezydent Ukrainy podkreślił, że dzięki zawieranym porozumieniom kraj ma już zagwarantowaną „niezbędną ilość paliwa na rynku”, co ma duże znaczenie w warunkach długotrwałej wojny.

Prezydent Ukrainy podkreślił, że dzięki zawieranym porozumieniom kraj ma już zagwarantowaną „niezbędną ilość paliwa na rynku”, co ma duże znaczenie w warunkach długotrwałej wojny

Współpraca obejmuje także państwa Europy i Kaukazu Południowego, a według zapowiedzi Kijów przygotowuje rozszerzenie programu o kolejny region świata. Pokazuje to rosnącą rolę Ukrainy jako państwa rozwijającego nowoczesne technologie wojskowe, szczególnie w obszarze bezzałogowców. Od początku rosyjskiej inwazji drony stały się jednym z najważniejszych elementów działań bojowych – wykorzystywane są zarówno do rozpoznania, jak i ataków na cele wojskowe oraz infrastrukturę przeciwnika.

Zełenski poinformował również, że w Stanach Zjednoczonych prowadzone były rozmowy dotyczące możliwych spotkań przywódców poświęconych zakończeniu wojny z Rosją. Równolegle trwają negocjacje dotyczące wymiany jeńców wojennych między obiema stronami konfliktu.

Rozwijany przez Ukrainę program „Drone Deals” może stać się jednym z ważniejszych przykładów transformacji współczesnych konfliktów zbrojnych. Wojna coraz wyraźniej pokazuje bowiem, że przewagę militarną buduje dziś nie tylko liczba żołnierzy czy ciężkiego sprzętu, ale także zdolność do szybkiego wdrażania nowych technologii, współpracy przemysłowej i pozyskiwania międzynarodowych partnerów strategicznych.

Przewagę militarną buduje dziś nie tylko liczba żołnierzy czy ciężkiego sprzętu, ale także zdolność do szybkiego wdrażania nowych technologii, współpracy przemysłowej i pozyskiwania międzynarodowych partnerów strategicznych

Kryzys niemieckiej motoryzacji pogłębia się. Niemiecki sektor motoryzacyjny, przez dekady będący jednym z filarów europejskiej gospodarki, mierzy się z coraz poważniejszym kryzysem konkurencyjności. Niemieckie Stowarzyszenie Przemysłu Motoryzacyjnego (VDA) prognozuje, że do 2035 roku branża może stracić nawet 225 tysięcy miejsc pracy. To o 35 tysięcy więcej niż zakładały wcześniejsze prognozy.

Według prezes VDA Hildegarda Mueller już w latach 2019–2025 z niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego zniknęło około 100 tysięcy stanowisk. Dane te pokazują skalę problemów, z jakimi mierzy się sektor uznawany dotąd za symbol niemieckiej siły gospodarczej.

Przedstawiciele branży wskazują kilka głównych przyczyn pogarszającej się sytuacji. Wśród nich wymienia się przede wszystkim wysokie koszty energii, rosnące podatki i opłaty, a także rozbudowaną biurokrację utrudniającą prowadzenie działalności przemysłowej. Krytyka dotyczy również polityki klimatycznej oraz kosztownej transformacji w kierunku elektromobilności, która wymaga ogromnych inwestycji przy jednoczesnym spadku konkurencyjności europejskich producentów wobec firm z Chin i Stanów Zjednoczonych.

Szczególnie silna presja widoczna jest w przypadku niemieckich gigantów motoryzacyjnych, takich jak Volkswagen, BMW czy Mercedes-Benz. Europejscy producenci muszą jednocześnie finansować rozwój samochodów elektrycznych, utrzymywać konkurencyjność cenową oraz mierzyć się z rosnącą dominacją chińskich producentów baterii i pojazdów elektrycznych.

Problemy niemieckiej motoryzacji mają znaczenie nie tylko dla samych Niemiec, lecz także dla całej gospodarki europejskiej. Branża pozostaje jednym z najważniejszych sektorów przemysłowych Unii Europejskiej, odpowiadając za miliony miejsc pracy oraz rozbudowaną sieć poddostawców w państwach Europy Środkowej, w tym również w Polsce.

Prognozy VDA pokazują, że europejski przemysł motoryzacyjny znajduje się obecnie w okresie głębokiej transformacji. O przyszłości sektora zdecyduje nie tylko tempo rozwoju nowych technologii, lecz także zdolność państw europejskich do utrzymania konkurencyjnych warunków dla przemysłu wobec dynamicznie rozwijających się gospodarek Azji i Ameryki Północnej.

Ostrożny postęp w rozmowach między Libanem a Izraelem. W Waszyngtonie trwa kolejna runda rozmów pokojowych między Libanem a Izraelem, prowadzonych przy mediacji Stanów Zjednoczonych. Według przedstawiciela amerykańskiego Departamentu Stanu czwartkowe negocjacje przebiegały w „produktywnej i pozytywnej” atmosferze, a rozmowy mają być kontynuowane również w piątek.

Spotkania mają szczególne znaczenie polityczne, ponieważ są to pierwsze bezpośrednie kontakty obu państw od ponad trzydziestu lat. Dotychczas odbyły się już trzy rundy negocjacji w Waszyngtonie, a podczas poprzedniego spotkania strony uzgodniły przedłużenie zawieszenia broni o kolejne trzy tygodnie. Sam fakt utrzymania dialogu jest uznawany przez komentatorów za istotny sygnał deeskalacji napięć w regionie.

Rozmowy toczą się w cieniu trwającego konfliktu izraelsko-libańskiego oraz działań przeciwko wspieranemu przez Iran Hezbollahowi. Premier Izraela Benjamin Netanyahu podkreśla, że celem izraelskiej ofensywy pozostaje osłabienie i zniszczenie struktur Hezbollahu, który od lat stanowi jedno z największych zagrożeń bezpieczeństwa dla Izraela.

Skutki konfliktu są jednak bardzo poważne dla ludności cywilnej Libanu. Według źródeł libańskich działania wojenne doprowadziły już do śmierci blisko trzech tysięcy osób oraz zmusiły około 1,2 miliona mieszkańców do opuszczenia swoich domów. Kryzys humanitarny dodatkowo pogłębia niestabilność polityczną i gospodarczą kraju, który od kilku lat zmaga się również z głębokim kryzysem ekonomicznym.

Stany Zjednoczone odgrywają w negocjacjach rolę głównego mediatora i próbują doprowadzić do trwałego ograniczenia napięć na północnej granicy Izraela. Waszyngton obawia się, że dalsza eskalacja mogłaby doprowadzić do rozszerzenia konfliktu na cały region Bliskiego Wschodu, zwłaszcza w kontekście napiętej sytuacji wokół Iranu i trwających działań militarnych w regionie.

Choć rozmowy określane są jako konstruktywne, eksperci podkreślają, że osiągnięcie trwałego porozumienia będzie procesem długim i trudnym. Główne przeszkody stanowią wzajemny brak zaufania, obecność Hezbollahu oraz sprzeczne interesy regionalnych mocarstw zaangażowanych w sytuację na Bliskim Wschodzie.


Rudolf Kjellén – Równowaga wielkiej polityki

To, że czas pędzi dziś niezwykle szybko, jest powracającą obserwacją. Dotyczy to również polityki światowej, w której zwykle mówi się raczej o głębokich i powolnych prądach historii. Dzisiejszy niepokój bierze się jednak stąd, że na powierzchni dziejów wiatr i prąd działają przeciw sobie — jak to często bywa, gdy nadciąga burza. Niektórzy politycy próbują sterować jednocześnie pod wiatr i pod prąd.

Sytuacja międzynarodowa nabiera przez to wyraźnego charakteru przełomu i przejścia. Coś gromadzi się pod powierzchnią, coś próbuje wyłonić się jako organiczny produkt procesu historycznego, lecz napotyka opór mechanicznych konstrukcji tworzonych z ludzkiej potrzeby kalkulacji. Widzimy to jako narastającą walkę pomiędzy koniecznością natury a ludzką wolnością — walkę, która wypełnia i tworzy historię. Równowaga zmienia się więc niemal z każdym rokiem. Siły przesuwają się względem siebie, plany polityków się krzyżują: ich wola przeciwstawia się naturalnym ciążeniom. A jednak z tego całego błądzenia, napięcia i wysiłku wyłania się powoli nowa sytuacja, która dlatego ma szansę okazać się trwalszą, bo jest obecnie najbardziej naturalna. Wielkie pytanie naszych czasów brzmi zatem: czy nowy modus vivendi zdoła się ułożyć pokojowo, czy też nadciągająca burza zdąży się wyładować nad narodami wcześniej.

Wielkie pytanie naszych czasów brzmi zatem: czy nowy modus vivendi zdoła się ułożyć pokojowo, czy też nadciągająca burza zdąży się wyładować nad narodami wcześniej

Ostatnio doszło ponownie do znaczących przesunięć w równowadze sił. Same wydarzenia — bez odwoływania się do rozstrzygnięć wojennych — doprowadziły do powstania nowych napięć i nowych układów sił, z poważnymi konsekwencjami dla całej sytuacji politycznej. Chwila wydaje się więc odpowiednia, by spojrzeć na obecną równowagę jak na całość — zarówno wyrosłą z poprzedniej epoki, jak i taką, która prawdopodobnie ukształtuje najbliższą przyszłość.

Obecnie żaden cywilizowany naród nie jest na tyle mały ani odległy od głównych scen świata, by mógł przejść obojętnie wobec takich kwestii. Nie wystarczy też uspokajanie się odziedziczonymi wyobrażeniami, bo starych punktów orientacyjnych już nie ma, a nowych jeszcze nie widać. Każdy naród ma obowiązek — nie tylko wobec własnej ciekawości, lecz także wobec własnego przetrwania — co pewien czas na nowo orientować się w rzeczywistości wielkiej polityki i poddawać rewizji swoje dawne wyobrażenia.

I

Jakże prosta — i jakże odległa — wydaje się dziś wizja poprzedniego pokolenia, które wyobrażało sobie politykę światową jako huśtawkę z Rosją na jednym końcu i Anglią na drugim. Był to czas, gdy ten obraz nieźle oddawał rzeczywistość. Ale ten czas minął. Pojawienie się Niemiec, Stanów Zjednoczonych, a ostatnio także Japonii w pierwszym szeregu mocarstw uniemożliwia dziś wyjaśnianie historii świata przy pomocy tak prostych porównań.

Stare stulecie kończyło się innym, bardziej skomplikowanym układem, znacznie bliższym naszej obecnej sytuacji: Trójprzymierze w centrum Europy, sojusz francusko-rosyjski po obu flankach, a Anglia — podobnie jak Stany Zjednoczone — pozostająca na zewnątrz, we „wspaniałej izolacji”. To właśnie wtedy zaczęło być jednak odczuwalne narastające napięcie — i zaczęło się ono w Anglii. Izolacja zaczęła wydawać się niebezpieczna, zwłaszcza gdy wojna południowoafrykańska obnażyła słabość brytyjskich sił lądowych. Niedawno jeszcze Anglia szczerzyła zęby przeciw Francji podczas kryzysu faszodzkiego; napięcie z Rosją w Azji pozostawało ostre. Teraz widzimy Anglię wyciągającą ręce ku Stanom Zjednoczonym i Niemcom, by ostatecznie w roku 1902 zawrzeć z nimi jawny sojusz na Dalekim Wschodzie. W ten sposób również Francja i Rosja zostały objęte — po szerszym jeszcze okręgu — sojuszem Anglii i Japonii. Widmo Niemiec, wojny na dwa fronty, zaczęło odtąd zagrażać także Rosji.

Można było przypuszczać, że w tej sytuacji napięcie na kontynencie europejskim osłabnie i ustąpi miejsca porozumieniu — wobec wspólnej presji zewnętrznej. Zapowiedzi kontynentalnej koalicji pojawiły się już przecież w Azji Wschodniej: przeciw Japonii w roku 1895. Czy sytuacja nie dojrzała teraz do tego, by ostrze tej koalicji zwrócić również przeciw Anglii? Wówczas świat był zaskoczony postawą Francji. Zapomniała ona o świeżych ranach po Sudanie wobec głębszych ran po Sedanie, odrzuciła zbliżenie z Niemcami i stanęła u boku Anglii — poprzez „entente”, która rozwiązywała wszystkie bieżące i powierzchowne spory między nimi. Stało się to w roku 1904.

Stanęliśmy tu wyraźnie na jednym z wielkich rozdroży historii świata — i wybór należał do Francji. Mogła pójść drogą na prawo, u boku Niemiec i Rosji. Oznaczałoby to połączenie rdzenia układu — Trójprzymierza — z wewnętrznym pierścieniem sojuszu francusko-rosyjskiego przeciw zewnętrznemu pierścieniowi sojuszu angielsko-japońskiego. Europa stanęłaby wówczas wspólnie przeciw Anglii i Japonii. Francja wybrała jednak drogę przeciwną — stanęła po stronie Anglii i Japonii. W praktyce oznaczało to zamknięcie obu pierścieni wokół Trójprzymierza, a właściwie wokół jego centrum: Niemiec.

Stanęliśmy tu wyraźnie na jednym z wielkich rozdroży historii świata – i wybór należał do Francji

Angielsko-francuska „entente” z roku 1904 utorowała drogę porozumieniu angielsko-rosyjskiemu z roku 1907. Ponownie uporządkowano spory poprzez kompromisy i wymiany, zgodnie z zasadą „do ut des” — daję, abyś dał. W ten sposób powstała Trójententa jako przeciwwaga dla Trójprzymierza. Była to nowa europejska równowaga, gdyż Anglia wyszła ze swojej izolacji i położyła swój ciężar na zewnętrznej szali układu. Niemcy–Austria–Włochy, które dotąd równoważyły Francję i Rosję, miały teraz ważyć przeciwko Francji, Rosji — i Anglii razem.

Nowy układ uzasadniano znacznym osłabieniem Rosji po wojnie azjatyckiej lat 1904–1905. Twierdzono, że gdyby szala rosyjska nie została wzmocniona, Niemcy zdominowałyby Europę. Szybko okazało się jednak, że nawet przyłączenie Anglii do sojuszu uznano za niewystarczające. Jeszcze w tym samym roku 1907 zewnętrzny pierścień układu został rozbudowany na Wschodzie poprzez rosyjskie i francuskie traktaty z japońskim sojusznikiem Anglii, a na Zachodzie poprzez angielsko-francuskie zbliżenie z Hiszpanią — tak zwane porozumienie śródziemnomorskie. Równocześnie szala państw centralnych zaczęła słabnąć z powodu dawnej włoskiej grawitacji ku Anglii. W wydanej niedawno broszurze „Deutsche Auslandspolitik und ihre Verleumder” (Lipsk 1910) aktywny dyplomata nazywa wręcz Włochy „cichym partnerem Trójententy” i opisuje próby stworzenia „bloku łacińskiego” przeciw „pangermanistycznej hydrze”. Nie jest to już polityka statycznej równowagi prowadzonej wyłącznie w imię pokoju. Wszystko to zbyt wyraźnie świadczy o planach wymierzonych przeciw Niemcom. Jeśli próbować odnaleźć źródło tych planów, jeden stary ślad prowadzi — ze słowem „rewanż” na drogowskazie — do Paryża. Wszystkie pozostałe prowadzą do Londynu. To właśnie sprzeczności między Anglią a Niemcami spychają dawne konflikty Anglii z Francją i Rosją w cień. Chmury od dawna wisiały nad Europą, a teraz zaczynają gęstnieć. Zaczyna się formować centrum burzy.

Że nie chodzi już wyłącznie o zachowanie równowagi, pokazuje dalszy rozwój wydarzeń. Pierścień wokół Niemiec miał jeszcze jedną wielką lukę — na południowym wschodzie. Tam Niemcy od dawna utrzymywały bliskie relacje z sułtanem tureckim. Tymczasem w Rewlu spotykają się władcy Anglii i Rosji, a zaraz potem daje się odczuć wzmożona presja w kwestii macedońskiej. Rezultatem jest rewolucja młodoturecka, która obala sułtana i przejmuje los państwa w swoje ręce. Dzieje się to latem 1908 roku. Wydaje się, że Trójententa właśnie odniosła nowy wielki triumf. Pierścień zaciska się wokół znienawidzonego rywala Anglii. Jeśli Niemcy są muchą, wydają się być teraz uwięzione w sieci rozpiętej przez pająka siedzącego w Londynie. Centrum burzy zaczyna się poruszać. Nadciąga. Wszyscy oczekują wyładowania.

Kiedy napięcie zgromadzi się wokół jakiegoś punktu, miejsce wyładowania staje się sprawą drugorzędną, niemal przypadkową. Fakt, że wybuch w Europie groził na granicy Serbii i Austrii, nie powinien przesłaniać rzeczywistego układu sił — nawet jeśli za Serbią stała Rosja. Za Rosją stała Anglia. Za Austrią — Niemcy. To Anglia i Niemcy stały naprzeciw siebie, w pewnego rodzaju próbnej mobilizacji. Na tym się jednak skończyło. W obliczu uniesionej groźnej ręki Niemiec — Rosja ustąpiła. Był marzec 1909 roku. Sieć nie wytrzymała. Chmura odpłynęła — tym razem.

Fakt, że wybuch w Europie groził na granicy Serbii i Austrii, nie powinien przesłaniać rzeczywistego układu sił. To Anglia i Niemcy stały naprzeciw siebie, w pewnego rodzaju próbnej mobilizacji

Układ pozostał jednak ten sam. Młodoturcy wspierali się dalej na mocarstwach zachodnich, równowaga trwała, ententy i sojusze nadal funkcjonowały. Dopiero rok 1910 miał naprawdę wystawić na próbę trwałość wielkich kombinacji politycznych ostatnich lat — wytrzymałość pajęczyny, w którą Edward VII próbował schwytać Wilhelma II.

II

Lata 1904–1909 tworzą dziś wyraźnie osobny rozdział w historii wielkiej polityki. To angielska próba okrążenia Niemiec przy pomocy papierowych traktatów. Początek tej polityki można zresztą przesunąć jeszcze o rok wcześniej: już w 1903 roku Anglia zacieśnia dawne relacje z Rzymem i Lizboną, równocześnie rozpoczynając „entente” z Francją. Rok 1904 przynosi jej formalne przypieczętowanie, a zarazem pierwsze większe zbliżenie z Hiszpanią. Rok później Anglia wspiera rozdział Norwegii od Szwecji, zdobywając tym samym nową łódź na swoich wodach. Rok 1907 stanowi kulminację tej polityki: porozumienie śródziemnomorskie, entente z Rosją oraz konsolidację wpływów na Dalekim Wschodzie, dzięki której Rosja i Francja zostają odciążone od problemów ograniczających ich zdolność działania w Europie.

Jaki jest sens tego politycznego okrążenia? Oficjalnie uzasadnia się je wielkim hasłem europejskiej równowagi, a więc potrzebą zachowania pokoju. Ale dlaczego to właśnie Anglia nieustannie występuje jako rzecznik tej równowagi? Czy rzeczywiście chodzi jedynie o bezinteresowną troskę o innych? Historyk wojny burskiej potrafiłby odpowiedzieć na to pytanie. Anglia nie ma serca dla nikogo, kto stoi na drodze jej interesów. Podobnie jak każde świadome swojej siły mocarstwo prowadzi po prostu politykę interesu. Strzeże europejskiej równowagi dlatego, że leży ona w jej własnym, oczywistym interesie. Jakim? Najpierw — bezpieczeństwa. Potem — nieograniczonego wzrostu własnej potęgi. Równowaga na kontynencie europejskim oznacza bowiem w praktyce jedno: przewagę Anglii na morzu. A wraz z nią — panowanie nad światem. Europejska równowaga jest podstawą brytyjskiego imperium światowego. Hasło „równowagi europejskiej” w ustach Anglii jest więc, mówiąc wprost, historycznym blefem służącym konkretnemu interesowi angielskiej potęgi.

Anglia nie ma serca dla nikogo, kto stoi na drodze jej interesów. Strzeże europejskiej równowagi dlatego, że leży ona w jej własnym, oczywistym interesie

Blef ten działa jednak nadal, ponieważ opiera się również na spekulacji dotyczącej złych relacji między państwami kontynentu oraz naturalnego poczucia słabości mniejszych mocarstw wobec największego z nich. Niezmienna i typowa dla Anglii polityka zawierania sojuszy z mniejszymi państwami kontynentalnymi przeciw największemu. Schemat ten powtarza się za każdym razem, gdy równowaga na kontynencie zostaje zachwiana przez pojawienie się dominującej potęgi. Dwieście lat temu była nią Francja Ludwika XIV — wtedy to Wilhelm III tworzył przeciw niej swoje „wielkie alianse”. Sto lat temu była nią Francja Napoleona — wtedy William Pitt budował przeciw niej swoje „koalicje”. Pięćdziesiąt lat temu była nią Rosja Mikołaja I — wtedy Palmerston odpowiadał „sojuszem mocarstw zachodnich”. Dziś jest nią Rzesza Wilhelma II — i widzimy Edwarda VII snującego swoją sieć „ententes”. Czy zaczynamy już rozumieć?

Konieczne jest tylko jeszcze jedno uzupełnienie, by sytuacja stała się całkowicie jasna. Za każdym poprzednim razem polityka Anglii prowadziła do wojny światowej. Wojna ta na pewien czas paraliżowała Europę, wyczerpywała zwycięzców i pokonanych. Anglia natomiast — której własna ziemia nigdy nie była polem bitwy — pozostawała nadal jedynym mocarstwem stojącym pewnie na nogach, silniejszym wtedy, gdy inni byli osłabieni. Za każdym razem dodawała łokcie do własnego wzrostu. Wojna prowadzona „w imię równowagi” okazywała się jeszcze lepszym interesem niż sama równowaga. Czy zaczynamy rozumieć, skąd naprawdę bierze się zagrożenie dla pokoju w Europie?

Dziś spektakl powtarza się po raz czwarty. Jedno z mocarstw wydaje się wyrastać ponad pozostałe na kontynencie. Wtedy Anglia — która przez długi czas spokojnie krążyła po oceanach — wpływa do swojego europejskiego portu, zawiera traktaty pozwalające skoncentrować siły morskie w bezpośrednim sąsiedztwie przeciwnika, buduje system polityczny zamykający go niemal w całkowitej izolacji, drażni go, prowokuje do wyrwania się z okrążenia. Do zakończenia spektaklu pozostaje już niewiele. Czy zaczynamy rozumieć?

*

Co jednak robiły w tym czasie same Niemcy, żeby zabezpieczyć się przed nadciągającym zagrożeniem? Anglia politycznie „obchodziła ich flankę”, podobnie jak wcześniej obchodziła strategicznie swoich mniejszych przeciwników w Afryce Południowej. Pozostawała jednak jeszcze jedna otwarta przestrzeń. Niemcy nadal miały oddech i możliwość ekspansji w jednym kierunku — na południowy wschód. Państwo sułtana tureckiego, szeroki most pomiędzy Europą i Azją, pozostawało politycznie otwarte na niemiecki rozwój i tworzyło dla niego korzystne warunki.

Warto zatrzymać się przy tej niemieckiej perspektywie przyszłości, ponieważ ma ona znaczenie decydujące dla całej obecnej sytuacji. Określano ją hasłami Berlin–Bagdad albo Łaba–Eufrat. Widzimy szeroki pas przecinający ukośnie Europę przez Niemcy, Austro-Węgry, Bałkany i Azję Mniejszą. Co on oznaczał dla Niemiec? Chleb na pustyni dla ich nadmiarowej i nieustannie rosnącej ludności. Oznaczał ścisły związek z krajami słabo rozwiniętymi przemysłowo, które mogły wymieniać zboże i bawełnę na niemieckie wyroby przemysłowe. A więc naturalny obszar produkcji i konsumpcji. Polityczno-ekonomiczną całość zdolną — w razie potrzeby — istnieć samodzielnie, niezależnie od świata zewnętrznego.

Nie chodziło przy tym o podboje terytorialne. Program Łaba–Eufrat był nowoczesny właśnie dlatego, że pozostawiał istniejące państwa formalnie niezależnymi, łącząc je przede wszystkim ekonomicznie. Był nowym Zollvereinem, nie nową Rzeszą. Nowoczesnych imperiów nie buduje się już bowiem inaczej niż na fundamencie narodowości. Spajającym elementem miał być wspólny interes: dla Niemiec — pewny rynek dla własnych wyrobów przemysłowych, dla pozostałych — pewny rynek zbytu dla surowców. Był to przede wszystkim program pokojowy, nienaruszający niczyich praw i taki, który nie powinien zakłócać niczyjego spokoju.

Program Łaba–Eufrat był nowoczesny właśnie dlatego, że pozostawiał istniejące państwa formalnie niezależnymi, łącząc je przede wszystkim ekonomicznie

W praktyce jednak łatwo było przewidzieć, że ze względu na niemiecką przewagę gospodarczo-polityczną cała konstrukcja mogłaby przekształcić się w rodzaj Wielkich Niemiec z kolonialnymi dodatkami. Dlatego entuzjazm dla tego projektu poza samymi Niemcami — szczególnie na Węgrzech i w Turcji — nie mógł być równie silny. Tutaj tkwiły słabe punkty programu i najtrudniejsze zadania dla niemieckiej dyplomacji.

W latach krytycznych widzimy więc Niemcy pracujące nad tym problemem — przede wszystkim umacniające swoje związki z sułtanem tureckim. Budowa kolei bagdadzkiej — południowego kręgosłupa całego programu — została wprawdzie zatrzymana przez trudności finansowe wywołane działaniami Anglii, lecz Niemcy pomagają sułtanowi przy budowie innej strategicznej linii kolejowej prowadzącej ku Arabii. Można też dostrzec niemiecką rękę w skierowaniu jej ku Synajowi, co w roku 1906 wzbudziło brytyjskie obawy o bezpieczeństwo Egiptu.

Również na północy Niemcy próbowały oczyścić sobie horyzont. Skoro nie mogły zamknąć Bałtyku jako własnego mare clausum, stworzyły przynajmniej zabezpieczenie polityczne poprzez porozumienia bałtyckie i północnomorskie z roku 1908. Równocześnie poprzez połączenie promowe zbliżyły się do największego państwa skandynawskiego, z którym już wcześniej zawarły układ handlowy.

Taka była sytuacja w chwili wybuchu rewolucji młodotureckiej. Stanowiła ona najpoważniejsze zagrożenie dla niemieckiego programu na południowym wschodzie. Gdyby Anglii udało się wciągnąć Turcję do własnego systemu, pozycja Niemiec stałaby się nie do zniesienia. Musiałyby się wyrwać z okrążenia.

I teraz każdy może dostrzec, kto w tej sytuacji był stroną agresywną. Niemcy miały jasno określony kierunek ekspansji. Nie zagrażał on Anglii ani nie wkraczał w ogromną strefę brytyjskich interesów. Anglia jednak — nieusatysfakcjonowana własnym imperium — próbowała uniemożliwić Niemcom wykorzystanie ich jedynej realnej drogi rozwoju. Nie musiała tego robić. Sama posiadała własny pokojowy program: unię celną ze swoimi samorządnymi koloniami. Również ona mogła w ten sposób stworzyć zamknięty obszar produkcji i konsumpcji — nieporównywalnie większy niż niemiecki. Oba światy mogły istnieć obok siebie. Jedna z głównych brytyjskich partii chciała właśnie takiego rozwiązania. Edward VII chciał jednak czegoś innego. Kto więc był stroną agresywną? Kto naprawdę próbował zburzyć równowagę?

I teraz każdy może dostrzec, kto w tej sytuacji był stroną agresywną. Niemcy miały jasno określony kierunek ekspansji. Nie zagrażał on Anglii ani nie wkraczał w ogromną strefę brytyjskich interesów

Nawet z wpływowych kręgów francuskich zaczynają czasem padać słowa odsłaniające prawdę ukrytą pod całą tą siecią egoistycznych interesów, blefu, iluzji i politycznych przesądów. Robert de Caix pisał niedawno: „Solidarność Anglii i Francji oznacza sojusz posiadaczy przeciw nieposiadającym, przeciw państwom, które muszą się rozszerzać ze względu na wzrost własnej ludności”. Tak prosta jest prawda o europejskiej równowadze.

Polityka oparta na fałszywych wyobrażeniach rzeczywistości nie może trwać wiecznie. Wraz ze wzrostem świadomości europejskie mocarstwa coraz mniej chętnie służą Anglii tak, jak czyniły to dawniej — wtedy, gdy interesy Anglii rzeczywiście pokrywały się z ich własnymi. Sytuacja nie jest już taka sama, ponieważ Wilhelm II nie jest Ludwikiem XIV ani Napoleonem. „Cesarstwo niemieckie jest pokojem” — pod warunkiem, że pozostawi się je w spokoju. I właśnie dlatego pokój w Europie umacnia się w takim stopniu, w jakim system polityczny Edwarda VII zaczyna rozpadać się pod ciężarem własnej pustki.

„Cesarstwo niemieckie jest pokojem” – pod warunkiem, że pozostawi się je w spokoju

Symptomy tego widzieliśmy przez cały rok 1910, podczas gdy równocześnie program niemieckiej ekspansji zyskiwał coraz większą wewnętrzną spoistość. To wkład roku 1910 do historii świata. Rozwój wydarzeń zdaje się ponownie wracać na stare szlaki, od których konstruktywna polityka mogła jedynie chwilowo odciągnąć historię.

III

Obserwowaliśmy na politycznym firmamencie konflikt między Anglią a Niemcami, rozrastający się do tego stopnia, że wszystkie inne światowo-historyczne wątki wydają się chwilowo pozostawać w jego cieniu. Ernest Lémonon opisał niedawno narodziny i rozwój tego konfliktu od 1901 roku — gdy polityka Anglii zdaje się obracać wokół własnej osi — w znakomitej pracy „L’Europe et la politique britannique” (1910). W przedmowie do tej książki Paul Deschanel wskazuje, że konflikt ujawnił się również w Belgii i Holandii, w państwach bałkańskich, Rosji, Hiszpanii, Bagdadzie, Persji, Chinach i Japonii — a listę tę można bez trudu wydłużyć.

Wzdłuż tego głębokiego pęknięcia zaczęły osadzać się dwa przeciwstawne układy państw: jeden po stronie Anglii, drugi po stronie Niemiec. W słabszym lub silniejszym związku, z większą lub mniejszą swobodą działania — ku Trójentencie ciążą Norwegia, Dania, Serbia i Grecja; ku Trójprzymierzu — Szwecja, Holandia i Rumunia. Widzimy niemal ten sam obraz co w latach dwudziestych XVIII wieku, gdy prawie cały kontynent był podzielony na dwa wrogie obozy („hanowerski” i „wiedeński”). Globalny zasięg współczesnej polityki rozszerza jednak perspektywę obecnego konfliktu: Japonia stoi po stronie Anglii, podczas gdy Chiny, a nawet Stany Zjednoczone, zdają się politycznie ciążyć ku Niemcom. To druga wielka szczelina polityczna naszych czasów — pomiędzy Japonią a Stanami Zjednoczonymi — styka się tutaj z pierwszą i niejako ją przedłuża.

W takiej właśnie sytuacji Niemcy w marcu 1909 roku pokazały Rosji swoją „żelazną pięść”, z takim skutkiem, że centrum burzy odpłynęło, a blok niemiecko-austriacki pozostał nienaruszony — silniej zespolony niż kiedykolwiek wcześniej. Był to punkt zwrotny; od tego momentu akcje Niemiec zdają się nieustannie rosnąć, co przejawia się w dobrej koniunkturze dla programu Łaba–Eufrat.

W takiej właśnie sytuacji Niemcy w marcu 1909 roku pokazały Rosji swoją „żelazną pięść”, z takim skutkiem, że centrum burzy odpłynęło, a blok niemiecko-austriacki pozostał nienaruszony

Krytycznym punktem tego programu jest oczywiście Konstantynopol. Młodoturcy reprezentowali idee liberalne, a ich zwycięstwo było samo w sobie triumfem mocarstw zachodnich. Już jednak w maju 1909 roku André Tardieu („Questions diplomatiques et coloniales”) dostrzegł, że wpływy Anglii wśród nich słabną. Musiało do tego dojść prędzej czy później, ponieważ pomiędzy Turcją a Anglią istnieją realia, których nie sposób długo ukrywać — wystarczy wspomnieć Egipt i Kretę — a młodoturcy byli przede wszystkim zmuszeni prowadzić politykę narodową. Natomiast pomiędzy młodoturkami a Niemcami nic podobnego nie istniało. Było więc jedynie kwestią czasu, nim polityka Turcji powróci do dawnego, przyjaznego Niemcom nurtu — i zdaje się, że właśnie Francji przypadło przyspieszyć i przypieczętować ten moment.

Taki jest bowiem sens tureckiej operacji pożyczkowej, w której Francja — nie bez wiedzy i aprobaty Anglii — postawiła Turcji tak upokarzające warunki, że musiała je ona odrzucić i zwrócić się do niemiecko-austriackiego konsorcjum. Sprawa nabiera właściwego znaczenia, gdy zauważymy niemal identyczny rezultat wcześniejszej próby pożyczkowej Węgier w Paryżu — oba przypadki miały miejsce w tym samym roku. Fakt, że Niemcy i Austria znalazły we własnym gronie środki pozwalające zaspokoić potrzeby ekonomiczne Konstantynopola i Budapesztu po tym, jak Francja zbyt mocno napięła łuk i utraciła pierwszeństwo w interesie, musiał potężnie przyczynić się do zespolenia politycznej osi Europy: od Morza Północnego po Dardanele, a dalej ku Zatoce Perskiej.

Polityka mocarstw zachodnich nie była szczęśliwa: próba okrążenia Niemiec przez Anglię zbliżyła Niemcy i Austrię bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, a francuska próba ekonomicznego duszenia doprowadziła do jeszcze ściślejszego związania z nimi Węgier i Turcji. W ten sposób wielkoniemiecki program zamkniętego obszaru produkcji i konsumpcji rośnie organicznie.

Szczęście, podobnie jak nieszczęście, rzadko przychodzi samotnie. Węgierska polityka separacyjna wobec Austrii, zrodzona z nienawiści do elementu niemieckiego, była jedną z największych przeszkód programu. W tym samym roku 1910 została ona w znacznej mierze odsunięta na bok, gdy powszechne wybory na ziemi Madziarów przyniosły wyraźną większość „Narodowej Partii Pracy”, która nie chciała już podobnych awantur. Inną przeszkodą pozostawała dawna nienawiść Czechów do Niemców w Czechach. Nie doszło jeszcze do pojednania — próba „ausgleichu”, z którą wiązano wielkie nadzieje, niemal rozbiła się już u wejścia do portu — lecz zaledwie kilka dni temu ucieleśnienie antyniemieckiego ducha, młodoczeski Kramář, został odrzucony przez własnych stronników, i tym samym droga do pojednania wydaje się dziś bardziej otwarta niż jeszcze niedawno.

Wszystkie te wydarzenia rzucają światło na najnowszą fazę wielkiej polityki, rozgrywającą się obecnie w Persji: rosyjsko-angielską współpracę mającą na celu z jednej strony zajęcie poszczególnych części kraju, z drugiej zaś budowę linii kolejowej prowadzącej stamtąd do Indii. Zastąpiła ona próbę stworzenia sojuszu bałkańskiego przeciw Niemcom, który latem 1909 roku gorąco rekomendował przychylny Anglii Lémonon, a na początku 1910 roku z wielką energią, lecz bez powodzenia, forsowała Rosja.

Tak śmiałe projekty zasługiwałyby każdy na osobny rozdział, lecz w tym kontekście ukazują się aż nazbyt wyraźnie jako ruchy w politycznym pojedynku Anglia–Niemcy. Anglia, niepewna już swoich wpływów w Konstantynopolu i tracąca nadzieję na sojusz bałkański, próbuje teraz rozszerzyć pierścień tak, by objąć Turcję również od zewnątrz, a zarazem stworzyć silną konkurencję gospodarczą dla znienawidzonej i budzącej lęk kolei bagdadzkiej. Naturalną konsekwencją jest to, że Turcja jeszcze bardziej zbliżyła się do Niemiec. W Konstantynopolu dochodzi już do wyraźnych demonstracji proniemieckich, a siewcy pogłosek zaczynają rozgłaszać możliwość przyłączenia Turcji do Trójprzymierza poprzez Rumunię. Równocześnie jednak coraz wyraźniej trzeszczy angielsko-rosyjska entente — zarówno na scenie tureckiej, jak i perskiej — a uważne ucho może wychwycić podobne zgrzyty w przyjaźni angielsko-francuskiej.

*

W taki oto sposób wielka gra przesuwa się tam i z powrotem po świecie, ze zmiennym szczęściem głównych graczy. Nie można zaprzeczyć, że Niemcy trzymają dziś najlepsze karty od dawna. Czy jest to jednak przypadek, czy też mamy do czynienia z naturalnym rozwojem wydarzeń?

Odpowiedź wydaje się dziś łatwa i możemy ograniczyć się do krótkiego stwierdzenia: polityka Edwarda VII była imponującą konstrukcją — wielką próbą zmiany biegu historii wyłącznie przy pomocy sztuczek dyplomatycznych, bez realnych fundamentów. Taka polityka działa przez pewien czas; potem jednak głębsze siły odzyskują swoje prawa. Słynne ententes są bowiem typowym przykładem takiej sztuki leczenia, która nie robi nic poza pudrowaniem symptomów, podczas gdy korzenie choroby pozostają nietknięte. W głębi stare konflikty pozostały nietknięte. Na powierzchni przykryto je jedynie papierowymi zasłonami.

Słynne ententes są bowiem typowym przykładem takiej sztuki leczenia, która nie robi nic poza pudrowaniem symptomów, podczas gdy korzenie choroby pozostają nietknięte

Taka polityka może być bardzo skuteczna jednorazowo, gdy chodzi o szybką mobilizację przeciw wspólnemu wrogowi. Nie tworzy jednak trwałych stosunków na przyszłość. Jeśli jej chwilowy cel nie zostaje osiągnięty, całość okazuje się porażką. Przypomina lwa: wykonuje tylko jeden skok ku ofierze — najwyżej dwa — po czym, jeśli atak zawiedzie, wycofuje się.

Po niepowodzeniu próby z wiosny 1909 roku możemy więc traktować Trójententę jako pozycję już przezwyciężoną. Prawdopodobnie nie zdoła ona utrzymać się dostatecznie długo, by doczekać kolejnej próby. Zbyt oczywista stała się cała sytuacja. Głębokie czynniki odzyskają swój wpływ i ponownie rozbiją powierzchowne związki.

Jest więc oczywiste, że Francja zawarła układ z Anglią przede wszystkim ze względu na Maroko. Skoro jednak ten chwilowy interes wydaje się osiągnięty traktatem z Niemcami z lutego 1909 roku, Francja nie ma już powodu zbyt mocno wiązać swojego losu z Anglią. Niebezpieczeństwo takiej polityki odczuła zresztą sama już wiosną 1905 roku, kiedy polityka Edwarda VII wykonała pierwszy „skok”, który rozbił się o samą groźbę Niemiec — dokładnie tak samo jak próba cztery lata później. Kosztowało to Francję ministra spraw zagranicznych, ale nauczyło ją bardzo dotkliwie, jaka rola przypadnie jej w chwili rozstrzygnięcia: przyjąć pierwszy i najsilniejszy cios ze strony Niemiec. Jeśli prawdą jest, że polityka pożyczkowa Francji wobec Węgier i Turcji inspirowana była z Londynu, Francja będzie znacznie mniej entuzjastycznie przyjmować wyznaczoną jej rolę — zaczyna ona zbyt mocno przypominać Traviatę.

Jeśli chodzi o Rosję, nikt chyba nie wierzy, że pójdzie z Anglią choćby o krok dalej, niż leży to w jej interesie, ani że poświęci choćby jeden własny interes dla pozorów równowagi w Europie. Rok 1907 — czas depresji po wojnie i rewolucji — był psychologicznym momentem, który Edward VII trafnie rozpoznał i wykorzystał. Im bardziej jednak sytuacja w wielkim imperium będzie się stabilizować i im bardziej będą do niego wracały siły, tym mniejsza okaże się gotowość poświęcania rzeczywistej równowagi w Azji dla pozorów równowagi w Europie.

Tutaj dotykamy sedna problemu. Europejska równowaga jest chimerą, jeśli równowaga nie istnieje również na innych kontynentach. A tej równowagi trudno się dopatrzyć tak długo, jak Anglia dominuje Stary Świat, Stany Zjednoczone — Nowy, a Anglia dodatkowo włada oceanami. Hasło europejskiej równowagi pochodzi z minionej epoki, gdy Europa była jedyną sceną historii świata. Dziś scena rozszerzyła się na cały glob, a wraz z tym wyrosły państwa światowe: Anglia, Rosja, Stany Zjednoczone, Chiny–Japonia. W tych warunkach europejska równowaga w dawnym sensie oznacza jedynie niezdolność nadążania za rozwojem dziejów. Oznacza wieczne rozdrobnienie Europy na małe państwa — co jest korzystne dla wielkich mocarstw, lecz prowadzi Europę ku upadkowi. Europa przypomina małe miasteczko, w którym zazdrośnie pilnuje się, by żaden kupiec nie wyrósł ponad innych, podczas gdy wielkie miasta organizują już bezlitosną konkurencję prowadzącą do unicestwienia słabszych.

Jeszcze jedno słowo. Podział na dwa obozy dyplomatyczne w latach dwudziestych XVIII wieku nie doprowadził do wojny i obecny układ również nie musi do niej prowadzić. Nawet jeśli w nadchodzących wyborach angielska prawica nie odniesie zwycięstwa ze swoim programem koncentracji, Ziemia jest dostatecznie wielka, by Anglia i Niemcy mogły istnieć obok siebie. Wymaga to jednak, by Anglia zeszła ze swojej monopolistycznej pozycji na morzach. Równie anachroniczne jest przekonanie, że morze nie może pomieścić więcej niż jednego mocarstwa, podczas gdy ląd mieści ich osiem. Tej pozycji Anglia nie utrzyma ani wobec Stanów Zjednoczonych na zachodzie, ani wobec Japonii na wschodzie. Pozostaje jej więc pogodzić się również z Niemcami w centrum. I nawet wtedy pozostanie dla niej jeszcze bardzo wiele. Dopiero wtedy będzie można naprawdę mówić o politycznej równowadze w Europie i na świecie.

Historia świata pokazuje ten sam obraz, który widzimy w poszczególnych społeczeństwach: feudalną wielką własność zagrożoną przez młode, wschodzące siły. To całkowicie zrozumiałe, że feudalny pan próbuje utrzymać młodych w ryzach, głosząc potrzebę równowagi pomiędzy nimi; trudno jednak na dłuższą metę ukryć, co naprawdę służy równowadze. Ci zaś, którzy w polityce wewnętrznej interesują się równością ekonomiczną, nie powinni żywić przesadnych sympatii wobec światowego trustu noszącego nazwę Imperium Britannicum.


Demonstracja niemocy, erozja rosyjskich wpływów i strategiczna niepewność Zachodu

Amerykańska niemoc w Zatoce Perskiej – operacja bez celu i bez wyjścia

Trwająca od ponad dwóch miesięcy amerykańska operacja w Zatoce Perskiej, zapowiadana początkowo jako krótka demonstracja siły, przekształciła się w przedłużający się konflikt, obnażający fundamentalne problemy strategiczne Stanów Zjednoczonych. Incydent z odwołaniem operacji odblokowania cieśniny Ormuz – według źródeł arabskich spowodowany niepoinformowaniem przez Waszyngton kluczowego sojusznika, Arabii Saudyjskiej – stanowi symptomatyczny przykład chaosu decyzyjnego w administracji Trumpa. Brak elementarnych konsultacji z partnerami, których zasoby są niezbędne dla powodzenia operacji, doprowadził do sytuacji, w której Saudyjczycy mieli zażądać jej wstrzymania.

Problem sięga jednak głębiej niż kwestie proceduralne. Administracja amerykańska nie przedstawiła dotąd realistycznej wizji zakończenia konfliktu. Publicznie deklarowane cele – jak trwałe pozbawienie Iranu zdolności do rażenia celów amerykańskich i sojuszniczych w regionie, ogłoszone przez szefa Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, generała Kane’a – są w praktyce nieosiągalne bez masowej operacji lądowej, długotrwałej okupacji i de facto dezindustrializacji Iranu.

Tymczasem irańska kontrola nad drabiną eskalacyjną okazuje się zaskakująco skuteczna. Teheran nie tylko utrzymuje zdolność do ataków na amerykańskie bazy i sojuszników w regionie, ale przede wszystkim efektywnie zarządza temperaturą konfliktu, deklarując – i częściowo demonstrując – że to on zdecyduje o momencie jego zakończenia. Amerykańska amunicja precyzyjna, w tym szczególnie cenne Patrioty, wyczerpuje się w tempie zatrważającym, podczas gdy irańskie zdolności w zakresie pocisków krótkiego i średniego zasięgu pozostają trudne do oszacowania, ale prawdopodobnie znacznie większe od prognozowanych. Przy dziennym koszcie operacji sięgającym pięciu milionów dolarów i ograniczonych możliwościach szybkiego uzupełnienia rezerw, Waszyngton staje przed perspektywą wojny na wyniszczenie, którą trudno będzie wygrać na założonych warunkach.

Utrata wiarygodności sojuszniczej. Jedną z najpoważniejszych konsekwencji tej operacji jest postępująca erozja amerykańskiej reputacji sojuszniczej. Kraje Zatoki Perskiej, obserwując amerykańską dezorganizację i niezdolność do szybkiego rozstrzygnięcia konfliktu, dokonują rekalkulacji swoich strategicznych interesów. W debatach publicznych tych państw coraz wyraźniej wybrzmiewają pytania o zasadność dotychczasowego modelu sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Są to koszty polityczne trudno mierzalne w pieniądzach czy liczbie pocisków, ale fundamentalne dla amerykańskiej pozycji w regionie – i nie tylko tam. Każda poważna stolica na świecie, od Pekinu po Moskwę i Delhi, uważnie analizuje tę sytuację, wyciągając wnioski zachęcające do testowania amerykańskiej determinacji.

Dla Polski płynie z tego podstawowa lekcja strategiczna: paradygmat opierania narodowego bezpieczeństwa głównie lub wyłącznie na niezachwianej amerykańskiej gwarancji jest błędny i niebezpieczny. Przekonanie, że Stany Zjednoczone zawsze i nieodwołalnie będą zdolne do efektywnej projekcji siły na duże odległości, zostało poważnie nadwyrężone. Tymczasem Polska wciąż nie wypracowała nowej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego – poprzednia z 2020 roku, intelektualnie i strategicznie wątpliwa, nie doczekała się nawet aktów wykonawczych. Cztery lata krwawej wojny w Ukrainie nie wystarczyły, by wywołać poważną narodową debatę nad fundamentalnym pytaniem: na czym naprawdę oprzeć polską niepodległość, skoro dotychczasowy filar kruszeje.

Potrójne niepowodzenia Rosji – nie tylko straty, ale i zyski

Równolegle do amerykańskich problemów Rosja doświadczyła w ostatnim czasie trzech istotnych porażek, choć ich jednoznaczna interpretacja jako symptomu upadku byłaby błędem.

Mali – cios w afrykańskie wpływy. Rosyjscy najemnicy, dawni Wagnerowcy, ponieśli dotkliwą porażkę w Mali. Skoordynowane natarcie rebeliantów z północy i z centrum kraju doprowadziło do szybkiej utraty kontroli nad blisko połową terytorium i zagroziło samej juncie, którą Rosjanie wspierali. To kolejna z serii utrat wpływów – po Wenezueli i Armenii – co grozi Moskwie nie tylko prestiżowym uszczerbkiem, ale realnym ograniczeniem zdolności operacyjnych w Sahelu.

Armenia – sojusznik odwraca się od Moskwy. Spektakularny szczyt Armenia-UE z udziałem kilkudziesięciu państw unijnych symbolizuje fundamentalną zmianę w polityce Erywania. Porzucona przez Rosję podczas konfliktu z Azerbejdżanem, zaangażowaną wówczas na Ukrainie, Armenia została zmuszona do bolesnej kapitulacji. W efekcie rząd Paszyniana rozpoczął intensywne zbliżenie z Zachodem. Perspektywa integracji z NATO pozostaje odległa i spotkałaby się z ostrą reakcją Moskwy na miarę Ukrainy, jednak sam zwrot jest wymowny. Rosja nadal dysponuje kluczowymi instrumentami wpływu – Armenia jest całkowicie zależna od rosyjskiej ropy, gazu i obsługi elektrowni atomowej – ale przedstawiona sytuacja uderza w wizerunek Moskwy jako wiarygodnego sojusznika.

Front ukraiński – piąty miesiąc przewagi strat rosyjskich. Ukraińskie dane, nawet przy założeniu wojennej propagandy, wskazują na piąty z rzędu miesiąc, w którym straty rosyjskie przekraczają możliwości uzupełnień. Niezależne analizy potwierdzają symboliczne, lecz jednak postępy terytorialne Ukrainy przy jednoczesnym wyhamowaniu rosyjskich ataków. Zbliżająca się parada 9 maja, tradycyjnie stanowiąca kluczowy element legitymizacyjny putinowskiego reżimu, staje się źródłem nerwowości, podsycanej groźbą ukraińskich ataków dronowych.

Ostrzeżenie przed pochopnym optymizmem. Powyższe porażki nie układają się w liniowy trend słabnięcia Rosji. W tym samym czasie Moskwa pogłębia swoje wpływy na Białorusi, która de facto została już podporządkowana operacyjnie i wojskowo, pozostając formalnie niepodległa. Ta absorpcja ma dla Polski fundamentalne znaczenie: wydłuża dwukrotnie granicę z rosyjskim potencjałem wojskowym w porównaniu do obwodu królewieckiego i daje Moskwie bezpośrednią trasę projekcji siły. Wnioskowanie o nieuchronnym upadku Rosji z faktu jej strat w jednym obszarze, przy jednoczesnych zyskach w innym, jest klasycznym błędem indukcyjnym. Cele rosyjskie na Ukrainie pozostają jasne i niezmienne – niedopuszczenie do integracji Ukrainy z Zachodem w obszarze bezpieczeństwa – i Moskwa konsekwentnie do nich dąży, ponosząc wysokie, lecz akceptowane koszty.

Niemcy – remilitaryzacja mimo politycznej stagnacji

Rok rządów kanclerza Friedricha Merza przyniósł rozczarowanie wśród niemieckiej opinii publicznej. Ponad połowa Niemców nie wierzy, że wielka koalicja CDU/CSU-SPD przetrwa do końca kadencji, a zaledwie jedna czwarta w to wierzy. Zapowiadane spektakularne reformy – służby zdrowia, systemu emerytalnego, ubezpieczeń społecznych – utknęły w martwym punkcie. W polityce zagranicznej akcentowany przez Merza proamerykanizm zderzył się z rzeczywistością konfliktu z Donaldem Trumpem, co wywołało krytykę nieudolnego rozegrania sprawy relacji transatlantyckich.

Z perspektywy polskiej kluczowa pozostaje jednak kwestia remilitaryzacji. Wizja Merza dotycząca 460-tysięcznej armii, w przeciwieństwie do pustych deklaracji kanclerza Scholza, wydaje się nabierać realnych kształtów. Rheinmetall ogłosił, że produkuje już najwięcej amunicji na świecie, w tym kluczowej amunicji 155 mm, wyprzedzając Stany Zjednoczone. Trend powrotu do potencjału z czasów zimnej wojny, z półmilionową armią i zdolnościami mobilizacyjnymi, będzie najprawdopodobniej kontynuowany niezależnie od politycznych losów samego Merza. Remilitaryzujące się Niemcy, z ich gospodarczym i technologicznym potencjałem, stanowić będą nową jakość w europejskiej architekturze bezpieczeństwa – jakość, której Warszawa nie może ignorować.

Spotkanie Xi-Trump – rytuał wobec strategicznej porażki

Zapowiadane spotkanie Donalda Trumpa z Xi Jinpingiem nie przyniesie, według wszelkiego prawdopodobieństwa, przełomu w żadnej z istotnych dziedzin stosunków amerykańsko-chińskich. Ameryka pod rządami Trumpa przegrywa rywalizację z Chinami bardziej dotkliwie niż za Bidena. Wojna handlowa przynosi więcej strat Waszyngtonowi niż Pekinowi. W technologiach nie odnotowano znaczących sukcesów. Dyplomatyczne i ekonomiczne cele administracji nie są realizowane – czego dobitnym przykładem jest błyskawiczne wycofanie się Trumpa z ceł po tym, jak Chiny ogłosiły wstrzymanie eksportu minerałów ziem rzadkich.

Trump, potrzebując wizerunkowych sukcesów w polityce zagranicznej, będzie kontynuował strategię „dobrej miny do złej gry” – deklarując wspaniałą przyjaźń ze wspaniałym przywódcą Chin, podczas gdy realia wskazują na rosnącą amerykańską niezdolność do zdyscyplinowania głównego rywala. Spotkanie to, przy całym jego rytualnym znaczeniu, nie zmieni strukturalnej dynamiki, w której Waszyngton nie dysponuje wystarczającą siłą, by narzucić Pekinowi swoje warunki.

Implikacje – przebudzenie w świecie wielobiegunowym

Zarówno Japonia, jak i Korea Południowa, ze szczególną intensywnością Tokio, dokonują fundamentalnej rewizji założenia o niezachwianej wiarygodności amerykańskich gwarancji bezpieczeństwa. W przeciwieństwie do dominującego w Polsce przekonania, że Trump jest jedynie aberracją do przeczekania, tamtejsze elity postrzegają obecny kryzys jako strukturalny problem Ameryki.

Świat wielobiegunowy, który nieubłaganie nadchodzi, jest dla państw średnich takich jak Polska jednocześnie śmiertelnym zagrożeniem i bezprecedensową szansą. Analogia do konkwistadorów, którzy opuszczali bezpieczny Madryt, by narażając się na niebezpieczeństwa Nowego Świata, zdobyć fortuny i miejsce w historii, jest tu trafna. Polska nie ma jednak wyboru – już w tym nowym świecie jest. Pytanie brzmi, czy ma w sobie dość strategicznej odwagi i trzeźwości, by zająć miejsce w gronie państw wygrywających na nowym porządku, czy pozostanie biernym obserwatorem zmian.

Optymistycznym sygnałem jest pojawiająca się w wypowiedziach części polskich polityków retoryka przywództwa w dziedzinie bezpieczeństwa i nadawania tonu w Europie – na razie jednak całkowicie oderwana od strategicznych realiów. Świadczy natomiast o tym, że na poziomie myślenia zaczyna zachodzić zmiana. Historia uczy, że słowa mogą pozostać słowami – jak często bywało w polskim doświadczeniu – ale mogą też poprzedzać czyny. Domaganie się tych drugich ze strony państwa jest dziś powinnością każdego, komu zależy na silniejszej i mądrzejszej Polsce przyszłości.


Czy wolność żeglugi jeszcze istnieje? Konflikt w Zatoce pokazuje erozję ładu międzynarodowego | Niezbędnik Zagraniczny NK 1 – 8 maja 2026

Rozejm czy pat? Agencja Bloomberga we wtorek 5 maja ogłosiła: “Ceny ropy ustabilizowały się, ponieważ kruche zawieszenie broni między USA a Iranem nadal obowiązuje”. Konkurenci z Reutersa byli już innego zdania “Rozejm na Bliskim Wschodzie stoi pod znakiem zapytania, ponieważ Stany Zjednoczone i Iran walczą o kontrolę nad Cieśniną Ormuz.”

Konfuzja dotyczy tak mediów, jak i rynków międzynarodowych. Po gwałtownych zwyżkach cen kontraktów na ropę z zeszłego tygodnia, ropa Brent wróciła w okolice 100 dolarów, a indeksy giełdowe znowu rosły. Wszystko z tego powodu, że 6 maja przedstawiciele Iranu oświadczyli, że analizują amerykańską propozycję zakończenia wojny, która podobno zakłada zawieszenie przez Teheran wzbogacania uranu. Prezydent Donald Trump ostrzegł, że Stany Zjednoczone wznowią bombardowania Iranu na „znacznie większą skalę i z większą intensywnością”, jeśli kraj ten nie przyjmie porozumienia. Z jakiegoś powodu po raz kolejny rynki reagują entuzjastycznie na mglistą perspektywę zakończenia wojny, a najbardziej wojownicze wypowiedzi prezydenta nie bulwersują giełdowych traderów.

Po gwałtownych zwyżkach cen kontraktów na ropę z zeszłego tygodnia, ropa Brent wróciła w okolice 100 dolarów, a indeksy giełdowe znowu rosły.

Obie strony jednocześnie negocjują oraz walczą o to, kto ma prawo wydawać zgodę na przepłynięcie Cieśniny Ormuz i ją faktycznie kontrolować. Z tego punktu widzenia obecny rozejm bardziej przypomina pat, w którym żadna ze stron nie zdobyła wystarczającej przewagi, by narzucić własne warunki, ale jednocześnie powrót do działań zbrojnych nikomu nie jest na rękę. Ten ostatni jest jednak możliwy, jeśli status quo będzie dla którejś ze stron nie do utrzymania.

Obecnie górą wydają się być Irańczycy, gdyż zagrożenie, jakie powodują dla żeglugi, de facto paraliżuje cały ruch na tym wąskim pasku wody między Iranem a Półwyspem Arabskim. Prezydent USA wprawdzie ogłosił “Projekt Wolność”, wedle którego US Navy miałaby umożliwiać wypłynięcie statków z Zatoki na pełne morze, ale po niecałych 48 godzinach od ogłoszenia został on wstrzymany. W nocy z 5 na 6 maja Donald Trump wyjaśnił na platformie społecznościowej Truth Social, że chce sprawdzić, czy zostanie podpisane porozumienie z Iranem.

Tłumaczenie to wydaje się jednak opowieścią, która niezbyt zgrabnie przykrywa rzeczywistość: USA nie są w stanie zapewnić wolności żeglugi na tej strategicznej drodze wodnej. Marynarka wojenna USA w ramach Projektu Wolność nigdy nie oferowała konwojowania i ochrony statków, a jej rola miała w gruncie rzeczy sprowadzać się do doradzania wyboru najbezpieczniejszego przejścia dla statków handlowych. Dwie spośród jednostek, które zdecydowały się skorzystać z amerykańskiego wsparcia, zostały ostrzelane przez Irańczyków.

USA nie są w stanie zapewnić wolności żeglugi na tej strategicznej drodze wodnej.

W pobliżu Cieśniny utknęło około 1600 statków i 20 000 marynarzy, którzy dalej czekają na możliwość wypłynięcia na pełne morze.

Zaatakowano też infrastrukturę naftową w Fudżajrze, czyli największym porcie w Zjednoczonych Emiratach Arabskich leżącym poza Zatoką, po drugiej stronie cieśniny Ormuz. Emiracka obrona miała tam przechwycić dwanaście rakiet balistycznych, trzy pociski manewrujące i cztery drony z Iranu.

Stawka wojny w Zatoce. Warto zauważyć, że podstawowa obietnica Pax Americana polegała na tym, że Waszyngton dostarczał bezpieczeństwo jako dobro publiczne do systemu międzynarodowego, zapewniając przede wszystkim wolność i bezpieczeństwo żeglugi.

Stawką trzeciej wojny w Zatoce jest w gruncie rzeczy ta wolność żeglugi, a pośrednio – status Ameryki jako mocarstwa niepodzielnie panującego na morzach. Niezależnie więc od oceny działań USA w Iranie, wszyscy uważający obecny globalny ład ekonomiczny za korzystny powinni trzymać kciuki za Waszyngton. To z tego powodu na przykład Francja wysłała swoją grupę uderzeniową z lotniskowcem na Morze Czerwone. Stanowi pierwszy krok w kierunku ewentualnej misji mającej na celu zabezpieczenie Cieśniny Ormuz. Jeśli Stany Zjednoczone i Iran dojdą do porozumienia, Paryż jest gotowy włączyć się w skład wielonarodowych sił odpowiedzialnych za ochronę statków przepływających przez Cieśninę.

W Libanie dalej krwawy “rozejm”. 6 maja Izrael poinformował, że przeprowadził atak na południowe przedmieścia Bejrutu, którego celem był jeden z najwyższych dowódców Hezbollahu, wspieranej przez Iran milicji. Jest to pierwszy atak na stolicę Libanu od czasu, gdy oba kraje wprowadziły w zeszłym miesiącu kruche zawieszenie broni. Walki między Hezbollahem a Izraelem w innych rejonach Libanu trwają nadal.

Jeśli Stany Zjednoczone i Iran dojdą do porozumienia, Paryż jest gotowy włączyć się w skład wielonarodowych sił odpowiedzialnych za ochronę statków przepływających przez Cieśninę.

Stany Zjednoczone wezwały Liban i Izrael do podjęcia negocjacji. Wcześniej premier Libanu Nawaf Salam wykluczył możliwość zorganizowania w najbliższym czasie „spotkań na wysokim szczeblu”. Trudno jednak powiedzieć, na czym te negocjacje miałyby polegać. Oficjalny rząd w Damaszku i podległe mu siły zbrojne nie biorą udziału w walkach, nie mając wpływu ani na politykę Izraela, ani na szyicki Hezbollah, autonomiczną milicję kontrolującą znaczną część kraju.

Ukraina stabilizuje front i odbija niektóre okupowane terytoria. Wedle amerykańskiego Instytutu Badań nad Wojną, rosyjskie siły utraciły w kwietniu kontrolę nad 116 km2 terenu więcej niż uzyskały. Była to pierwsza strata terytorium “netto” przez Rosję od czasu ukraińskiej operacji w obwodzie kurskim w sierpniu 2024 roku. Najeźdźcy posuwają się powoli naprzód w Donbasie, ale w okręgach dniepropietrowskim i zaporoskim musieli się cofać.

Fakty te mają znaczenie głównie symboliczne, ponieważ nie doszło do znaczącego przełamania, nawet w skali operacyjnej. Natomiast jest to ważny symbol powodzenia ukraińskiego oporu, a symbole na wojnie mają znaczenia, gdyż organizują wyobraźnię.

Natomiast powód względnego ukraińskiego powodzenia może zwiastować nowy etap wojny: pat. Ze względu na przewagę Ukrainy w wojskach dronowych i zakłócenia logistyki wojskowej, Rosjanie na razie nie są w stanie posuwać się nawet w tak niewielkim tempie, jak w 2025 r.

Dzięki masowemu użyciu bezzałogowców mogących atakować cele odległe od kilkudziesięciu do 100 km od linii frontu, Kijów wydaje się stabilizować front na całej jego długości.

“Rozejmy” i piesza parada w Moskwie. Przykładem na to, że symbole są istotne w warunkach wojny, jest też gra ogłaszanymi przez obie strony “jednostronnymi rozejmami”. Kreml proklamował takie zawieszenie broni na 8-9 maja, tradycyjny czas parad z okazji zakończenia II wojny światowej w Moskwie i innych większych miastach.

Na to Kijów odpowiedział własnym jednostronnym rozejmem 6 maja, który miał być sprawdzianem rosyjskich intencji. Już przed południem prezydent Ukrainy oświadczył, że w godzinach porannych “rosyjska armia dopuściła się 1820 naruszeń zawieszenia broni: ostrzałów, prób szturmów, uderzeń lotniczych oraz użycia dronów”.

„Ukraina jasno deklarowała, że będzie działać w sposób symetryczny, uwzględniając natarczywe rosyjskie apele w mediach i sieciach społecznościowych o wprowadzenie rozejmu na czas moskiewskiej parady. Dla wszystkich normalnych ludzi oczywiste jest, że pełnowymiarowa wojna i codzienne zabijanie ludzi to zły czas na publiczne świętowanie” – oświadczył Wołodymyr Zełenski w mediach społecznościowych.

W ten sposób Ukraińcom udało się zrzucić na Rosjan winę za nieprzestrzeganie rozejmu 9 maja, który został ogłoszony po rozmowie Putin-Trump, a na który Kijów nigdy nie wyraził zgody.

Parada zwycięstwa w 81. rocznicę końca wojny światowej będzie w tym roku wyjątkowo skromna. Może sprowadzić się do przemarszu oddziałów wojskowych silnie osłanianych przed ewentualnymi atakami ukraińskich dronów.

Ta parada zwycięstwa okazać się może też pułapką dla samej Rosji. Do Moskwy ściągane są dodatkowe baterie obrony przeciwpowietrznej, by chronić samą paradę i przebywających tam VIP-ów. Będzie prowadzić to do odsłonięcia instalacji o strategicznym znaczeniu dla Rosji.

Kto będzie na paradzie zwycięstwa? W 2025 roku w stolicy Rosji paradzie przyglądało się ok. 30 przywódców państw z Europy, Azji, Afryki i Ameryki Południowej. Najważniejszym gościem był chiński przewodniczący Xî Jinping.

W porównaniu z zeszłoroczną pompą tegoroczne obchody zapowiadają się skromnie. Prawdopodobnie przyjadą niektórzy przywódcy Azji Centralnej, a i to nie jest pewne. Na razie swoją obecność zapowiedział król Malezji oraz prezydent Białorusi.

Premier Słowacji – wbrew wcześniejszym zapowiedziom – na samej paradzie się nie pojawi, a jedynie złoży wieniec na grobie nieznanego żołnierza w Moskwie i spotka się z gospodarzem Kremla.

Można z tego zestawienia wyciągnąć dwa ostrożne wnioski, oba dla Rosji niekorzystne. Po pierwsze, że pozycja Moskwy od maja 2025 r. znacznie się pogorszyła. Po drugie, że w zeszłym roku do stolicy Rosji ciągnęły pielgrzymki innych przywódców nie za sprawą Władymira Putina, tylko jego chińskiego odpowiednika.

Armenia gra na nosie Kremlowi. Jeszcze rok temu Nikol Paszynian pojechał do Moskwy na paradę zwycięstwa. W tym roku na spotkanie Europejskiej Wspólnoty Politycznej premier Armenii zaprosił do Erywania nie tylko przywódców UE i państw z nią współpracujących, ale też największych wrogów Moskwy i Mińska, czyli prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego i Swiatłanę Cichanouską, zwyciężczynię wyborów prezydenckich z 2000 r. na Białorusi, a dzisiaj emigrantkę polityczną. Prośby białoruskich służb dotyczące ekstradycji liderów opozycji zostały zignorowane.

„Dziś w Erywaniu dwóch bezmózgich rusofobów, którzy świetnie mówią po rosyjsku, rozmawiało między sobą łamanym angielskim z powodu własnej ułomności” – z mieszaniną pogardy i wściekłości komentował spotkanie premiera Paszyniana z prezydentem Zełenskim były premier i były prezydent Rosji, a obecnie sekretarz putinowskiej Rady Bezpieczeństwa Dmitrij Miedwiediew

To niezwykle ryzykowna gra premiera Armenii Nikola Paszyniana. Kraj ten formalnie wciąż jest członkiem zdominowanej przez Rosję Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (OUBZ) oraz Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej (EUG). Zaledwie godzinę drogi od Erywania, w Giumri, znajduje się rosyjska baza wojskowa. Do tego w wielu sektorach gospodarki istotną rolę odgrywa rosyjski kapitał. Ponad 35 proc. całej wymiany handlowej przypada na Rosję, która jest głównym dostawcą surowców energetycznych do Armenii.

Ponad 35 proc. całej wymiany handlowej przypada na Rosję, która jest głównym dostawcą surowców energetycznych do Armenii.

Stosunki armeńsko-rosyjskie znalazły się w głębokim kryzysie po drugiej wojnie w Górskim Karabachu w 2023 r., gdy Azerbejdżan definitywnie odzyskał region kontrolowany od lat 90-tych przez ormiańskich separatystów. Choć pakt obronny OUBZ formalnie nie obejmował tego regionu uznawanego w prawie międzynarodowym za terytorium azerskie, to ta organizacja zignorowała liczne prośby o pomoc płynące z Erywania, który alarmował, że konflikt objął również suwerenne terytorium Armenii. W kraju pojawiły się setki tysięcy uchodźców-karabaskich Ormian. Władze w Erywaniu zamroziły więc swoje członkostwo w OUBZ oraz wyprosiły rosyjskich pograniczników ze stołecznego lotniska.

Tamtejszy parlament zadeklarował chęć zbliżenia do Unii Europejskiej, co wprawdzie co najmniej od powołania Partnerstwa Wschodniego przez Unię Europejską w 2009 r. było możliwością, ale Armenia nie wykonywała przez ponad dekadę istotnych ruchów świadczących o chęci integracji z Europą.

Wymowna była też obecność na szczycie w Erywaniu prezydenta Azerbejdżanu Ilhama Alijewa. Od zawieszenia broni i unormowania stosunków w zeszłym roku państwa te przeżywają okres względnej normalizacji, korzystając po części z amerykańskich zachęt. Za akuszera azerbejdżańsko-armeńskiego pokoju uważa się nieco na wyrost prezydent Trump.

W przyszłym miesiącu w Armenii odbędą się wybory parlamentarne. Nikol Paszynian wedle wszelkiego prawdopodobieństwa pozostanie premierem przez kolejną kadencję.

Upadł rumuński rząd. Parlament 5 maja doprowadził do upadku rządu Ilie Bolojana, lidera centroprawicowej Partii Narodowo-Liberalnej (PNL), co oznacza początek kryzysu parlamentarnego w tym kraju. O upadku gabinetu zdecydowały głosy wcześniejszego koalicjanta, centrolewicowej Partii Socjaldemokratycznej (PSD). Od kwietnia rząd Bolojana miał charakter mniejszościowy, po tym jak z koalicji wyszli socjaldemokraci. Pozostał w niej oprócz PNL także centrowy Związek Ocalenia Rumunii (USR) i centroprawicowy Demokratyczny Związek Węgrów w Rumunii (UDMR).

Rząd zachowywał charakter prounijny w odróżnieniu od opozycyjnego, skrajnie prawicowego Sojuszu na rzecz jedności Rumunów (AUR) oraz partii S.O.S Rumunia, które łączy nieufność do instytucji UE i integracji.
PSD opuściła rząd i zaczęła wzywać do dymisji premiera w związku z forsowaną przez niego polityką oszczędności, która miała poprawić stan finansów publicznych Rumunii i doprowadzić do zatwierdzenia miejscowego Krajowego Programu Odbudowy przez Brukselę. Zarzewiem sporu między koalicjantami było podniesienie podatku VAT z 19% do 21% oraz zamrożenie części wydatków budżetowych.

Choć od 2020 r. zadłużenie państwa w relacji do PKB dynamicznie rośnie, to w porównaniu z innymi państwami UE pozostaje niskie. Osiągnęło w ubiegłym roku ok. 60 proc. Jednak ze względu na rosnące koszty obsługi zadłużenia, dług nominowany w walutach obcych stawał się problemem dla Bukaresztu. W odróżnieniu od Bułgarii, która przyjęła euro od stycznia 2026 r., w Rumunii walutą pozostaje narodowy lej.

W odróżnieniu od Bułgarii, która przyjęła euro od stycznia 2026 r., w Rumunii walutą pozostaje narodowy lej.

Niepopularne decyzje makroekonomiczne sprawiły, że wyborcy socjaldemokratów zaczęli odpływać do skrajnej prawicy. AUR może już wedle sondaży liczyć na ponad 36 proc. głosów.

Niestabilność polityczna może sprawić, że Rumunia straci szansę na uzyskanie ok. 10 mld euro z miejscowego KPO,  które mają zostać przekazane Bukaresztowi po wdrożeniu uzgodnionych reform (tzw. kamieni milowych). Rumunia ma na to czas do sierpnia, a brak wykorzystania europejskich kredytów obciążyło by wizerunek koalicjantów wśród ich wyborców.

Dlatego wobec upadku rządu wybrany w zeszłym roku centrowy prezydent kraju Nicușor Dan poszuka wśród proeuropejskich ugrupowań kandydata na premiera, który będzie w stanie odtworzyć istniejącą przed wyjściem PSD z rządu koalicję.

Obecnie to najbardziej prawdopodobny wariant wyjścia z politycznego impasu. Socjaldemokraci deklarują, że wrócą do rządu, jeśli zmieni się premier. Jednak PNL na razie wyklucza możliwość wskazania innego kandydata na szefa rządu i powrót do koalicji z lewicą.

W Rumunii droga do przedterminowych wyborów jest długa. Są możliwe tylko wtedy, gdy dwóch kandydatów na premiera nie uzyska wotum zaufania w ciągu 60 dni. W takim wypadku ostateczna decyzja o ewentualnym rozwiązaniu parlamentu należy do prezydenta. Ewentualne nowe wybory możliwe są najwcześniej w końcu roku, ale wcześniej kraj może czekać długi okres politycznej niepewności.

Kara śmierci za korupcję. Wedle chińskiej państwowej agencji Xinhua, dwaj byli chińscy ministrowie obrony, Wei Fenghe, który sprawował urząd ministra obrony Chin w latach 2018–2023, oraz Li Shangfu, pełniący tę funkcję od marca do października 2023 roku, zostali 7 maja skazani na karę śmierci za korupcję. Wykonanie wyroku odroczono na dwa lata. Wyroki zostały wydane oddzielnie przez chiński sąd wojskowy.

Zgodnie z orzeczeniami sądu Wei Fenghe został uznany za winnego przyjmowania pieniędzy, natomiast Li Shangfu został skazany zarówno za przyjmowanie, jak i wręczanie łapówek. Obaj zostali także dożywotnio pozbawieni praw politycznych, a cały ich majątek osobisty zostanie skonfiskowany.

Zarówno Wei, jak i Li są również byłymi członkami Centralnej Komisji Wojskowej oraz byłymi radcami państwowymi Chin. Należeli do najściślejszego przywództwa ChRL.

Korupcja w chińskiej elicie ma charakter endemiczny. Nie jest wypaczeniem systemu, lecz jego cechą. Oficjalne uposażenie najwyższych urzędników jest dość skromne. Jednocześnie, by piąć się w górę po ścieżkach kariery i budować wpływy, potrzeba znacznych środków finansowych.

Jednocześnie dla rządzącego od 2012 r. Xî Jinpinga walka z korupcją stała się narzędziem legitymizacji władzy wśród społeczeństwa i dyscyplinowania członków elity. Kara śmierci wymierzona dwóm urzędnikom, których Xî samodzielnie mianował, nie jest już jednak typową praktyką. Świadczy o chęci wymuszenia bezwzględnego posłuszeństwa i umocnienia własnej władzy.

Wybory w ważnych stanach Indii. 4 maja ogłoszono wyniki kwietniowych wyborów w czterech indyjskich stanach i terytorium związkowym Puducherry. Doszło w nich do kilku istotnych przetasowań politycznych. W trzecim najludniejszym indyjskim stanie Bengal Zachodni Mamata Banerjee – dotychczasowa premier i liderka All India Trinamool Congress (TMC), czyli regionalnej partii o centrolewicowym, populistycznym profilu – poniosła dotkliwą porażkę. Władzę przejęła rządząca na szczeblu centralnym od 2014 roku Indyjska Partia Ludowa (BJP) premiera Narendry Modiego, zdobywając 207 z 294 mandatów i kończąc 15-letnie rządy TMC. Do głównych przyczyn tej porażki zalicza się narastające zmęczenie wyborców długoletnimi rządami jednej partii, zarzuty korupcyjne wobec lokalnych działaczy TMC, skuteczną mobilizację elektoratu przez BJP oraz silną, spersonalizowaną kampanię liderów tej partii, w tym regionalnego przywódcy tej partii Suvendu Adhikari. Warto dodać, że Adhikari nie zawsze był związany z BJP – w latach 90. zasilił szeregi wówczas rządzącego Indyjskiego Kongresu Narodowego, a następnie w latach 1998–2020 działał w TMC, zanim przeszedł do BJP po konflikcie z Mamatą. BJP pomogła niewątpliwie także kontrola nad “zasobami administracyjnymi” – z list wyborców skreślono kilka tygodni temu 9 mln ludzi.

W trzecim najludniejszym indyjskim stanie Bengal Zachodni Mamata Banerjee – dotychczasowa premier i liderka All India Trinamool Congress (TMC), czyli regionalnej partii o centrolewicowym, populistycznym profilu – poniosła dotkliwą porażkę.

Drugi sukces rządząca na szczeblu centralnym BJP odniosła w Asamie. Koalicja wyborcza pod jej przywództwem utrzymała rządy. Zapewniło to premierowi stanowemu Himancie Biswa Sarmie trzecią kadencję. Podobnie w terytorium związkowym Puducherry, gdzie koalicja z udziałem BJP umocniła swoją władzę ,zdobywając 18 z 30 mandatów.

O sukcesie może też mówić najstarsza partia subkontynentu, czyli Indyjski Kongres Narodowy. W południowoindyjskiej Kerali nastąpiła zmiana władzy – koalicja Zjednoczony Front Demokratyczny (UDF) pod wodzą Kongresu zdobyła 102 na 140 mandatów, przerywając dziesięcioletnie rządy Lewicowego Frontu Demokratycznego (LDF) spod znaku sierpa i młota.

W Tamil Nadu, jednym ze stanów – motorów indyjskiego wzrostu gospodarczego, dużym zaskoczeniem był sukces aktora i świeżo upieczonego polityka Thalapathy Vijaya oraz jego nowej Partii Zwycięstwa Tamilów. Głosząc hasła antykorupcyjne to stronnictwo zdobyło 108 mandatów w 234-osobowym zgromadzeniu stanowym.

Przełamało tym samym dominację partii drawidyjskich, które dotąd dominowały w tym stanie. To ugrupowania wywodzące się z ruchu społeczno-politycznego podkreślającego tożsamość drawidyjską (południowoindyjską), sprzeciw wobec dominacji kultury północnych Indii oraz postulaty sprawiedliwości społecznej i świeckości. Wynik TVK nie daje samodzielnej większości (brakuje do niej 10 głosów), więc ostateczny kształt rządu będzie zależał od ewentualnych koalicji.

Wybory stanowe w Indiach to bezpardonowa walka polityczna, w której strony wymierzają sobie także ciosy poniżej pasa, a prawa wyborcze nie zawsze są respektowane. Rządząca w Nowym Delhi i ciągle bardzo popularna ludowa BJP premiera Modiego stopniowo umacnia się także na poziomie stanowym dzięki sojuszom z silnymi lokalnymi liderami i wykorzystaniu nacisków administracyjnych.

Jednak zwracając uwagę na niedostatki indyjskiej demokracji warto zauważyć, że ten system ciągle jest pluralistyczny i konkurencyjny. Wyborcy dzięki swoim decyzjom przy urnach wciąż mają wpływ na rządzących na poziomie federalnym i stanowym.

Japonia na ćwiczeniach filipińsko-amerykańskich. 4 maja japońskie Siły Samoobrony wzięły udział w ćwiczeniach z użyciem ostrej amunicji w ramach corocznych amerykańsko-filipińskich manewrów wojskowych „Balikatan”. Ten etap ćwiczeń, przeprowadzonych na wybrzeżu Morza Południowochińskiego w prowincji Ilocos Norte, polegał na odparciu symulowanego desantu wroga.

Japonia dołącza do wielostronnych wysiłków mających na celu wzmocnienie potencjału odstraszającego w obliczu chińskiej ekspansji morskiej na Morzu Południowochińskim. Jako uczestnik w corocznych manewrach Balikatan bierze udział od 2023 r.

Klęska brytyjskich labourzystów? 7 maja odbyły się wybory do parlamentów Walii i Szkocji oraz do rad lokalnych w większości regionów Anglii. Ich wyniki nie były znane w momencie przygotowywania tego materiału. Jeśli potwierdzą się sondaże, to dla rządzącej Partii Pracy wybory te będą szczególnie bolesne. Może ona stracić od 1200 do 1900 z 2200 mandatów w radach, o które walczy. Partia centrolewicowa może również stracić kontrolę nad walijskim parlamentem, czyli Senedd, po raz pierwszy od czasu utworzenia tej izby w 1999 roku.

Z dużym prawdopodobieństwem jednak zwycięzcami nie będą torysi. Populistyczno-lewicowa Partia Zielonych ma nadzieję na zdobycie poparcia w miejskich bastionach Partii Pracy, zwłaszcza w Londynie. Populistyczno-prawicowa partia Reform UK chce wyprzeć Partię Pracy z jej tradycyjnych okręgów wyborczych klasy robotniczej w północnej Anglii.


Duży może więcej. Dlaczego w obrocie morskim liczą się wielkie korporacje?

Teza na temat ważności roli obrotu morskiego, portów, żeglugi i producentów statków w gospodarce światowej nie budzi już chyba dla nikogo wątpliwości, a jako potwierdzenie przytacza się fakt, iż ok. 80% globalnego handlu realizowanego jest z wykorzystaniem mórz i oceanów transferujących ponad 10 miliardów ton ładunków rocznie. Mniejsza jest jednak świadomość na temat roli głównych uczestników obrotu morskiego, to jest przewoźników, którzy obsługują globalne szlaki żeglugowe. Niestety monopolizują oni też przewóz za pośrednictwem daleko posuniętych procesów integracji i konsolidacji, fuzji kapitałowych i organizacyjnych wraz z praktykami eliminacji konkurencji.

Przewoźnicy monopolizują przewóz za pośrednictwem daleko posuniętych procesów integracji i konsolidacji, fuzji kapitałowych i organizacyjnych wraz z praktykami eliminacji konkurencji

Dla zrozumienia tej zależności nie wystarczą odwołania do współczesnych trendów technologicznych na temat racjonalizacji przestrzeni morskiej, konteneryzacji i konieczności budowy coraz większych jednostek pływających a z drugiej strony coraz większych portów jako odpowiednik rosnących woluminów i handlu. Jest oczywiście prawdą, iż procesy konsolidacyjne na rynku morskim korespondują z naturalnymi procesami gospodarki światowej zainicjowanymi powojennym trendem rozwoju korporacji i towarzyszącą mu monopolizacją i kartelizacją gospodarki (rewolucja menedżerska i nowe modele zarządzania), co uległo przyspieszeniu wraz z globalizacją. Istotną cezurą rozwoju handlu morskiego i wymiany handlowej było w końcu przesunięcie się punktu ciężkości świata z Zachodu do Azji.

Rzut oka na czasy kolonialne

Aby dobrze zrozumieć naturę tej zależności, trzeba by jednak sięgnąć wcześniej, mianowicie do genezy handlu morskiego czasów kolonialnych, co przyczyniło się do rewolucji przemysłowej i ekspansji zachodnich wartości i produktów na cały świat. Wtedy to bowiem formowała się koncepcja, że „duży może więcej”. Pierwszymi formami organizacyjnej ekspansji, a jednocześnie spółkami prawa międzynarodowego i równocześnie armatorami były, jak wiadomo, wielkie kompanie handlowe XVII wieku, a największą i najważniejszą wschodnioindyjska powołana na mocy przywileju frachtu wydanego przez królową brytyjską Elżbietę I w 1600 roku. Ona to pociągnęła za sobą powstawanie kolejnych, w efekcie w trakcie XVII i XVIII wieku powstało ich ok. 80 – obsługujących różne rejony świata, a do rywalizacji o morza dołączyli też Francuzi.

Po zaciętej rywalizacji mocarstw morskich o dostęp do nowych lądów kraje anglosaskie stopniowo wyrastały jednak na nowego hegemona i dysponenta władzy na bazie ustaleń aktów nawigacyjnych, dzielących świat wedle nowych stref wpływów. Wielka Brytania w latach 1680–1820 rosła szybciej, jeżeli chodzi o per capita, niż jakikolwiek inny kraj świata, umacniając swą handlową hegemonię na morzach i oceanach. Rozwój międzynarodowego podziału pracy pogłębiał specjalizację i wymianę międzynarodową, wykształcając system trwałych związków, obejmujących coraz większą liczbę krajów. Wielkim potentatom z trudem przychodziło jednak dzielenie się światem z innymi, stąd liczne zatargi i wojny, np. holendersko-angielskie.

Nie należy też zapominać, iż aktywność odkrywców, a potem kolonizatorów stymulowana była przez nową filozofię Wieku Świateł, która umacniała człowieka w przekonaniu, iż staje się panem mórz i lądów, zmieniając świat w ziemię poddaną. Wszak odkrycia geograficzne sprzyjały eliminacji z globu wszelkich lądów nieznanych i zacienionych jako dawnych terra incognito, analogicznie jak racjonalizm rugował z naszych umysłów średniowieczne zabobony i przesądy. Można tu dostrzec ciekawą i korespondującą z tematyką artykułu – tendencję scalającą wyrastającą z chęci projektowania rozwiązań całościowych, o wielkiej skali. W procesie tym motywację żeglarza i odkrywcy geograficznego wyrażały dwa krzyżujące się instynkty: korsarza i kupca – jako chęci ekspansji i dominacji nad otoczeniem, kolonizacji i podboju – w stylu darwinistycznej walki gatunków i rozpychania się łokciami; a z drugiej strony w stylu ekonomii leseferyzmu, w której zwycięzca zgarnia całą pulę.

Odkrycia geograficzne sprzyjały eliminacji z globu wszelkich lądów nieznanych, analogicznie jak racjonalizm rugował z naszych umysłów średniowieczne zabobony i przesądy

Nowożytne prawo na rzecz obrotu morskiego

Proces konsolidacji rósł też w siłę na skutek nowożytnych rozwiązań prawnych, które na papierze prezentowały się bardzo postępowo – w duchu Mare Liberum Grotiusa czyniąc morza i oceany wolnymi i dostępnymi dla wszystkich. W istocie jednak w miejsce dawnego podporządkowania globu bullom papieskim wkroczyły nagie instynkty nacjonalistyczne i walka o interesy. Warto na marginesie prawodawstwa zwrócić uwagę na rolę gwarancji jednostkowych nowoczesnego prawodawstwa gospodarczego rozwijającego się w kierunku kontraktów (a contrario), czyli umów równych – przynajmniej teoretycznie – względem siebie podmiotów, co było odpowiedzią na proces różnicowania się gospodarki i wyodrębniania coraz to nowych funkcji i spółek prawa handlowego.

Do początków XVIII wieku prawo nie było zbyt skomplikowane w tej materii (bo i tradycja rzymska trochę poszła w zapomnienie), nie odróżniając armatora od przewoźnika, podobnie jak wcześniej nie odróżniano także przewoźnika od gestora ładunku, czyli kupca. Indywidualizacja formalna sprzyjała jednak wyodrębnianiu poszczególnych ogniw – uczestników obrotu morskiego, często wyspecjalizowanych spółek spedycyjnych, brokerskich, sztauerskich. Szybko się jednak okaże, iż zdobycze dla małych firm są tylko na papierze, jako że nowy porządek sprzyjać będzie tzw. rynkowi przewoźnika, a w nim to firma żeglugowa dyktować będzie warunki. Trochę przyczynił się do tego kontraktowy charakter nowoczesnego prawodawstwa niszczącego oddolne więzi i związki kupieckie. Poza tym duzi dysponowali dostępem do środków kapitałowych, technologii, a przede wszystkim kancelarii prawnych, które trzymały ich stronę. Przykładem powyższej asymetrii może być rynek ubezpieczeń morskich, który chronił interesy przewoźnika przed roszczeniami gestorów ładunków, czyli producentów i kupców w razie uszkodzenia czy utraty ładunku (umowy handlowe w razie katastrofy morskiej nie chroniły towaru, lecz przewoźnika). W efekcie od XIX wieku rosło znaczenie interesów wyodrębnionych kompanii żeglugowych, które dbały o swe interesy, monopolizując rynek.

Umowy handlowe w razie katastrofy morskiej nie chroniły towaru, lecz przewoźnika

Ku kartelom – ewolucja form organizacyjnych

Kolejnym etapem powyższego procesu będą nowe formy organizacji transportu morskiego uprzywilejowujące tzw. konferencje żeglugowe rozumiane jako porozumienia o charakterze kartelowym, w ramach których armatorzy wspólnie ustalali taryfy i stawki dla eliminacji konkurencji. W organizacjach tych zawierano też porozumienia międzykonferencyjne, by organizować rynki, np. za pośrednictwem puli żeglugowych dedykowanych poszczególnym rynkom i destynacjom terytorialnym. To nowy sposób organizacji linii żeglugowych, którego ewolucją będą współczesne alianse grupujące armatorów i ich serwisy oceaniczne. Pierwszą liniową konferencją frachtową zawiązaną przez 3 armatorów brytyjskich była Konferencja Kalkucka z 1875 roku. W latach 60. ubiegłego wieku konferencji tych będzie już ponad 36.

Stopniowo następował jednak rozkład systemu konferencyjnego na rzecz nowych porozumień, serwisów, kończąc na aliansach kontenerowych, których rozkwit nastąpił od 1996 roku wraz z Global Alliance. Zmniejszała się też ich liczba. Zauważmy, iż wskutek globalizacji, trendu outsourcingu czy wreszcie optymalizacji ekonomicznych, przedsiębiorstwa często wydzielają osobne podmioty pełniące funkcję jednostek wydelegowanych do czynności operatorskich. Zajmują się one eksploatacją, planowaniem podróży czy rekrutacją załogi. Z drugiej zaś strony te nowo wydzielane specjalności za każdym razem stają się tylko dodatkową pokusą, by je wchłonąć i podporządkować korporacji, jak było i dawniej.

Trend integracji i konsolidacji przyspieszył w ostatnich latach, podwajając wzrost udziału 10 największych armatorów w światowym tonażu. Proces dokonuje się poprzez fuzje i przejęcia, np. zakup armatora APL przez grupę CMA-CGM w 2015 r., ale także poprzez tworzenie spółek typu joint venture, co w 2018 roku uczyniło trzech japońskich armatorów: NYK, MOL i K-Line. Innym przykładem było przejęcie armatorów P&O i Nedlloyd przez Maersk czy Choyang przez Hanjin Shipping.

10 największych operatorów światowych dysponuje dziś blisko 90% światowej floty

Alianse żeglugowe w natarciu

Najważniejszym sposobem skupiania masy towarowej i konsolidacji rynku jest w końcu tworzenie aliansów strategicznych, zwanych również sojuszami. W efekcie, o ile w roku 2000 na rynku funkcjonowało ich 10, w 2018 było ich tylko 3 (2M, The Alliance, Ocean Alliance). W 2025 roku nastąpiły w końcu kolejne istotne zmiany w krajobrazie sojuszy żeglugowych, których siatki połączeń starały się wyjść naprzeciw wyzwaniom rosnącej chwiejności gospodarczej, napięciom geopolitycznym jako skutku nowych punktów zapalnych globu, a wcześniej pandemii; doprowadziły one do przetasowania dotychczas uważanych za stabilne szlaków żeglugowych. Chodziło oczywiście o racjonalizację połączeń i zapewnienie punktualności zawinięć.

Choć potencjalnie każda radykalna zmiana wywołuje reset w łańcuchach powiązań, a to daje szansę dla nowych graczy, by coś ugrać dla siebie i wejść w miejsce dotychczas przez kogoś zajmowane – wiele wskazuje na to, że umacnia się pozycja wielkich przewoźników i ich kompanii. W efekcie 10 największych operatorów światowych dysponuje dziś blisko 90% światowej floty, pod względem tonażu zgrupowanej w 4 głównych kartelach żeglugowych: Gemini Cooperation (w skład którego wchodzi duński Maersk i niemiecki Hapag-Lloyd), Ocean Alliance (składający się z francuskiego CMA-CGM, chińskiego COSCO Group, chińskiego OOCL i tajwańskiego Evergreen), Premier Alliance (obejmującego japoński Ocean Network Express, tajwański Yang Ming i południowokoreański Hyundai Merchant Marine) oraz MSC Independent Operations, bowiem włoski Mediterranean Shipping Company zdecydował się na budowę samodzielnego organizmu.

Trend monopolizacji obrotu morskiego wspierają też inne procesy. Początkowo konteneryzacja ograniczała się wyłącznie do odcinka port–port. Na pewnym etapie rozwoju globalizacji armatorzy zmuszeni zostali do zejścia w ląd, by podejmować inicjatywy na rzecz włączenia się w procesy akwizycji pozyskiwania ładunków i organizację, a nawet samodzielne wykonywanie dowozu kontenerów do portów morskich i odwozu z nich. Chodziło o przełamanie nieufności załadowców i spedytorów do nowej technologii i ułatwienie korzystania z niej w obustronnym interesie – szybszej, bezpieczniejszej i tańszej obsługi transportowej ładunków.

Dziś najwięcej inwestycji w porty morskie, centra logistyczne i terminale, także te ulokowane głęboko na lądzie, jest udziałem armatorów: MSC, Maerska czy chińskiego COSCO, a rosnące wpływy tego ostatniego wyglądają dla nas groźnie. Niemniej to kompanie żeglugowe przyczyniają się do przemian technologicznych i usprawnienia obsługi w portach kontenerowych, a procesom tym porty zawdzięczają swoje wyniki. Ekspansja roli armatora wynika też z poziomu złożoności operacji portowo-logistycznych oraz wzrostu znaczenia IT w zarządzaniu łańcuchami dostaw. Morscy przewoźnicy zeszli więc z kontenerami w ląd, nawet na dalekie zaplecze portów, stając się tym samym pionierami konteneryzacji również w transporcie lądowym, a zarazem organizatorami lądowo-morskich i multimodalnych łańcuchów logistycznych.

Morscy przewoźnicy zeszli z kontenerami w ląd, nawet na dalekie zaplecze portów, stając się tym samym pionierami konteneryzacji również w transporcie lądowym

Przeobrażenia globalnej gospodarki

Udział tych ostatnich w gospodarce światowej można też postrzegać w innych ujęciach, obrazujących jej strukturalne przeobrażenia i rekonfigurację. Produkcja, surowce i sprzedaż są rozproszone po całym świecie,​ z kolei przepływy towarów, kapitału i informacji są szybsze i tańsze niż kiedyś. Zauważmy, iż lądowo-morski łańcuch dostaw jako termin z dziedziny logistyki obejmuje dziś nie tylko transport oraz usługodawców; w ramach tego terminu rozpatruje się poszczególne ogniwa procesu logistycznego od procesu wydobycia surowca, przez różne fazy produkcji, uszlachetniania towarów, aż produkt trafi do finalnego klienta, przy czym oczywiście każde ogniwo ulokowane jest w innym obszarze globu zgodnie z zasadą outsourcingu.

Dla przykładu Apple, który sprzedaje swe iPhone’y na całym świecie – wpierw projektuje je w USA, po czym komponenty produkuje w Chinach, ekrany w Korei, a na koniec montaż dokonuje się na Tajwanie. I to jest właśnie globalny łańcuch dostaw o charakterze lądowo-morskim łączący system wymiany handlowej w jedną całość, stąd trudno się dziwić, iż trwa zacięta walka o to, kto takim łańcuchem zarządza.

Oczywiście trudno byłoby wskazać palcem na jeden typ podmiotów, jako że skala powiązań gospodarczych jest bardzo złożona, niemniej zarówno naszkicowane w artykule ujęcie historyczne, jak i współczesne trendy zdają się sugerować, iż podmiotami, które mają szczególnie dużo do powiedzenia, są wielcy armatorzy i kompanie żeglugowe. Jednocześnie dynamika rozwoju tych firm, ich filozofia i motywacja do działania nasuwają skojarzenia z okresem podbojów kolonialnych wielkich kompanii czasów historycznych. Zgodnie z zasadą, że duży może więcej oraz zwycięzca zgarnia całą pulę, ofiarą realizowanych strategii ekspansji, podobnie jak i dawniej, padają w pierwszym rzędzie inni armatorzy, którzy są przejmowani w drodze wykupów kapitałowych; poza tym oczywiście mniejsze podmioty jako uczestnicy obrotu żeglugowego, np. firmy spedycyjne, ponieważ usługi spedycyjne świadczy armator.

Podmiotami, które mają szczególnie dużo do powiedzenia, są wielcy armatorzy i kompanie żeglugowe

Trend ten nie ulega w ostatnich latach zmniejszeniu pomimo podejmowanych regulacji antymonopolowych z wykorzystaniem Komisji Europejskiej i Kongresu Stanów Zjednoczonych. Dopiero 2 lata temu Unia Europejska zdecydowała się na rezygnację z przepisów uprzywilejowujących wielkie kampanie, a przypomnijmy, że było to Consortia Block Expemtion Regulation (CBER), które przez 15 lat gwarantowało konsorcjom żeglugowym ich wyłączenie spod zasad równej konkurencji, zupełnie jakby nie w duchu Komisji Europejskiej, która stara się czujnym okiem obserwować próby naruszenia jej zasad.

A może integracja w żegludze jest jednak korzystna? Tylko dla kogo?

W zasadzie trudno się temu dziwić, jako że kontynent zdaje się budzić z drzemki w sytuacji turbulencji geopolitycznych i nasilających się wpływów azjatyckich armatorów, a wyżej przytoczone informacje na temat składu 4 największych aliansów potwierdzają dominację Azjatów. Oczywiście środowisko mniejszych firm i spedytorów także z Polski (z którymi przez 2 lata konsultowano ewentualność odejścia do formuły CBER) z dużym entuzjazmem przyjęło rezygnację z restrykcyjnych i niszczących konkurencję zapisów. Integracja w branży żeglugowej – jak starano się pokazać w artykule – zawiera wszak inklinacje do kartelizacji gospodarki w imię zaborczych instynktów i praw dyktowanych przez silnych, więc rezygnację tę przywitano z ulgą.

Z drugiej jednak strony w sytuacji nasilających się wojen handlowych istotniejsze niż gwarancje konkurencyjności dla mniejszych podmiotów wydaje się pytanie: kto kogo? Niestety taka jest kolej rzeczy, stąd i teza, że kapitał nie ma narodowości, wydaje się być dziś naiwna – gdy priorytetem jest konieczność podniesienia potencjału zachodnich aktywów gospodarczych w tej bezlitosnej walce o przetrwanie, która przyjęła postać zderzenia cywilizacji.

Patrząc z powyższego punktu widzenia, być może warto by było skorzystać ze skłonności do konsolidacji w branży morskiej, by umożliwić europejskim przewoźnikom, portom morskim i firmom logistycznym budowę przewag wynikających z korzyści skali, tym bardziej iż praktyka ta posiada na Zachodzie długą, ugruntowaną, choć niechlubną – jak dowodziliśmy w artykule – tradycję. Wydaje się, że do podobnych wniosków doszedł europejski prawodawca, który poszerza zakres dostępnych instrumentów pomocy publicznej UE dla sektora żeglugowego, a z tego mogliby skorzystać i polscy armatorzy, jak Polska Żegluga Morska czy Polska Żegluga Bałtycka.

Patrząc zatem całościowo, wydaje się, że obrany kierunek jest korzystny dla branży, choć wpisuje się w trend na rzecz integracji i rugowania konkurencji omawiany w niniejszym artykule. Skoro jednak taka jest kolej rzeczy, iż aktualnie blok państw niezachodnich wykorzystuje wymyślone na Zachodzie i omówione w artykule sposoby ekspansji i podboju (a dodajmy tylko, iż działa tu zasada rewanżu, jako że Azjaci byli ich ofiarami w czasach historycznych), nie pozostaje nam nic innego, jak się bronić.

Skoro aktualnie blok państw niezachodnich wykorzystuje wymyślone na Zachodzie i omówione w artykule sposoby ekspansji i podboju, nie pozostaje nam nic innego jak się bronić

Kiedyś Zachód rozkładał swe macki na cały świat, robił to w sposób zaborczy i niepohamowany, a instrumentem ekspansji była żegluga i rozległe łańcuchy handlu wymiennego. Choć proces posiadał swoją cenę, a kolonizowane kraje raczej nie były pytanie o zgodę – w aktualnej sytuacji nadal musimy w tej grze uczestniczyć.


Nowa faza wojny – ukraińskie zdolności głębokich uderzeń a geopolityczne uwarunkowania konfliktu

Stanisław Kruszona‑Barełkowski:
Ukraińskie drony po raz czwarty w ciągu dwóch tygodni uderzyły w port i rafinerię w Tuapse nad Morzem Czarnym – jedyną rosyjską rafinerię w tym regionie, kluczowego dostawcę paliw dla Floty Czarnomorskiej. Niemal równocześnie Ukraina zaatakowała zakład petrochemiczny ponad 1500 kilometrów w głąb Rosji. Jak ocenia pan te wydarzenia na tle trwającej wojny?

gen. Leon Komornicki:
Ukraina od kilku miesięcy – a właściwie od początku tego roku – weszła w posiadanie nowych zdolności, których wcześniej nie posiadała. To kluczowy atrybut współczesnej wojny, nawet obronnej: możliwość wykonywania głębokich uderzeń od granicy Ukrainy w głąb terytorium Rosji, czyli w głąb terytorium potencjalnego agresora. Mówimy o zasięgu od strefy przygranicznej aż po obszar strategiczny. Ta zdolność jest istotna z punktu widzenia fundamentalnej zasady sztuki wojennej: strona broniąca się musi móc odciąć zgrupowanie przeciwnika – ten kontyngent agresora walczący na terenie okupowanym – od wsparcia logistycznego, personalnego i sprzętowego płynącego z jego własnego terytorium. Chodzi o to, by to zgrupowanie osłabło, zostało pozbawione zdolności ofensywnych, a ukraińska armia – po ostatecznym zatrzymaniu natarcia – mogła przeprowadzić strategiczną kontrofensywę w celu rozbicia agresora i odtworzenia granic sprzed wojny.

„Ukraina weszła w posiadanie zdolności, które pozwalają sięgać terytorium Rosji od granicy w obszar strategiczny do trzech tysięcy kilometrów.”

Przez większość wojny Ukraina tych zdolności nie posiadała. Nawet gdy otrzymała rakiety ATACMS i systemy HIMARS, Amerykanie – to nie prezydent Trump, lecz poprzednia administracja i ówczesny sekretarz stanu Blinken – zastrzegali, że Ukraina może wykonywać uderzenia ogniowe tylko w granicach własnego terytorium, bez prawa atakowania terytorium agresora. Pamiętamy, gdy Ukraińcy uderzyli w rosyjskie rafinerie i bazy paliwowe, Amerykanie natychmiast podnieśli alarm, argumentując wzrostem cen paliw w globalnej gospodarce. Krążyły nawet pogłoski, że wyrzutnie HIMARS zostały zaspawane w określonej pozycji, by uniemożliwić im oddziaływanie na Rosję. Co więcej, Amerykanie uzurpowali sobie prawo do wskazywania celów, które Ukraińcy mogą porażać, korzystając z własnego rozpoznania kosmicznego. Zatem nie można obarczać tylko Trumpa tym, co działo się przez ponad cztery lata – poprzednia ekipa również ma wiele na sumieniu.

SKB:
Czy to oznacza, że Ukraina uniezależniła się od sojuszników w zakresie deep strikes? Jakie to będzie miało przełożenie na dalszy przebieg wojny i ewentualną zmianę układu sił?

LK:
Amerykanie, ponieważ Ukraina nie posiadała własnego sprzętu wojskowego i po zużyciu uzbrojenia postsowieckiego praktycznie przeszła w trakcie wojny przezbrojenie na systemy zachodnie, sprawowali kontrolę nad eskalacją. Wyznaczano kolejne „czerwone linie”, szczególnie w przypadku systemów dalekiego zasięgu. Ukraińska armia była zdana na pomoc państw zachodnich i Stanów Zjednoczonych – choć dziś to głównie Europa płaci za sprzęt, bo USA porzucają Ukrainę. Co istotne, sprzęt był dostarczany z opóźnieniem: powinien trafiać z co najmniej trzymiesięcznym wyprzedzeniem względem planu działań, tymczasem dostawy miały charakter kampanijny, wymuszając pauzy taktyczne i operacyjne. Tak się wojny nie prowadzi.

Dziś te mankamenty zostały w dużej mierze usunięte, głównie dzięki tytanicznemu wysiłkowi ukraińskiego przemysłu obronnego, finansowanemu przez zachodnie środki. Ukraińcy wybudowali pięć fabryk w czasie trwającej wojny, uruchamiając masową produkcję dronów i amunicji. Tym samym odzyskali częściową suwerenność strategiczną. To ważny wniosek także dla nas: jeśli uzależnimy dostawy sprzętu i amunicji od Zachodu, odbije się to na naszych własnych działaniach. Ukraińcy weszli w posiadanie zdolności sięgania terytorium Rosji na głębokość do trzech tysięcy kilometrów, produkując własne drony kamikaze dalekiego zasięgu. Co więcej, skonstruowali, przetestowali i wdrożyli rakiety balistyczne o zasięgu do 500 km, a w planach mają osiągnięcie 800 km. Produkują je masowo.

„Ukraińcy wybudowali pięć fabryk w czasie trwającej wojny. Tym samym odzyskali częściową suwerenność strategiczną.”

Choć działania te na razie mają charakter asymetryczny, a nie symetryczny, to poprzez właściwe definiowanie punktów krytycznych na terytorium Rosji – obiektów kluczowych dla jej potencjału gospodarczego i militarnego – są na tyle skuteczne, że mocno osłabiają rosyjską gospodarkę i armię walczącą na Ukrainie.

SKB:
Właśnie w tym kontekście pojawiła się propozycja prezydenta Putina, by wprowadzić zawieszenie broni w dniach 8–9 maja. Czy to wyciągnięta dłoń, czy raczej wyraz obawy, że ukraińskie drony skompromitują defiladę w Moskwie?

LK:
Putin wychodzi z tą inicjatywą nie dlatego, że nagle doznał potrzeby wykazania się humanitarnymi odruchami wobec Ukrainy. To wynika głównie z obawy, że ukraińskie drony sięgną Placu Czerwonego podczas centralnych uroczystości Dnia Zwycięstwa 9 maja – święta, które w Rosji ma szczególny wymiar propagandowy, historyczny i militarny, gdzie zawsze demonstrowano potęgę najpierw armii sowieckiej, a teraz rosyjskiej. To jest prawdziwy powód: strach przed kompromitacją. Zatem to nie jest gest dobrej woli, tylko wyrachowana próba ubiegnięcia wydarzeń. Propozycja rozejmu na te dni to swoisty egzamin dla Putina – zobaczymy, czy Rosja się do niego dostosuje. W każdym razie intencje są zdemaskowane.

SKB:
Czy rosnące niezadowolenie społeczne w Rosji i spadek poparcia dla Putina – choć trzeba te dane traktować krytycznie – może doprowadzić do trwalszego rozejmu, a nawet pokoju?

LK:
Myślę, że nie. Początkowa operacja nie zakończyła się w zakładanym terminie, popełniono wiele błędów, nie osiągnięto celów politycznych. Obszar zdobyty przez Rosję w pierwszym roku wojny znacząco się skurczył, ponieważ rosyjska armia straciła zdolność utrzymania zajętych terenów i wycofała się z wielu miejsc. Główny wysiłek skoncentrowano na czterech obwodach – ługańskim, donieckim, zaporoskim, chersońskim oraz Krymie – które Rosja uznała za integralną część swojego terytorium. Celem jest ostateczne zdobycie tych obwodów, a poprzez uderzenia powietrzno-rakietowe na infrastrukturę krytyczną i energetyczną – doprowadzenie do załamania ukraińskiej gospodarki, potencjału obronnego oraz woli i gotowości narodu do obrony. Te cele nie zostały osiągnięte, choć nastroje w społeczeństwie ukraińskim też są trudne. Pamiętajmy jednak, że przebiegiem wojny nie zarządzają wyłącznie politycy i generałowie ukraińscy – w głównej mierze wpływ na to mają sojusznicy, zwłaszcza Stany Zjednoczone.

„Amerykanie nie są zainteresowani zwycięstwem Ukrainy – Ukraina ma jeszcze oddać ostatecznie Donbas i usiąść do stołu, by pogodzić się z utratą tych obwodów.”

SKB:
Czy to oznacza, że Stany Zjednoczone grają własną grę, w której Ukraina jest tylko narzędziem? Jakie są rzeczywiste cele Waszyngtonu?

LK:
Już na początku wojny zdefiniowano, jak ma się ona zakończyć. Prezydent Biden wypowiedział kiedyś słowa, że dobrze byłoby, gdyby Ukraińcy oddali Donbas i Krym i na tym wojna się skończyła. Strategia USA sprowadza się do tego, że Ukraina nie może przegrać, ale Rosja nie może wygrać. Z tego wynika jednak także, że Ukraina nie może wygrać, a Rosja nie może przegrać. To logika polityczna i strategiczna: Amerykanie przez cały czas obawiali się pierwszego użycia przez Rosję broni taktycznej (jądrowej), chociaż do tego nie doszło, a z drugiej strony chcieli doprowadzić do osłabienia Rosji na tyle, by została zdominowana przez Chiny. To część szerszej geopolitycznej gry o nowy układ sił – dwóch supermocarstw (USA i Chiny, przy czym Chiny rosną w siłę, Amerykanie słabną) oraz dwóch mocarstw (Indie i Rosja). Stany Zjednoczone chcą powrócić do roli hegemona, ale nie mają już dostatecznej siły. Ukraina stała się de facto wojną proksyjną, narzędziem realizacji amerykańskiej polityki wobec Rosji i Chin. Do tego doszła jeszcze wojna na Bliskim Wschodzie – w mojej ocenie to swoiste awanturnictwo polityczno-wojskowe.

Dziś, za prezydenta Trumpa, Amerykanie za wszelką cenę chcą tę wojnę jak najszybciej zakończyć – i to po myśli Putina. Doradcy Putina mówią wprost, że Trump jest zaniepokojony, iż Zełenski nie chce zmierzać ku zakończeniu wojny, że eskaluje przez uderzenia na terytorium Rosji, a pomaga mu w tym Europa, pozostając na kursie kolizyjnym ze Stanami Zjednoczonymi. Trump pogania Zełenskiego, by kończył tę wojnę, w ostatniej rozmowie telefonicznej poganiał też Putina. To wszystko składa się w spójny obraz: Ukraina ma być ofiarą decyzji zapadających między wielkimi graczami – USA a Rosją.

SKB:
Jakie konsekwencje dla bezpieczeństwa Polski i NATO ma ta sytuacja – szczególnie w kontekście obrony powietrznej? Mówi się o ogromnym zużyciu rakiet Patriot na Bliskim Wschodzie.

LK:
Konsekwencje są bardzo poważne. Amerykanie zużyli na Bliskim Wschodzie – broniąc swoich baz, a także sojuszników (Zjednoczone Emiraty Arabskie, Arabia Saudyjska, Kuwejt) oraz Izraela – roczną produkcję rakiet PAC-III, blisko 900 sztuk. Zwalczali nimi irańskie drony. Problem w tym, że nie wdrożyli doświadczeń z Ukrainy, gdzie efektywność zwalczania dronów wynosiła 90 procent, a na Bliskim Wschodzie była dramatycznie niska – 10–20 procent. Zużyli jednak ogromne ilości, w wyniku czego załamał się harmonogram dostaw nie tylko dla Ukrainy, ale przede wszystkim dla państw NATO, które zamówiły te rakiety. Polska zamówiła około 800 rakiet PAC-II i 200 PAC-III. Produkcja roczna wynosi obecnie około 960 rakiet, a Amerykanie zużyli ponad 800 samodzielnie na Bliskim Wschodzie. To oznacza, że nasze dostawy zostaną opóźnione. Mamy obecnie dwie baterie Patriot, które osiągnęły wstępną gotowość – są w stanie osłonić co najwyżej obiektową ochronę najważniejszych obszarów, ale nie potencjał obronny całego państwa. W przyszłym roku mieliśmy osiągnąć kolejne baterie, a do 2027 roku – sześć baterii i zdolność do obrony powietrznej kraju. Teraz te terminy są zagrożone.

„Amerykanie zużyli na Bliskim Wschodzie roczną produkcję rakiet PAC-III – blisko 900 sztuk. Tym samym załamał się harmonogram dostaw także dla Polski.”

Europa nie ma własnych systemów zdolnych zastąpić Patriot. Ani systemy niemieckie, ani francuskie nie dają takiej efektywności. Jesteśmy zdani na łaskę i niełaskę Stanów Zjednoczonych. To poważna słabość w kontekście zapisów amerykańskiej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, która mówi o „europeizacji NATO” – czyli Europejczycy mają przejąć większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo. Ale bez zdolności produkcyjnych i własnych systemów nie jesteśmy w stanie tego zrealizować.

SKB:
Jak w tej układance odnajduje się Polska? Czy nasze elity rozumieją pozycję, w jakiej się znaleźliśmy? Jak powinniśmy się pozycjonować wobec USA i sojuszników?

LK:
Polska nie ma innego wyboru – swoje bezpieczeństwo musi upatrywać w sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Ale to nie może być sojusz bezwarunkowy. Nie możemy stać się wasalem ani narzędziem amerykańskiej polityki w Europie Środkowo-Wschodniej. Mamy pieniądze, kupiliśmy dużo sprzętu, jesteśmy kluczowym państwem na wschodniej flance NATO – powinniśmy stawiać warunki i przekonywać Amerykanów do naszej strategii. Problem w tym, że my tej strategii… nie mamy.

Polska dryfuje od sześciu lat bez strategii bezpieczeństwa narodowego. W sytuacji, gdy za naszą granicą toczy się wojna, gdy na Bliskim Wschodzie mamy awanturnictwo amerykańskie, a sytuacja na Zachodnim Pacyfiku również ulega destabilizacji – brak takiego dokumentu to skandal. Nie możemy oczekiwać od sojuszników, że będą realizować nasze interesy, jeśli sami nie wiemy, czego chcemy. Potrzebujemy jasnej doktryny obronnej o charakterze ofensywnym: przenosimy obronę poprzez działania odwetowe na terytorium Rosji. Terytorium Polski nie może być obszarem wojny. Doktryna odstraszania musi być efektywna, oparta na zdolnościach, które gwarantują zachowanie żywotności i potencjału obronnego państwa.

„Polska od sześciu lat dryfuje, nie posiadając strategii bezpieczeństwa narodowego. W tej sytuacji, kiedy za naszymi granicami jest wojna, to skandal.”

Powinniśmy zabiegać o stałą obecność wojsk amerykańskich w Polsce – nie rotacyjną, ale stałą, tak jak w Niemczech czy w Korei Południowej. Amerykanie bez baz w Europie nie mają projekcji siły na Bliski Wschód. To nie jest kwestia ich sympatii do danego obszaru – to czysty interes. My musimy ten interes wykorzystać. Wypowiedź o tym, że „nie będziemy podbierać wojsk Niemcom”, uważam za niestosowną i nieprzemyślaną. Jeśli Niemcy dają zielone światło, należy z tego skorzystać. Nie wchodzimy w kolizję z Niemcami, a wręcz przeciwnie – realizujemy własny interes narodowy.

SKB:
A co z obroną cywilną? Od pewnego czasu słyszymy głosy, że należy przywrócić powszechność obrony i wykorzystać potencjał emerytowanych żołnierzy, policjantów, strażaków. Jak pan to ocenia?

LK:
Jesteśmy w tej dziedzinie daleko w tyle. Na moim osiedlu w Warszawie od dziesięciu lat nie słyszałem, by cokolwiek organizowano w ramach obrony cywilnej. Administracja mieszkaniowa nie ma gotowych odpowiedzi na podstawowe pytania. Jakiś początek został wykonany, ale jesteśmy daleko od tego, co powinno się wydarzyć. Tymczasem mamy ogromny, w pełni niezagospodarowany potencjał: emerytowani wojskowi, policjanci, strażacy, straż graniczna – ludzie sprawni intelektualnie, z wiedzą i doświadczeniem, którzy są chętni do zaangażowania. Niestety, przeszkodą bywa myślenie ideologiczne, sięganie po etykiety z przeszłości – „komuchy”, „służby z tamtego czasu”. To gra na rękę wyłącznie Rosji, która jest zainteresowana tym, by jak najmniej doświadczonych ludzi angażować dla dobra Rzeczypospolitej. Nie wolno tego czynić.

„Nie wolno lekceważyć potencjału emerytowanych wojskowych, policjantów, strażaków – Rosja jest zainteresowana tym, by jak najmniej tych ludzi angażować dla dobra Rzeczypospolitej.”

Obrona cywilna to fundament systemu obronnego państwa. Społeczeństwo musi być wciągnięte w zadania spójne z zadaniami sił zbrojnych. To nie tylko kwestia bezpieczeństwa, ale także budowania świadomości – że rodziny pozostawione w domu są zaopiekowane, że ludzie wiedzą, jak się zachować. Siły zbrojne są najbardziej predysponowanym orężem, ale cały potencjał państwa musi stanąć do obrony. To nasze prawo, obowiązek i przywilej.


Jak kapitalizm pożarł lewicę

Krzysztof Wołodźko: „W myśl praw geometrii. Jak lewica przestała się martwić i pokochała logikę towarową” to Biblia polskiego alt-leftu?

Dawid Kujawa: Zależy, jak zrozumiemy pojęcie alt-leftu. Nie przeszkadza mi ono, nie odcinam się od niego, ale uważam, że niesie w sobie ładunek historycznego przekłamania.

Dlaczego?

Ten termin sugeruje, że lewica społeczna jest nowym tworem, który powstał w kontrze do lewicy tożsamościowej. W dodatku wskazuje na mocne powiązania z libertariańską prawicą spod znaku alt-right. Lewica społeczna jest znacznie starszą, bliższą mi tradycją. Ale jeśli komuś wygodniej jest mówić o alt-lefcie – proszę bardzo!

Wyżej użyłem mocno chrześcijańskiego porównania, ale Tobie znacznie bliższa jest tradycja buddyjska?

W mojej książce zakodowany jest klucz biograficzny i aksjologiczny. Część pierwsza to rozdziały „Wiara”, „Nadzieja”, „Miłość”. Następnie „Wolność”, „Równość”, „Braterstwo”. W końcu „Współczucie”, „Szczodrość” i „Mądrość”. Po pierwsze – to wartości, w których dorastałem; po drugie – wartości, które sobie wybrałem, i po trzecie – wartości buddyjskie, które okazały się dla mnie ważne w dorosłym życiu.

Nie jest to jednak wyłącznie moja prywatna sprawa. Nie zdecydowałbym się na ten ruch, gdyby nie to, że wschodnie systemy metafizyczne były mocno powiązane z Nową Lewicą. To lata 60. XX wieku, tradycje kontrkultury. Buddyzm, przefiltrowany przez zachodnie postrzeganie, miał w tamtych czasach niebagatelny wpływ na studencką młodzież. Dziś już widać, że ten system wartości sprostytuował się jak wszystkie pozostałe.

Opisujesz guru uważności (mindfulness) jako agentów najbardziej egoistycznego kapitalizmu.

To po części postaci cyniczne, które doskonale zdają sobie sprawę, jak upraszczają wielowiekową tradycję buddyjskich praktyk duchowych. Na kartach „W myśl praw geometrii” starałem się pokazać całkowitą niekompatybilność poważnie traktowanej duchowości buddyzmu z logiką rynkową. Wprzęgnięte w ład korporacyjny wschodnie ćwiczenia duchowe okazują się szkodliwe – potęgują egoizm i narcyzm ludzi, którzy tworzą globalne kartele. Albo – oderwane od wspólnotowego i religijnego kontekstu – sprowadzają tarapaty na medytujących.

W myśl praw geometrii” starałem się pokazać całkowitą niekompatybilność poważnie traktowanej duchowości buddyzmu z logiką rynkową

Z mozołem budowałeś strukturę książki czy była to iluminacja?

[śmiech] W punkcie wyjścia chciałem po prostu napisać książkę o wartościach, o tym, co dzieje się z nimi we współczesnym, skrajnie utowarowionym świecie. Porządek trzech aksjologicznych triad niejako sam ułożył mi się w głowie.

Ostatecznie napisałeś książkę, która pewnie wejdzie do kanonu lewicy społecznej.

Nie myślałem o tym w ten sposób, dziękuję za miłe słowa. Dla mnie to raczej pamflet, broszurka, która jest skokiem w bok, bo dotąd nie zajmowałem się analizowaniem polityki. Napisałem wcześniej dwie książki o poezji, czyli rzeczy dla niszowej publiki. Nie ukrywam jednak, że sprawy społeczne i kwestia tego, co sztuka współczesna jest nam w stanie powiedzieć o świecie, to dla mnie ważne rzeczy.

Nie miałem ambicji napisania książki kanonicznej. Jest ona raczej podsumowaniem tego, co od dawna wisi w powietrzu, o czym mówi się za kulisami lewicowych debat ideowo-politycznych. Chciałem też sprawdzić, czy duże wydawnictwo głównego nurtu, związane z liberalną inteligencją, odważy się taką książkę opublikować [„W myśl praw geometrii” ukazała się nakładem Wydawnictwa Filtry – red.].

Mówisz o swojej książce jako o pamflecie, ale myślę, że nie została przeoczona z ważniejszego względu: starasz się przewartościować myślenie i działanie współczesnej lewicy.

Cieszy mnie, że nie została przemilczana. Negatywne głosy były dla mnie do przewidzenia, nie reaguję na nie irytacją. Przeciwnie, okazały się potwierdzeniem pewnych tez o kondycji współczesnej lewicy. Istotny jest dla mnie język, którym krytykuje się tę książkę.

Negatywne głosy były dla mnie do przewidzenia, nie reaguję na nie irytacją. Przeciwnie, okazały się potwierdzeniem pewnych tez o kondycji współczesnej lewicy

Czyli?

To język kultury terapeutycznej, o której też sporo piszę w książce. Pewne środowiska wyrażały swoje pretensje tak, jakbym rozdrapywał ich traumy, na których budują swoją lewicową tożsamość.

Lewica w Twoim ujęciu nie jest wrogiem publicznym numer jeden. Po pierwsze – proponujesz raczej powrót na ścieżkę społeczną; po drugie – wprost mówisz, że Sauronem jest kapitalizm.

Zarzucano mi, że całe zło współczesnego świata wiążę z lewicą i jej woke’istowskimi tendencjami. Nie sądzę, żeby tak było. Kluczem do książki jest zrozumienie radykalnych przeobrażeń współczesnego kapitalizmu. To są oczywiste punkty historyczne: kryzys naftowy w latach 70. XX wieku, podkopywanie znaczenia związków zawodowych na świecie, wyprowadzenie dużej części przemysłu z krajów zachodnich do Azji, wzrost znaczenia rynku usług i spekulacyjny charakter globalnej gospodarki. Na tym materialnym fundamencie wykuwały się nowolewicowe ideologie. I to one w naszych czasach stały się nadbudową dla radykalnie transformującej kapitalistycznej bazy. Dla lewicy to wstydliwa sprawa – przeoczyła moment, gdy jej własne radykalne postulaty stały się w pełni kompatybilne z późnym kapitalizmem.

Określeń na współczesny kapitalizm mamy co niemiara.

Bo oblicze kapitalizmu jest proteuszowe. Mnie w dużej mierze interesuje to, co nazywamy kapitalizmem komunikacyjnym, opartym na coraz szybszym i wielokanałowym przepływie informacji. Istnieją teorie, zgodnie z którymi język jest dziś kapitałem stałym, na którym nieustannie bogacą się właściciele cyfrowych gigantów. Lewica jest w to mocno uwikłana, produkując z sekciarskim zacięciem coraz bardziej zatomizowane dyskursy, skupiające się na rozszczepionych na czworo racjach.

Nowa nauka scholastyki: ile diabłów zmieści się na końcu lewicowej szpilki?

To samonapędzający się proces, oparty na ogół na negatywnych emocjach, którego beneficjentami są właściciele fabryk scrollowania. Kliknięcia, wyświetlenia, inby – to jest parawan, zza którego nie widać świata produkcji materialnej. Sieć cyfrowa przenika się z interesami kapitału i polityków. Ale nie tylko język jest tu istotny, ważne są też interesy policjantów i policjantek naszych myśli. Dyskurs lewicy to hierarchiczne, nieustanne dyscyplinowanie ludzi za to, jak się wypowiadają. Dla sporej części lewicy jest to dziś ważniejsze niż równość społeczna, równość w dostępie do dóbr materialnych i kulturowych, sprawy reprodukcji klas niższych.

Dyskurs lewicy to hierarchiczne, nieustanne dyscyplinowanie ludzi za to, jak się wypowiadają. Dla sporej części lewicy jest to dziś ważniejsze niż równość społeczna, równość w dostępie do dóbr

W swojej książce mówisz, że dzisiaj lewica próbuje negocjować z kapitalistami, oburzając się w Internecie. Niegdyś urządzała strajki ostrzegawcze i generalne. A luddyści niszczyli machiny. W skrajnych przypadkach wybuchały rewolucje.

Lewica tożsamościowa w odpowiedzi zarzuci nam klasowy redukcjonizm: sprowadzanie wszystkich problemów społecznych do relacji między kapitałem a pracą. Nie zgadzam się z tym. Uważam, że w ujęciu tożsamościowym pracownik i pracownica najemni, robotnik czy inteligent, stają się jedną z wielu propozycji do wyboru w szerokim katalogu identyfikacji, jakie lewicowiec może wesprzeć. Taka lewicowość oznacza kult ofiar, znika w niej poczucie sprawczości w sporze z kapitalistami. A siła robocza zawsze była lewarem realnych społecznych zmian: robotnicy mogli odmówić pracy, więc socjalistów interesowała ich siła, a nie ich słabość w systemie. Tożsamościowe priorytety rozbrajają tego rodzaju strategię, wytrącają lewicy karty z rąk, czynią z niej jeszcze jedną platformę, ciągniętą przez kapitalistyczną lokomotywę w mało równościowym kierunku.

Był taki moment, jego symbolem jest marzec 2016 roku, gdy debiutująca w polityce partia Razem pod Kancelarią Prezesa Rady Ministrów próbowała scalić w jedno postulaty społeczno-gospodarcze i tożsamościowe.

Byłem członkiem Razem od 2015 roku i sporo czasu poświęciłem zbiórce podpisów, która umożliwiła komitetowi pierwszy start w wyborach parlamentarnych. Pamiętam, że większość energii i emocji poświęcaliśmy wówczas sprawom społecznym, choćby narastającemu uśmieciowieniu pracy. Tyle że szybko zaczął się zmieniać aktyw, a wraz z nim agenda partii. Wystąpiłem z Razem na początku roku 2018.

Dziś ugrupowanie Adriana Zandberga znów próbuje sięgać do swojej pierwotnej formuły. Pytanie, na ile to dzisiaj wiarygodne dla socjalnego elektoratu, który szczególnie po 500 Plus ugruntował swoje polityczne sympatie i antypatie.

Patrzę z pewną sympatią na prosocjalną próbę odświeżenia formuły Razem, ale trudno mi temu zaufać. Za tym już nie stoi nadzieja, że inna polityka jest możliwa, a raczej doraźna strategia wyborcza przed 2027 rokiem. Nie podchodzę też ze zbytnim entuzjazmem do wieści, że w okolicach wyborów prezydenckich, w trakcie udanej kampanii Zandberga, mnóstwo ludzi zapisało się do Razem.

Skąd sceptycyzm?

Wiem, co się dzieje w tej partii, gdy ludzie masowo się do niej zapisują. Szybko się okazuje, że trudno pogodzić interesy mnóstwa skupionych na sobie jednostek, które myślą, że ich najbardziej ekscentryczne przekonania to najlepszy pomysł na partyjną agendę.

Amerykańska lewicowa publicystka Amber A’Lee Frost analizowała skutki gwałtownego wzrostu popularności Berniego Sandersa w czasie kampanii prezydenckiej dekadę temu. Dużo ludzi zapisało się wtedy do Demokratycznych Socjalistów Ameryki. Frost miała z tym problem, bo widziała, że socjalizm stał się sexy. Nikomu nie chciało się ciężko pracować w kampanii, nikt nie chciał wykonywać żmudnej roboty. Cieszyli się hajpem, współuczestnictwem w czymś, co dawało w tamtym momencie frajdę, poczucie misji i uznanie środowiska. Jej konkluzja była prosta: jeśli twoje zaangażowanie polityczne jest sexy, to powinieneś się zastanowić, o co ci w nim chodzi. Bo może bardziej zależy ci na dopaminie niż na walce klas.

Wracając do Razem – dużo o partii powiedziało mi wyrzucenie Pauliny Matysiak, najzdolniejszej i najbardziej pracowitej posłanki, która (tak zapewne widział to zarząd) budowała zbyt szeroki front, żeby być akceptowaną w swoim środowisku.

Dużo o partii Razem powiedziało mi wyrzucenie Pauliny Matysiak, najzdolniejszej i najbardziej pracowitej posłanki, która budowała zbyt szeroki front, żeby być akceptowaną w swoim środowisku

Dawno temu w taniej księgarni na Grodzkiej w Krakowie znalazłem książkę pod frapującym tytułem „Bunt elit”. Christopher Lasch pisał: „W świecie, w którym nie ma wartości poza wartościami rynkowymi, jednostki nie mogą się nauczyć mówić własnym głosem, nie wspominając już o rozumnym pojmowaniu swego szczęścia i pomyślności”. Ty również czytałeś Lascha. I przedstawiasz go jako jednego z patronów swojej książki. Pozwolę sobie na publicystyczny skrót: proponujesz lewicowy konserwatyzm?

Jako marksista uważam normy etyczne za coś historycznie wytworzonego, a nie za transcendentną zasadę. Kiepski zatem ze mnie konserwatysta [śmiech]. Widzę jednak konserwatywne normy jako konieczne do funkcjonowania wspólnoty, uważam, że w każdym aspekcie życia społecznego istotny jest zdrowy konserwatywny odruch.

Drobna analogia, która dobrze to obrazuje: rozmawiałem niedawno ze znajomym o naszych szczenięcych latach, kiedy mieliśmy punkową kapelę. Zadawaliśmy się ze starszymi od nas weteranami sceny. Pamiętam, że istniały ściśle określone reguły, na ile eksperymentów może pozwolić sobie zespół punkowy. Zbyt chwytliwe melodie, które miały potencjał komercyjny, zawsze wywoływały naturalny odruch dezaprobaty. Mówimy o otwartej, egalitarnej i kontrkulturowej grupie, ale to był przecież jej zdrowy konserwatywny odruch: zabezpieczenie pewnego obyczaju, który chronił przed logiką towarową.

Czegoś takiego brakuje dziś lewicy. Jest niemal kompletnie ślepa na kult postępu, który sprzyja kapitalizowaniu każdego aspektu życia. Dobrym przykładem są chociażby aplikacje randkowe, które nie sprzyjają wcale powstawaniu relacji, ale są gigantycznym narzędziem zysków. I algorytmizują najbardziej intymną przestrzeń naszego życia. Jestem sobie w stanie wyobrazić sytuację, w której socjaliści i konserwatyści diagnozują to zjawisko bardzo podobnie. A w każdym razie proponują wspólne rozwiązania.

Choć dodam, że to akurat zagadnienie jest już nieźle zdiagnozowane także w Polsce. W mainstreamowej „Gazecie Wyborczej” zwykle opisują je redaktorki.

Dominika Tworek publikuje między innymi w „GW” naprawdę ciekawe rzeczy dotyczące spraw społecznych.

Wróćmy do Twojej książki i nawiązań do Lascha. Konserwatywne odniesienia to jedno, ale mam wrażenie, że choć odwołujesz się do Marksa, Twoja argumentacja bliższa jest przedmarksowskiej utopijnej lewicy. Aksjologię budują odwołania do chrześcijaństwa i buddyzmu, a nie materializm dialektyczny. Wychodzi z Ciebie dusza poety?

To duch przekory. Od reprezentantów lewicy społecznej, z którymi zwykle się zgadzam, często słyszałem, że woke’istowska lewica opiera się na odruchach moralnych. Postanowiłem pokazać, że to wcale nie jest moralność, lecz nibymoralność, za którą ukrywa się narcyzm i nihilistyczny egotyzm, który niszczy myślenie wspólnotowe. Powiem więcej: gdyby lewica rzeczywiście miała silne zasady etyczne, byłaby skuteczniejsza niż obecnie we wdrażaniu polityk socjalnych. Dziś przede wszystkim realizuje interesy poszczególnych aktorów sceny ideowo-politycznej.

Gdyby lewica rzeczywiście miała silne zasady etyczne, byłaby skuteczniejsza niż obecnie we wdrażaniu polityk socjalnych

Nie nazwałbym też siebie utopijnym socjalistą. W kwestiach gospodarczych staram się myśleć marksistowskimi kategoriami. Oddzielam twórczość poetycką od analiz społecznych. Nie wierzę nawet w sztukę zaangażowaną, moim zdaniem dziś nie służy ona szukaniu wspólnego dobra, lecz polityce tożsamościowej. W tych sprawach bliski jest mi Ernst Bloch, który twierdził, że dobra sztuka zawsze niesie ze sobą pierwiastek utopijny. Nie lubię literatury, która z założenia ma być egalitarna, wolałbym dążyć do umasowienia sztuki wysokiej.

Chcę się upewnić: mówimy o „marksistowskim teologu”, który głosił, że „Boga nie ma, ale będzie”?

Tak, to chyba nie jest bezpośredni cytat, ale Bloch rzeczywiście przedstawiał Boga jako zadanie dla ludzkości.

Twoja książka zaczyna się od opowieści o Saulu Williamsie i jego antykapitalistycznym protest songu, wykorzystanym później w reklamie Nike. Zauważasz, że bunt nie tylko dobrze się sprzedaje, istotniejsze jest to, że logika towarowa i wartości wymienne przeniknęły do sfer życia pozornie od nich wolnych.

Znam to z własnego, skromniejszego podwórka. Widzę, że gremia literackie premiują tematy, które wprost służą do greenwashingu, pinkwashingu, czy wręcz leftwashingu. Nic nie kosztuje nagrodzenie utworu, który jest radykalną krytyką współczesnego kapitalizmu. Przeciwnie, to uwiarygadnia gremia, które w coraz większym stopniu rządzą się przede wszystkim logiką tabelek Excela. Przy czym nie sądzę, żeby jurorzy korzystali z Excela, ale to jeszcze gorzej, bo najwyraźniej mają go w sobie zinternalizowanego [śmiech].

To doprowadziło mnie do eskapistycznego myślenia o sztuce. Sztuka, którą trudniej uchwycić w etykiety, która trudniej się tematyzuje i dyskursywizuje, jest bardziej odporna. Bo nie da się jej tak łatwo nagrodzić za podejmowanie słusznych tematów. Jest w tym pewnie jakiś elitaryzm i konserwatyzm, ale dla mnie to próba ocalenia sztuki przed rynkiem. A mnie po prostu zależy na literaturze.

Postawię się w roli adwokata diabła: artystyczny Olimp za swoje protest songi dostaje bajońskie kwoty. Gdy jednak jesteś twórcą z kraju o marnym socjalu dla artystów, do ucha szepczą ci nie tylko muzy, ale i grantodawcy. To samonapędzający się mechanizm: poglądy – pieniądze – poglądy – pieniądze…

Z logiki grantowo-rynkowej trudno się wyrwać, dlatego nie kieruję oskarżeń pod adresem artystów. Chodzi mi raczej o tryby, w które wpadli nie tylko lewicowi czy lewicujący twórcy. Jestem bardziej krytyczny wobec tych, którzy stawiają na piedestałach i strącają z nich sezonowych idoli.

Co więcej, uważam, że rzadko gesty artystyczne są cyniczne, na tym polega dramat sytuacji: sztuka pewnie płynie z potrzeby serca, ale i tak zostanie zmonetyzowana i zinstrumentalizowana, bo w tym systemie twórczość szybko wymyka się twórcom z rąk.

Na tym polega dramat sytuacji: sztuka pewnie płynie z potrzeby serca, ale i tak zostanie zmonetyzowana i zinstrumentalizowana, bo w tym systemie twórczość szybko wymyka się twórcom z rąk

Lewica ma swoje pomysły na szczęście ludzkości. Dzisiaj nieco inne niż przed stuleciem. Ale problem jest podobny: klasa robotnicza czy klasa ludowa być może nie wie, co ją tak naprawdę uszczęśliwi. W 1840 roku pewien francuski pisarz w jednym ze swoich tekstów stawiał pytanie: „A co, jeśli ludzkość nie zechce komunizmu?”. I sam sobie odpowiadał: „A jeśli pensjonariusze zakładu obłąkanych nie zechcą brać kąpieli?” (cytuję za „Głównymi nurtami marksizmu” Leszka Kołakowskiego). Ty również zarzucasz lewicy paternalizm. To paternalizm w innych szatach, bo nie mamy już szacownych broszur, ale wojnę prawie wszystkich z prawie wszystkimi w social mediach. Ale obłąkanym, którego trzeba leczyć, może okazać się każdy…

To problem tak zwanej fałszywej świadomości. Sięgnąłeś do XIX-wiecznych autorów, ale w XX wieku podobne pytanie stawiała sobie szkoła frankfurcka: „Dlaczego nie wybucha rewolucja pomimo sprzyjających warunków społecznych?”. Odpowiedzią była właśnie fałszywa świadomość klasy robotniczej. Mam poczucie, że to temat wciąż nieprzepracowany. I sam nie potrafię go do końca rozwikłać, ale mam do niego zupełnie inne podejście niż to zarysowane powyżej.

Co sprawia ci kłopot?

Trudno mi uwierzyć, że ludzie głosują wbrew własnym interesom. Możemy oskarżać – na przykład – wyborców prawicy, że kierują się niezrozumiałą sympatią do Donalda Trumpa albo że nie widzą ultraliberalnych zagrożeń związanych z alt-rightem. Tyle że antypodatkowa agenda kusi ludzi wizją trzystu złotych więcej w portfelu. To nie jest mało dla osób, które mają do utrzymania rodzinę i pod koniec miesiąca nerwowo patrzą na stan konta, bo dostają na rękę trzy lub cztery tysiące złotych. W sytuacji, gdy liberałowie i lewica tak naprawdę nie są w tych sprawach żadną alternatywą, bo nie spełniają swoich obietnic…

…Jak widzimy to dzisiaj…

…to nic nie da lewicowa gadanina o fałszywej świadomości wyborców.

To dotyczy również innych spraw, nie tylko logiki wyborczej: ludzie nie chcą tworzyć związków zawodowych ani się do nich zapisywać nie dlatego, że nie wiedzą o takiej możliwości albo o płynących z tego korzyściach. Po prostu świetnie zdają sobie sprawę, że groziłoby im za to zwolnienie. A wsparcie państwa w takiej sprawie byłoby żadne. Polacy i Polki są zachowawczy w kwestii uzwiązkowienia, bo demokracja pracownicza została kompletnie niemal zaorana u początków transformacji. Jeśli masz ciężarną partnerkę albo dziecko z niepełnosprawnością, albo kredyt na mieszkanie na dekady, nie będziesz się wychylać, bo lepsza jakakolwiek praca niż żadna. Trudno potępiać tych, którzy nie chcą podejmować ryzyka ze strachu.

Jeśli masz ciężarną partnerkę albo dziecko z niepełnosprawnością, albo kredyt na mieszkanie na dekady, nie będziesz się wychylać, bo lepsza jakakolwiek praca niż żadna

Nader pouczające jest przyglądanie się symbiozie lewicowych organizacji pozarządowych i liberalnego rządu.

No właśnie, zastanawiam się, kto faktycznie kieruje się fałszywą świadomością: ludzie z klasy ludowej doskonale wiedzą, jaka jest cena za odruch buntu. Lewicowa krytyka elektoratu socjalnego często wynika z błędnego, zbyt statycznego rozpoznania uwarunkowań materialnych. Nie jest przecież tak, że ludzie nie chcą poprawić swojego statusu. Robią to, ale poza logiką, którą proponuje im lewica.

Ktoś nam zarzuci, że w manierze typowej dla alf-leftu przeciwstawiamy dobry lud złym elitom.

Interesują mnie uwarunkowania systemowe, które widać gołym okiem. Dla lewicującego studenta zaangażowanie polityczne to dziś przede wszystkim pikieta pod tą lub inną ambasadą. Nie wiąże się to z żadnym większym ryzykiem, to raczej wydarzenie premiowane środowiskową aprobatą. Po takim proteście, nawet gdy sobie głośno pokrzyczysz, w głowie nie kotłują się pytania: „Czy będę miał się z czego utrzymać? Jak przeżyję ten miesiąc?”.

Czerwiec 2020 roku, „Gazeta Wyborcza”: „Na placu Wolności w Poznaniu zbiera się kilkaset osób – przeważają młodzi, wielu ubranych na czarno. Trzymają czarne flagi i transparenty: »Policyjna odznaka nie jest pozwoleniem na zabijanie«, »Dość przemocy i nadużyciom władzy. Rasizm, faszyzm – stop«. Ale dominuje jedno hasło: »Black lives matter« (»Czarne życie ma znaczenie«). To hasło aktywistów walczących z przemocą i rasizmem wobec czarnoskórych”. Gdy sześć lat temu czytałem ten artykuł, myślałem: jaka szkoda, że po zabiciu Jolanty Brzeskiej panowała głucha cisza. Trzeba było lat, zanim temat mafijnej reprywatyzacji zaczął budzić duże społeczne emocje, a młode stołeczne słoiki przestały się czepiać starych lokatorów, że chcą sobie „po taniości” żyć w kamienicach w centrum. Na tym nie koniec: często widać jak szybko, łatwo i chętnie duże ośrodki opinii sterują moralnymi odruchami, gdy mają w tym interes.

Istnieje niepisana zasada, że im dalej od nas dzieją się problemy społeczne domagające się krytyki systemu, tym łatwiej się zaangażować w protest. Tak funkcjonuje współczesny kapitalizm: moralne oburzenie jest akceptowalne, jeśli nie narusza lokalnego status quo. Możesz się złościć na niski wyrok dla adwokata od „trumny na kółkach”, ale nie licz na większy ferment. Reporterzy z kamerami nie będą dzwonić, o której z kolegami planujecie kłaść się w tej sprawie na ulicy.

Istnieje niepisana zasada, że im dalej od nas dzieją się problemy społeczne domagające się krytyki systemu, tym łatwiej się zaangażować w protest. Tak funkcjonuje współczesny kapitalizm

A wiemy skądinąd, że dzwonią, gdy trzeba.

Happening, za który nikt nas nie ukarze wywaleniem z pracy, jest bezpieczniejszy niż próba postawienia się pracodawcy. Wszyscy kalkulujemy, jakiego rodzaju bunt nam się opłaca, z tym że niektórzy mają większą skłonność do zarządzania cudzym ryzykiem – a niezgodę na to nazywają później fałszywą świadomością…

W książce opisujesz jeszcze jedno zjawisko – szukaniu wroga na lewicy towarzyszy narastająca wsobność opinii: „Mamy do czynienia z tysiącami mikropodmiotów, które wciąż wydają na świat swoje podgrupy i sekty oraz podejmują wyłącznie dyskursywne działania we własnym interesie”. Każdy cierpi na fałszywą świadomość – poza mną i tymi, którzy lajkują moje posty…

To zjawisko ciekawie analizuje amerykański artysta Joshua Citarella, przyglądając się fenomenowi Politigramu, który służy nieustannej memicznej indywidualizacji i polaryzacji. W świecie social mediów możesz wybrać dowolną, nawet najbardziej zatomizowaną tożsamość, która dosłownie o ideowe milimetry będzie cię odróżniać od całej reszty. To są polityczne tożsamości radykalne i wykluczające. W ten sposób nie budujemy uniwersalnych platform – szukamy emocjonującej i emocjonalnej odrębności.

Citarella pokazuje, że dotyczy to przede wszystkim nastolatków, którym umiejscowienie na Politigramie zastąpiło uczestnictwo w subkulturach. Ale najbardziej intryguje go fakt, że najważniejsi politycy potrafią dyskutować lub retwittować wypowiedzi nastoletnich, wsobnych radykałów, legitymizując zarówno ich wypowiedzi, jak i cały nurt. To ma daleko idące konsekwencje: dynamika skrajnie indywidualistycznych postawi i opinii, umasowiona do sześcianu za pomocą współczesnych technologii, prowadzi do zerwania wszelkich konsensusów społecznych i kulturowych. Pod wpływem skrajnych opinii możemy zrewidować wszelkie kanony. Często to działania ahistoryczne, bo nastoletni, wsobni radykałowie żądają stosowania standardów, które uważają za słuszne, wobec politycznych zasad, kulturowych norm, filozoficznych i estetycznych kanonów sprzed stuleci.

Dynamika skrajnie indywidualistycznych postawi i opinii, umasowiona do sześcianu za pomocą współczesnych technologii, prowadzi do zerwania wszelkich konsensusów społecznych i kulturowych

Kilka lat temu Katarzyna Czeczot i Michał Pospiszyl wydali „Romantyczny antykapitalizm”, antologię rodzimych i zagranicznych krytyków wczesnego kapitalizmu. Wyimki z Twojej książki mogłyby się znaleźć w drugiej części tej pracy, gdyby się ukazała, bo często i w różnych pozytywnych kontekstach odwołujesz się do przyrody i ekologii jako motywów lewicowych postaw. Pokazujesz naturę jako przestrzeń, która chroni przed presją cyfrowego kapitalizmu. Zastanawiam się, na ile wpisuje się to w logikę konserwatywnej lewicowości.

Z jednej strony romantyczny antykapitalizm to pojęcie problematyczne. György Lukács wiązał je z narodzinami nazizmu, konserwatywnym odwrotem od progresywistycznej, przemysłowej cywilizacji, z nostalgią za przeszłością, strachem przed wykorzenieniem. Romantyczny antykapitalizm przeciwstawiał się postępowi jako rozwojowi kapitalistycznych sił wytwórczych.

Z drugiej strony romantycy rzeczywiście bronili niemierzalnego bogactwa świata przed przemysłową cywilizacją. I takie ujęcie romantycznego antykapitalizmu jest mi bliskie. Dlatego już na początku książki określam się jako nieortodoksyjny marksista. Uważam, że natury, podobnie jak miłości i wszelkich międzyludzkich relacji, trzeba bronić przed parametryzacją, eksploatacją i wyceną. Trzeba bronić tego, co zostało ze świata sprzed zaprojektowania go – jak napisał William Wordsworth – „w myśl praw geometrii”.

Lewica to zagubiła?

Uwiera mnie prymitywny lewicowy akceleracjonizm, związany z przekonaniem, że technologie rozwijane w ramach współczesnych stosunków produkcji można po prostu przejąć i wykorzystać do własnych celów społecznych i politycznych. Technologia nie jest neutralna, w jej architekturę wpisane są określone wartości polityczne. Nie jestem doktrynerem, nie wzywam do porzucenia cyfrowych narzędzi, które mogą odgrywać niebagatelną rolę w zarządzaniu publicznym transportem czy opieką medyczną. Ale przestrzegam przed technooptymizmem.

A co z przyrodą? Mówimy o bezinteresownym pięknie natury, ale ekologia jest narzędziem polityki.

Ważną postacią jest dla mnie Paul Kingsnorth, autor „Wyznań otrzeźwiałego ekologa”, który uważa, że ruch ekologiczny zniszczyło to, z czym niegdyś chciał walczyć. Ekologia stała się domeną bogatych facetów w garniturach, którzy zrobili na niej dobry biznes.

Ekologia stała się domeną bogatych facetów w garniturach, którzy zrobili na niej dobry biznes

Zacytujmy angielskiego pisarza: „Współczesny ekologizm padł ofiarą kultu użyteczności, podobnie zresztą jak każda inna sfera naszego życia, od nauki po oświatę”.

Zielona polityka została zaprojektowana tak, żeby nie naruszyć interesów ludzi z Davos. Koszty walki o przyrodę, klimat i naszą przyszłość zostały przerzucone na plecy najuboższych. Doskonale to widać po Europejskim Systemie Handlu Emisjami (ETS): urynkowienie walki o klimat nie rozwiąże żadnych problemów, szczególnie gdy okazuje się, że to politycy koniunkturalnie decydują o tym, co jest, a co nie jest zielone. Dla poznańskiego Wydawnictwa Heterodox przełożyłem niedawno broszurkę Very Huwe i Miriam Rehm, dwóch ekonomistek, które pokazują, że najprostszy postkeynesowski model gospodarczy we współczesnych warunkach byłby o wiele bardziej „zielony” niż najbardziej nawet „zatroskane o klimat” rozwiązania neoliberalne, oparte na handlu emisjami.

W Twojej książce uderzyło mnie coś jeszcze: wyraźne pokazanie związku między przyrodą a sacrum. W Polsce to właściwie zniknęło z debaty publicznej, choć niektórzy pewnie jeszcze pamiętają franciszkański ruch ekologiczny z lat 80. Ty sięgasz do buddyjskich tradycji, do wdzięczności i szczodrości wobec świata.

W naszym świecie logika daru ściśle sprzęgła się z działalnością charytatywną. Wszystko jest częścią gigantycznych systemów transakcyjnych, do których na różne sposoby się dokładamy i przy okazji często żywimy tych, którzy spychają nas w dół społecznej drabiny. Kolorujemy i polaryzujemy swoje wybory: jeśli wrzucasz do puszki z serduszkiem, jesteś lewakiem, jeśli wrzucasz do puszki w kościele – prawakiem. Lewica też nie potrafi żyć poza tym transakcyjno-polaryzującym ładem. Więcej: sama go wzmacnia i pudruje, bo organizacje trzeciego sektora, z którymi jest związana, z reguły są elementami większej struktury, która podtrzymuje wolnorynkowy porządek.

Piszesz wprost, że lewica uległa kapitalistycznemu ukąszeniu. Polityczny pinkwashing korumpuje ideologiczny trzon Nowej Lewicy: transnarodowe korporacje są najlepszymi sponsorami parad równości.

I to już nie jest problem zza naszej zachodniej granicy. To rzecz, która bardzo mocno podzieliła środowiska lewicowe w Warszawie, gdy okazało się, że sponsorami stołecznej parady równości są korporacyjne rekiny. Mainstreamowe środowiska LGBTQ nawet się nie oburzają, że ta sama firma może robić interesy w krajach arabskich, gdzie homoseksualizm karany jest śmiercią, a w Europie w najlepsze przedstawiać się jako przyjaciel tęczowych mniejszości. Podobny wątek w książce wywołał lawinę obelg pod moim adresem.

Mainstreamowe środowiska LGBTQ nawet się nie oburzają, że ta sama firma może robić interesy w krajach arabskich, gdzie homoseksualizm karany jest śmiercią, a w Europie przedstawiać się jako przyjaciel tęczowych mniejszości

Jaki wątek?

Kilka lat temu głośna była w Polsce sprawa wyrzucenia z pracy w IKEI mężczyzny, który opublikował homofobiczny wpis na wewnętrznym forum szwedzkiej firmy. Przywołał słowa ze Starego Testamentu: „Ktokolwiek obcuje cieleśnie z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą, popełnia ohydę. Obaj będą ukarani śmiercią; sami tę śmierć na siebie ściągnęli”. Owszem, paskudna sprawa. Ale ja nie chcę żyć w kraju, w którym prywatna firma legalnie zwalnia za jakiekolwiek poglądy lub opinie – a z tego wyciągnięto wniosek, że jestem homofobem.

A był sens bronić tego człowieka?

W połowie lat 80. w Anglii działała organizacja Lesbians and Gays Support the Miners (LGSM), która pomagała finansowo brytyjskim górnikom, prześladowanym przez rząd Margaret Thatcher. „Żelazna Dama” robiła, co chciała, bo dogadała się na polski węgiel z Wojciechem Jaruzelskim. Związkowcy początkowo wcale nie byli zadowoleni z takiego wsparcia: geje i lesbijki usłyszeli pod swoim adresem sporo nieprzyjemnych słów. Mark Ashton, założyciel LGSM, wziął to na klatę. Robotnicy w końcu to docenili i w 1985 r. walijscy górnicy przewodzili londyńskiej Paradzie Równości. Później do programu Partii Pracy wpisano walkę o prawa mniejszości seksualnych. Tak się tworzy wspólnotę.

Gdy kierowniczka krakowskiego oddziału IKEI wyrzuciła pracownika za homofobiczny wpis, lewica zawyła z radości. Nikt nie zapytał: po pierwsze, czy to nie jest zwykły pinkwashing; po drugie, czy nie należy jednak bronić człowieka wywalonego z roboty za poglądy. Jasne, to poglądy podłe, ale co jest wartością nadrzędną? I czy lewica powinna klaskać? Zostałem więc homofobem, choć w pełni popieram równość małżeńską. Uważam rodzinę za wartość i dlatego chciałbym, żeby kochające się osoby tej samej płci również mogły ją tworzyć w świetle prawa. Ale zmian legislacyjnych – na szczęście – nie wprowadza obyczajowa awangarda, tylko demokratyczna większość. A dlaczego większości miałoby zależeć na prawach mniejszości, skoro mniejszości nie troszczą się o większość?

Dlaczego większości miałoby zależeć na prawach mniejszości, skoro mniejszości nie troszczą się o większość?

To szerszy problem, mam wrażenie, że dzisiejsza lewica prawie nigdy nie wkłada tak wielkich emocji i energii w sprawy społeczne jak w kwestie tożsamościowe. Dzięki sieci dobrze widać, kiedy wskazówka „oburzometru” idzie w górę. Choć czasem pytam sam siebie, czy aby nie jestem uprzedzony.

Niestety, widzę to podobnie. Od wielu osób, które lubią przyznawać się do lewicowych poglądów, usłyszysz, że mają podobne do ciebie spojrzenie na sprawy społeczne. Ale łatwo odnotować, że polityka socjalna rzadko budzi w nich takie emocje, taki oddźwięk, jak kwestie tożsamościowe. To spory problem, bo nie dotyczy on tych ludzi lewicy, którzy zupełnie porzucili kwestie klasowe, lecz tych, którzy wciąż się do nich odwołują.

Gdy na różne sposoby zależysz od neoliberałów, będziesz tonować prosocjalne emocje.

À propos zależności: istnieje taki odłam lewicy, który specjalizuje się w śledzeniu, skąd prawicowe organizacje mają pieniądze. I zawsze chętnie o tym napisze w liberalnych mediach. Ta sama lewica jak tabu traktuje kwestie własnego finansowania. Dla pewnego grona czytelników mojej książki kontrowersyjna była nie tyle krytyka amerykańskiej lewicy tożsamościowej, bo to rzecz odległa, ile krytyczne uwagi na temat finansowej zależności lewicowych środowisk od Fundacji Batorego lub zblatowania się z Kongresem Kobiet. Krytyka Magdaleny Środy wzbudziła oczywiście niechęć Kingi Dunin. A przecież nie da się uczciwie mówić o polityce bez wskazania, kto kogo finansuje. Dotyczy to także spraw, które ja sam uważam za słuszne: mam prawo wiedzieć, kto płaci za promocję pewnych idei i dlaczego to robi.

Czas jakiś temu w „Gazecie Wyborczej” ukazał się artykuł „Czesi na rosyjskiej ścieżce. Ustawa o zagranicznych wpływach dzieli koalicjantów”. Może mnie uspokoisz lub napomnisz: jeśli ciekawią mnie wpływy niemieckich albo amerykańskich think-tanków na politykę, to jestem putinofilem?

[śmiech] Jeden rabin powie tak, drugi powie nie. Bo widzisz, kłopot nie tkwi w tym, że się tym interesujesz, ale w tym, komu się przyglądasz ze szczególną ciekawością. Media przyklasną, jeśli opiszesz mechanizm finansowania Conservative Political Action Conference. Wtedy okaże się, że przepływ kapitału ma swoje polityczne konsekwencje. Ale niedobrze jest mówić, że wielkie media są na pasku korporacji, a lewicowy trzeci sektor ma potężnych i równie interesownych sponsorów. Postulat finansowej czy wręcz ekonomicznej przejrzystości, jawności całego systemu traktowany jest wybiórczo właśnie przez liberałów i lewicę. To potwierdza ich zależność od dużego kapitału albo obcych partii politycznych, które realizują tylko własne cele. Dziś może wygląda to nieco inaczej, ale pamiętam czasy, gdy w dyskusjach o finansowaniu lewicowych środowisk wspomniało się o Sorosie, to odpowiedzią były pełne niesmaku spostrzeżenia, że takie komentarze to już prawicowe szurstwo.

Albo ironiczne nakładki na profilowe: „Soros is my sugar daddy”.

A przecież mówimy o faktach, a nie o teorii spiskowej.

Pochodzę z inteligenckiego domu na wielkopolskiej popegeerowskiej wsi, Ty wywodzisz się z klasy ludowej. Skrzydła czy garb?

Tak, pochodzę z robotniczej rodziny, jestem pierwszym pokoleniem urodzonym w mieście, oboje rodzice pochodzą ze wsi pod Płockiem, ich udziałem był duży awans klasowy w czasach PRL-u. Matka i ojciec przeprowadzili się z Mazowsza na Śląsk. Ojciec pracował jako górnik, matka była pielęgniarką. Moi rodzice nie należeli do związków, ale z pewną nostalgią myślę o świecie, w którym zaczynali życie zawodowe. W wieku 21 lat mój ojciec mógł przeprowadzić się na drugi koniec Polski, znaleźć pracę w kopalni, dostać mieszkanie, zabezpieczyć byt sześcioosobowej rodzinie.

W wieku 21 lat mój ojciec mógł przeprowadzić się na drugi koniec Polski, znaleźć pracę w kopalni, dostać mieszkanie, zabezpieczyć byt sześcioosobowej rodzinie

Ja miałem już świetne warunki, żeby zdobyć wyższe wykształcenie, przeżyć awans klasowy, ale świat mojej rodziny we mnie żyje. Poznałem, co to presja, żeby „przestroić się” na inny światopogląd, bardziej pasujący do nowych społecznych ról. Już na studiach, w najbardziej oczywisty dla mnie sposób, wszedłem w nowolewicowy sposób myślenia. Nadal uważam, że nowolewicowe idee, które wyrosły z kontrkulturowego buntu, wniosły do świata pewną wartość. To zresztą wzbudziło sprzeciw Remigiusza Okraski, który na łamach „Nowego Obywatela” – w życzliwej mi przecież recenzji – polemicznie odnosił się do mojego zaufania wobec tych idei. Mam sentyment do takich postaci jak choćby Bayard Rustin. Często zdarza mi się mówić, że współczesna lewica zastąpiła politykę ekspresją i zawsze wydawało mi się, że to moja teza. Ale Rustin, obserwując dynamikę lat 60. i 70., wyraził ją o wiele wcześniej, bazując na własnym doświadczeniu.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że czuję się reprezentantem klasy ludowej, znalazłem się w innym społecznym miejscu, pracuję jako programista. To zresztą sprawia, że patrzę na kwestię samozatrudnienia z innej perspektywy niż część lewicy.

O czym mówisz?

Na wrocławskiej premierze mojej książki, którą prowadziła Florentyna Gust z partii Razem, rozmawialiśmy między innymi o umowach B2B. Moja rozmówczyni podkreślała przede wszystkim to, że samozatrudnienie ma charakter przymusowy. Ale w mojej grupie zawodowej wygląda to inaczej: znam wielu programistów, którzy deklarują, że chcieliby bardziej sprawiedliwego świata i większej progresji podatkowej. Ale kiedy w sferze publicznej rozpoczęła się dyskusja o reformie Państwowej Inspekcji Pracy, niesamowicie się oburzali. Wracamy zatem do wątku ważenia korzyści i ryzyka – deklaracje nic nie kosztują, można je składać do woli, ale kiedy na stole pojawiają się rozwiązania, maski opadają.

Rzadko kto na lewicy ma ochotę naświetlać taki kontekst. Choć swego czasu Piotr Wójcik na łamach „Krytyki Politycznej” napisał wprost – przy okazji podchodów Polski 2050 dotyczących finansowania ochrony zdrowia – że choć jemu osobiście opłaca się degresywny system podatkowy, jest jego przeciwnikiem.

Nominalna lewica w Polsce to często klasa średnia i wyższa klasa średnia, a to sprawia, że jej własne interesy mocno rozjeżdżają się z tym, co należałoby popierać w ramach społeczno-gospodarczej agendy. Zarabiam nieźle, ale właśnie dlatego – w moim położeniu społecznym – lewicowość oznacza dla mnie umiejętność dojrzenia czegoś poza czubkiem własnego nosa. Chętnie dołożyłbym się w większym stopniu do społecznego dobrobytu, gdyby zamożniejsi ode mnie zrobili to samo. Innymi słowy, jeśli chcę być uczciwy wobec siebie, dziś muszę występować przeciwko własnym krótkoterminowym interesom.

Jeśli chcę być uczciwy wobec siebie, dziś muszę występować przeciwko własnym krótkoterminowym interesom

To otwarte pytanie, czy większość lewaków to ludzie z tzw. dobrych, wielkomiejskich domów. Niemała część z nich trafia z prowincji na studia do wielkich miast. I tam na dobre i złe socjalizują się do ideowopolitycznych szablonów.

Socjalizują się do „klasy specjalistyczno-menedżerskiej”, jak kiedyś ujęli to Barbara i John Ehrenreichowie. Dla nich to nie tyle kwestia statusu, ile raczej aspiracji do statusu.

Błażej Pascal mówił, że nawet jeśli ktoś wątpi, powinien słuchać mszy. I z czasem uwierzy. Przełóżmy to na współczesne pojęcia: naśladuj język hegemonicznego dyskursu, a w końcu zaczniesz myśleć jak elity.

Młodzież trafia na uczelnie, do korporacji i do trzeciego sektora z mniejszych miejscowości. Często obiema nogami siedzi w klasie ludowej albo niższej klasie średniej. Ale aspiruje do kręgów, które nadają ton debacie – mocno uzależniającej lewicowy ogląd spraw od liberalnych interesów. Jeśli chcesz się odnaleźć w środowiskach akademickich, nie tylko jako partner do rozmowy, ale też jako przyszły pracownik lub pracownica, musisz nauczyć się etykiety. To dotyczy również światopoglądu.

Niemal dwie dekady temu „Krytyka Polityczna” wydała „Co z tym Kansas” Franka Thomasa, rzecz traktowano jako objawienie. Opowieść o tym, jak Demokraci zdradzili amerykańską klasę robotniczą, nieźle się wówczas czytała nie tylko na lewicy. Twoja książka pod pewnymi względami jest do niej podobna, ale część goszystów uznała ją za afront. I to lewica, którą trudno – biograficznie – nazwać postkomunistyczną.

Powtórzę: przez lata polskiej lewicy znacznie łatwiej rozmawiało się o tym, co się dzieje z Pasem Rdzy albo jak południowoamerykańskie reżimy pod bronią strzegą korporacyjnych interesów. Ale wystarczy spojrzeć, jak wyglądała lewicowa debata o 500 Plus i socjalnym elektoracie. Było w tym pełno protekcjonalizmu, każdy argument za programem obwarowywano mnóstwem zastrzeżeń, to samo dotyczyło wolnych niedziel. A dzisiaj jest już jasne, że największą rewolucję socjalną po transformacji w Polsce przeprowadziło Prawo i Sprawiedliwość.

Dzisiaj jest już jasne, że największą rewolucję socjalną po transformacji w Polsce przeprowadziło Prawo i Sprawiedliwość

A przy okazji: który jesteś rocznik?

1989 rok.

Pytam o to, bo zaciekawiło mnie, że w twojej książce „Solidarność” pojawia się właściwie tylko jako napomknięcie. Zastanawiałem się, czy wynika to z faktu, że w III RP drogi lewicy i tego związku mocno się rozjechały.

Spotkałem w swoim życiu porządnych, dobrych związkowców, którzy na szczęście poukładali mi pewne rzeczy w głowie. Ruch związkowy ma wciąż znaczenie, duże zasługi mają mniejsze związki zawodowe, często z wielkim trudem organizujące się w prywatnych firmach, ale solidarnościowy etos to nie jest opowieść ważna dla tej lewicy, która rządzi dyskursem i debatuje o kolejnych teoriach świadomości klasowej. A mnie interesowała w książce przede wszystkim ta lewica – jako zjawisko społeczne.

Na boku zostawiłeś też opowieść o postkomunizmie.

Być może powinno być tego więcej. W ogóle polskie konteksty mocno przenikają się u mnie z zachodnimi. I miałem nawet do siebie pretensje za brak głębszego historycznego tła. Ale uznałem, że warto pokazać to, co kształtuje się dziś na Zachodzie, bo pewnie prędzej czy później trafi to do nas. Spójrzmy choćby na studia podyplomowe z aktywizmu na amerykańskich uczelniach – nie dotarło to do nas jeszcze na taką skalę, ale znamy przecież sposób funkcjonowania polskiej lewicy, rozmawialiśmy już o tym, skąd płyną do niej pieniądze. Takie wątki traktuję zatem jak ostrzeżenie. Rewolucyjny aktywizm okazał się dobrym biznesem na styku świata polityki, akademii i trzeciego sektora – w końcu ktoś to u nas zwęszy.

To nie tylko kwestia monetyzacji, ale i usieciowienia lewicy. W Polsce na przykład w systemie grantów.

Dlatego krzywię się, gdy ktoś mówi, że głównonurtowa lewica wyrosła już z woke. Być może najostrzejsze formy dyscyplinowania ludzi w imię tej doktryny mamy już za sobą. Ale spójrzmy na uniwersytety. Daleko mi do moralnej paniki konserwatystów, nie trafiają do mnie argumenty o tym, że gender studies „zagraża naszym dzieciom”. Ale takie kierunki studiów są przecież głęboko zakorzenione w strukturach konkretnych grup interesu. Akademicy będą bronili się pazurami przed jakąkolwiek zmianą paradygmatu na lewicy, bo to zagrażałoby ich pozycji i realnym interesom ekonomicznym. Teoria feministyczna wykładana na uczelniach obiecuje emancypację tam, gdzie emancypacji nie ma – jest tylko awans klasowy, wspinanie się po drabinie społecznej. Znam kilka porządnych marksistek, które zajmują się społeczną teorią reprodukcji, ale jest ich garstka. Gdyby wykładowczynie gender studies przyznały, że rzeczywista emancypacja jest w polityce klasowej, ich specjalizacje straciłyby rację bytu.

Akademicy będą bronili się pazurami przed jakąkolwiek zmianą paradygmatu na lewicy, bo to zagrażałoby ich pozycji i realnym interesom ekonomicznym

Tak reprodukuje się system: profesury, habilitacje, doktoraty, magisterki. Niewiele pozostaje przestrzeni dla kwestii socjalnych, które przecież determinują życie milionów kobiet z niższych warstw. A to bardzo mocno przenika się z polityką, prawodawstwem i gospodarką: liberalny Kongres Kobiet naprawdę nie jest dla sprzątaczek.

Usłyszysz odpowiedź, że halo, halo, mamy przecież Socjalny Kongres Kobiet w Poznaniu, animowany przez ludzi z Inicjatywy Pracowniczej. I to będzie rzeczowa riposta.

Tak, ale w najbardziej gorących debatach tożsamościowych albo w sporach politycznych, które decydują o tym, na kogo zagłosujesz w wyborach, to niemal kompletnie znika. Możesz w mniej zobowiązującej dyskusji przyznać, że socjalfeminizm jest ważny, ale spróbuj dzień przed wyborami powiedzieć, że liberałowie i tak oszukają lewicę! [śmiech]

Czasem to są mocne obrazy: Marta Lempart zrugana pod siedzibą PiS przez sprzątaczkę, gdy rozlewała czerwoną farbę. Socjalny elektorat, nawet jeśli popierał Czarny Protest, miał powody do nieufności. I nic dziwnego, że ostatecznie cała para poszła w gwizdek – liberałowie zagospodarowali ten ruch tak, jak im się to opłacało. Tak będzie zawsze, jeśli kwestie klasowe pozostaną dla lewicy tylko kwiatkiem do kożucha. Będzie nieustannie oszukiwana przez swojego największego sojusznika, który żyje w doskonałej symbiozie z biznesem.

Z jednej strony mamy książki takie jak „Wszyscy skazańcy rozstrzelani. PPS wobec stalinowskiego terroru w latach 1936–1938” Ewy Pejaś, z drugiej „Stygmat. Helena Wolińska i Włodzimierz Brus. Biografia” Katarzyny Kwiatkowskiej-Moskalewicz. Ty więcej mówisz o relacjach lewicy z wielkimi religijnymi tradycjami niźli o kwestiach lewicy niepodległościowej czy samoświadomości komunistów. To strategia czy przeoczenie?

Nie chciałem się wikłać w wątki, które rozsadziłyby formułę książki, a poza tym zwyczajnie nie znam się na historii patriotycznej lewicy. Współczesny kontekst tego zagadnienia zajmuje mnie bardziej. Spójrzmy na Centralny Port Komunikacyjny: PiS-owski projekt znalazł przecież tylu obrońców, gdy obecny rząd próbował go zaorać w 2024 roku, bo dotyczył nie tylko modernizacji, ale i polskich ambicji. Stał się istotną częścią opowieści o tym, kim jesteśmy w Europie i czego chcemy. Logika, wedle której „lotnisko mamy w Berlinie”, okazała się problemem dla liberalnych elit.

Skoro jesteśmy przy CPK, to wraca postać posłanki Pauliny Matysiak. Dawno temu na lewicy przerzucano się oskarżeniami o socjalszowinizm. Pasuje jak ulał.

[śmiech] Lewica na różne sposoby broni swojej ideowej czystości, choć liczne sojusze z liberałami każą powątpiewać w czystość intencji. Lewica dyscyplinuje: a to za brak feminatywów, a to za współpracę z politykami prawicowymi. Dobrze by było, gdyby uważniej przyjrzała się własnym konszachtom z ludźmi, którzy reprezentują interesy kapitalistów.

Lewica dyscyplinuje: a to za brak feminatywów, a to za współpracę z politykami prawicowymi. Dobrze by było, gdyby uważniej przyjrzała się własnym konszachtom z ludźmi, którzy reprezentują interesy kapitalistów

Napiszesz kolejną książkę?

Pewnie tak, ale nie wykluczam, że będzie to powrót do mojej poetyckiej niszy. Z usposobienia jestem piwniczakiem [śmiech]. Mam też kilka pomysłów na esej podobny w formie do „W myśl praw geometrii” – czas pokaże.

autorka zdjęcia na miniaturce Laura Janoszek


Czy to jest najbardziej niebezpieczny zawód świata? | Niezbędnik Zagraniczny NK 24–30 kwietnia 2026 r.

Polscy obywatele uwolnieni z Białorusi. Na granicy polsko-białoruskiej doszło do wymiany „pięciu za pięciu”. Z białoruskich więzień zwolniono niezależnego dziennikarza i działacza mniejszości polskiej Andrzeja Poczobuta, karmelitę Grzegorza Gawła, jeszcze jednego obywatela polskiego oraz dwóch mołdawskich oficerów wywiadu. Z Polski w zamian wydano Białorusi pięć osób, które były zatrzymane na terytorium UE i innych państw pod zarzutem działalności szpiegowskiej albo przestępczej na rzecz Rosji lub Białorusi. Negocjacje były wspierane przez dyplomację i służby specjalne USA, co potwierdził specjalny wysłannik prezydenta Trumpa – John Coale.

Zdaniem strony białoruskiej w negocjacjach uczestniczyły służby wywiadowcze z siedmiu krajów. „Wśród zwolnionych znaleźli się obywatele Białorusi, którzy wykonywali szczególnie ważne misje w interesie zapewnienia bezpieczeństwa narodowego i zdolności obronnych naszego kraju” – przekazała białoruska agencja Biełta.

Uwolnienie białoruskich więźniów politycznych jest efektem współpracy sojuszniczej oraz wysiłków polskich służb i liderów politycznych. Prezydent Karol Nawrocki, premier Donald Tusk i minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski starali się zdyskontować to wydarzenie, wybijając własną w nim rolę.

Trzeci zamach na Donalda Trumpa. W nocy z 25 na 26 kwietnia 2026 roku doszło do udaremnionej próby zabójstwa prezydenta Donalda Trumpa podczas uroczystej kolacji Stowarzyszenia Korespondentów Białego Domu w hotelu Washington Hilton. Uzbrojony napastnik oddał strzały i próbował przedrzeć się przez punkt kontrolny do sali balowej, co zmusiło agentów ochrony (Secret Service) do natychmiastowej ewakuacji prezydenta, pierwszej damy Melanii Trump oraz wiceprezydenta J.D. Vancea. W wyniku incydentu ranny został jeden agent Secret Service, którego życie uratowała kamizelka kuloodporna.

W wyniku incydentu ranny został jeden agent Secret Service, którego życie uratowała kamizelka kuloodporna. Sprawcą ataku jest 31-letni pochodzący z Kalifornii

Sprawcą ataku jest 31-letni pochodzący z Kalifornii Cole Tomas Allen. Według wstępnych ustaleń FBI i prokuratury federalnej atak miał podłoże polityczne i ideologiczne, a sprawca był motywowany silną niechęcią do prezydenta. Zamachowiec przejechał pociągiem całe Stany i zameldował się w hotelu, by uniknąć kontroli bezpieczeństwa przed wejściem do budynku.

Donald Trump już wkrótce po zamachu kontaktował się z mediami, tłumacząc, że incydent udowadnia, iż jego plany rozbudowy Białego Domu o salę balową są koniecznością wynikającą z potrzeby zapewnienia bezpieczeństwa głowie państwa. Republikanie w Kongresie naciskali na uchwalenie ustawy mającej na celu sfinansowanie budowy. Można podziwiać zarówno odwagę prezydenta, jak i zdolność błyskawicznej reakcji na wydarzenia w taki sposób, by zdominować sposób ich interpretacji. Głosy domagające się ograniczenia dostępu do broni były tym razem w USA marginalne.

Wokół nieudanej próby zamachu na Donalda Trumpa szybko zaczęły krążyć liczne teorie spiskowe, które – mimo braku potwierdzenia w ustaleniach śledczych – zyskały popularność w mediach społecznościowych i części komentarzy publicznych. Przeciwnicy obecnej administracji skłonni są wierzyć, że całe wydarzenie było „ustawione” w celu osiągnięcia przez prezydenta korzyści wizerunkowych i poprawę jego notowań. Inni sugerują dodatkowo, że incydent miał odwrócić uwagę opinii publicznej od problemów w polityce krajowej i międzynarodowej. Komentatorzy prawicowi wskazują na rzekomy udział ukrytych grup interesu lub tzw. „deep state”, które miałyby stać za próbą zabójstwa prezydenta.

Warto pamiętać, że z powodu łatwej dostępności broni w USA w zamachach zginęło aż 4 na 45 amerykańskich przywódców, a kilkunastu kolejnych przeżyło zamachy na swoje życie. Sam Donald Trump w kampanii wyborczej w 2024 roku przeżył dwie próby morderstwa.

Gdyby zawód prezydenta USA ujmować w statystykach niebezpiecznych zawodów, z 9 procentami zgonów podczas wykonywania obowiązków znalazłby się znacznie powyżej drwali, myśliwych i rybaków dalekomorskich, trzech najbardziej ryzykownych profesji. Niebezpieczeństwo śmierci wynosi w ich przypadku w USA jeden promil (100 zgonów na 100 tys. wykonujących te prace).

Amerykańskim prezydentom daleko jednak w tej niechlubnej statystyce na przykład do Polski (na 17 prezydentów w czasie sprawowania urzędu zginęło 2, czyli prawie 12 proc.) czy Austrii (gdzie umarło 5 na 12 prezydentów, czyli niemal 40 proc. – głównie z powodu zaawansowanego wieku sprawujących urząd).

Powietrzna wojna w Ukrainie. Siły rosyjskie kontynuują natarcie na wszystkich głównych kierunkach w Donbasie i we wschodniej części obwodu zaporoskiego. Pogłębiły i poszerzyły też kontrolowany obszar w rejonie Wołczańska w obwodzie charkowskim. Zdaniem analityków warszawskiego Ośrodka Studiów Wschodnich, nieznaczne postępy terenowe nie wpłynęły jednak na ogólną zmianę sytuacji operacyjnej i strategicznej.

Obie strony wydają się obecnie skupiać na prowadzeniu wojny na wyniszczenie za pomocą ataków z powietrza. W ubiegłym tygodniu poszkodowany został Dniepr, na który uderzenia 25 kwietnia ponawiano przez ponad 20 godzin. Uszkodzono budynki mieszkalne, obiekty przemysłowe i składy paliwa. Wskutek zmasowanego ataku do zniszczeń infrastruktury energetycznej, przemysłowej i transportowej doszło także w Białej Cerkwi, Charkowie, Chersoniu oraz mniejszych miejscowościach w obwodach czerkaskim, czernihowskim i zaporoskim. W obwodzie odeskim uszkodzono zaś infrastrukturę portową w delcie Dunaju oraz statki handlowe pod różnymi banderami. 26 kwietnia w Czarnomorsku trafiony został zbiornik z 6 tys. ton ropy, w następstwie czego nastąpił jej wyciek do morza. Zniszczenia objęły także obiekty przemysłowe i zabudowę mieszkalną Odessy. Rosjanie kontynuowali niszczenie infrastruktury kolejowej i energetycznej – ze szczególną intensywnością w rejonach przyfrontowych.

Rosjanie kontynuowali niszczenie infrastruktury kolejowej i energetycznej – ze szczególną intensywnością w rejonach przyfrontowych

Z kolei Ukraińcy konsekwentnie uderzają w infrastrukturę energetyczną na bliskim zapleczu agresora, głównie w okupowanych częściach obwodów chersońskiego i zaporoskiego. Starają się także zmniejszyć możliwości eksportowe ropy i paliw z Rosji. 28 kwietnia drony po raz kolejny uderzyły w nadczarnomorską rafinerię w Tuapse w Kraju Krasnodarskim, gdzie doszło do pożaru. Rosjanie wciąż borykają się ze skutkami poprzednich ataków na ten obiekt (ostatnio 20 kwietnia), m.in. z wyciekiem do morza produktów ropopochodnych. 26 kwietnia zaatakowana została także rafineria w Jarosławiu. Jednocześnie nękają cele na Krymie i w głębi Rosji, by rozciągnąć rosyjską obronę przeciwlotniczą.

Według opublikowanego 27 kwietnia raportu Sztokholmskiego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI) w 2025 r. Ukraina awansowała na siódme miejsce na świecie pod względem wielkości wydatków wojskowych. Nakłady wzrosły w porównaniu z poprzednim rokiem o 20 proc. i sięgnęły 84,1 mld dolarów, co odpowiada 40 proc. PKB i plasuje Ukrainę na pierwszym miejscu pod względem relacji wydatków wojskowych do PKB. Wydatki wojskowe Rosji w 2025 r. wyniosły ok. 190 mld dolarów i wzrosły o 5,9 proc. Stanowią one ok. 7,5 proc. rosyjskiego PKB.

Zbliża się globalny kryzys paliwowy. Rozmowy amerykańsko-irańskie utknęły w martwym punkcie. Marco Rubio, sekretarz stanu USA, uznał 27 kwietnia nową propozycję Iranu dotyczącą zakończenia wojny za „nie do przyjęcia”. Propozycja ta zakładała ponowne otwarcie cieśniny Ormuz, ale opóźnienie rozmów w sprawie irańskiego programu jądrowego.

Najbardziej na jednoczesnym zamknięciu cieśniny przez USA i Iran cierpią gospodarki arabskich państw Zatoki, które mimo otwarcia korytarzy transportowych przez Arabię Saudyjską musiały znacznie ograniczyć eksport. Oraz oczywiście wszyscy ci, którzy są uzależnieni od importu z Zatoki: węglowodorów, paliw, helu, nawozów czy aluminium.

Na razie kryzys ma postać lokalnych braków w zaopatrzeniu. Cena baryłki ropy Brent wzrosła do ponad 110 dolarów, osiągając najwyższy poziom od trzech tygodni. Niezależnie od bieżących cen kontraktów terminowych na ropę w przyszłości, szybko rosną też realne ceny transakcyjne, ponieważ ropy i jej produktów pochodnych może w ciągu kilku tygodni zabraknąć na światowych rynkach. Wtedy sytuacja z lokalnych braków przekształci się w globalny kryzys.

Ropy i jej produktów pochodnych może w ciągu kilku tygodni zabraknąć na światowych rynkach. Wtedy sytuacja z lokalnych braków przekształci się w globalny kryzys

Negocjatorom zostało więc niewiele czasu, zanim konsekwencje zamknięcia cieśniny przeniosą się na dobre do realnych gospodarek, siejąc w nich spustoszenie. Promykiem nadziei było wypłynięcie z Zatoki pierwszego gazowca od początku wojny. Wedle agencji Bloomberga obecnie znajduje się u południowych wybrzeży Indii. Statek przewozi skroplony gaz ziemny ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich i zmierza do Chin. Nie oznacza to jednak powrotu do regularnych dostaw, lecz prawdopodobnie wynika on z działań chińskiej dyplomacji.

Kto mrugnie pierwszy? Obie strony grają więc na czas, uważając że ich przeciwnik zostanie przymuszony do ustępstw. Dla USA zegar tyka z powodu wzrastających cen paliw dla konsumentów i zbliżających się wyborów połówkowych do Kongresu.

Wedle kalkulacji Waszyngtonu Teheran zaś stoi w obliczu dodatkowej presji, by podjąć negocjacje, ponieważ Irańczykom szybko zaczyna brakować miejsca na składowanie ropy naftowej. Szybów naftowych nie można zaś po prostu zakręcić, zaś z powodu zamknięcia Ormuzu surowca nie można też wywieźć w wystarczających ilościach. Transport innymi drogami ma być zaś niewystarczająco efektywny. Ponadto skutki ataków na setki fabryk rozchodzą się po całej irańskiej gospodarce, grożąc coraz większą falą zwolnień, podczas gdy Irańczycy borykają się z gwałtownym wzrostem cen.

Jednak ostatnie dane za marzec firmy Kpler poddają te kalkulacje w wątpliwość. Eksport ropy naftowej z Iranu i Rosji wzrósł o ponad 5 proc. w porównaniu ze średnią z ostatnich 12 miesięcy, ponieważ Indie i inne kraje zwiększyły zakupy, będąc odcięte od innych źródeł z Zatoki. Eksport ropy naftowej z Iranu osiągnął w marcu poziom 1,84 mln baryłek dziennie, co stanowi wzrost o 7 proc. w stosunku do średniej z ostatnich 12 miesięcy. Iran może dalej eksportować ograniczone ilości surowca przez terminal Jask nad Morzem Arabskim, omijając Ormuz.

Formalny rozejm; i starcia. Jeśli w Zatoce realnie obowiązuje zawieszenie broni, to w Libanie wciąż trwają ograniczone walki. Lider Hezbollahu, Naim Kassem, wykluczył możliwość oddania broni w ramach jakiegokolwiek porozumienia z Izraelem, odrzucając tym samym kluczowy warunek Izraela dotyczący zakończenia wojny i wycofania się z południowego Libanu. Izrael poinformował, że 27 kwietnia przeprowadził naloty w libańskiej dolinie Bekaa, w pobliżu granicy z Syrią. Ministerstwo Zdrowia Libanu podało, że od początku marca zginęły co najmniej 2534 osoby, a 7863 zostały ranne.

Lider Hezbollahu wykluczył możliwość oddania broni w ramach jakiegokolwiek porozumienia z Izraelem

OPEC minus. Zjednoczone Emiraty Arabskie podjęły decyzję o opuszczeniu OPEC, kartelu państw-producentów ropy naftowej. ZEA zrobią to w wyniku napięć związanych z limitami wydobycia, spotęgowanych rywalizacją z Arabią Saudyjską, największym eksporterem w grupie i jej faktycznym liderem. Po latach faktycznego Sojuszu, obecnie drogi ZEA i Saudów rozeszły się na wielu regionalnych frontach, od Jemenu po Sudan.

Posunięcie to nie będzie miało większego bezpośredniego wpływu. Blokada cieśniny Ormuz przez Iran dławi eksport w całym regionie Zatoki Perskiej, ograniczając zdolność ZEA do zwiększenia produkcji nawet poza kartelem. Jednak gdy przepływ ropy zostanie wznowiony, kraj ten będzie mógł wydobywać bez ograniczeń. Planuje on zwiększyć zdolność produkcyjną do około 5 mln baryłek dziennie do 2027 r., w porównaniu z 3,6 mln przed wojną.

To część geopolitycznych zmian na Bliskim Wschodzie, dla których katalizatorem był atak Izraela i USA na Iran. Z jednej strony arabskie kraje Zatoki rozczarowane są polityką USA i jakością amerykańskiego parasola bezpieczeństwa, który okazał się tylko w ograniczonym stopniu chronić je przed atakami irańskimi. Jednak z drugiej strony narasta również gniew wobec Iranu, szczególnie Arabii Saudyjskiej, której stosunki z Teheranem już wcześniej były historycznie nacechowane konkurencją i konfliktami. Rijad ma uzasadnione przekonanie, że został zaatakowany, mimo iż na jego terytorium nie ma baz USA. Po trzecie, coraz częściej wychodzą na światło dzienne napięcia między państwami Zatoki, czego opuszczenie OPEC przez Emiratczyków jest jednym z przejawów.

Arabskie kraje Zatoki rozczarowane są polityką USA i jakością amerykańskiego parasola bezpieczeństwa, który okazał się tylko w ograniczonym stopniu chronić je przed atakami irańskimi

Karol III w USA. Wizyta brytyjskiego króla w Ameryce w dniach 27–30 kwietnia ma na celu uczczenie 250. rocznicy uzyskania przez Amerykę niepodległości od Wielkiej Brytanii. Zdaniem brytyjskich mediów ze względu na konflikty transatlantyckie staje się ona jednak także misją mającą na celu ratowanie „szczególnych stosunków” między tymi krajami, jak nazwał je Winston Churchill w 1946 roku.

Administracja USA stara się wykorzystać wizytę do zdobycia wewnętrznej popularności w Stanach, a także zdyskontować ją w kontekście konfliktu z Iranem. Prezydent Donald Trump stwierdził, że król Karol III „zgadza się ze mną nawet bardziej niż ja sam”, że Iran nie powinien posiadać broni jądrowej. Rzecznik Pałacu Buckingham wyjaśnił pospiesznie, że „król ma oczywiście na uwadze długoletnie i powszechnie znane stanowisko swojego rządu w sprawie zapobiegania rozprzestrzenianiu broni jądrowej”. Brytyjski monarcha nie ma prawa publicznie zajmować stanowiska w sprawach politycznych.

Kanada chce uniezależniać się od Waszyngtonu. Mark Carney, premier Kanady, powołał do życia pierwszy w historii kraju państwowy fundusz majątkowy. „Canada Strong Fund” (CSF) rozpocznie działalność z kapitałem w wysokości 25 mld dolarów kanadyjskich (18 mld dolarów amerykańskich) i będzie inwestował głównie w infrastrukturę krajową.

Jego głównym priorytetem są strategiczne aktywa krajowe, które obecnie znajdują się w dużej mierze w posiadaniu podmiotów z USA. Kanadyjczycy chcą też dzięki CSF inwestować w zaawansowaną produkcję, infrastrukturę, energię, górnictwo oraz rolnictwo, aby tworzyć miejsca pracy i napędzać innowacje.

Jest to część działań mających na celu zmniejszenie zależności Kanady od Stanów Zjednoczonych, których cła mocno uderzyły w kanadyjską gospodarkę, a retoryka podważa suwerenność Ottawy. Oba kraje próbują wynegocjować porozumienie handlowe przed obowiązkowym przeglądem trójstronnej umowy o wolnym handlu między nimi a Meksykiem.

Chiny czuwają nad transferem technologii. Warta dwa miliardy dolarów transakcja przejęcia przez Meta chińskiego startupu Manus, zajmującego się sztuczną inteligencją, została zablokowana. Decyzję podjęła Narodowa Komisja Rozwoju i Reform, która odpowiada za rozwój gospodarczy Chin, w tym inwestycje zagraniczne. Komisja nie podała, które przepisy lub regulacje naruszyły firmy Meta i Manus, ale kluczowym elementem tej sprawy jest prawdopodobnie niechciany przez Pekin transfer technologii poza Chiny.

Warta dwa miliardy dolarów transakcja przejęcia przez Meta chińskiego startupu Manus, zajmującego się sztuczną inteligencją, została zablokowana

Od 2020 r. ChRL w imię bezpieczeństwa narodowego wprowadziło rygorystyczne kontrole eksportu algorytmów i technologii sztucznej inteligencji. Środki te są nadzorowane przez Ministerstwo Handlu, które odpowiada za zarządzanie administracyjne i rejestrację importu i eksportu technologii transgranicznych, podczas gdy Narodowa Komisja Rozwoju i Reform nadzoruje kwestie związane z technologią w dużych projektach inwestycji zagranicznych.

Meta, nie posiadając własnych nowoczesnych narzędzi SI stara się pozyskać je dzięki akwizycjom, co w przypadku firm chińskich nie okazało się proste.

Meta zagrożona wielomiliardową karą w Europie. To nie koniec kłopotów amerykańskiego koncernu. Komisja oficjalnie zarzuciła firmie naruszenie aktu o usługach cyfrowych (DSA), wskazując, że platformy Facebook i Instagram nie wdrożyły skutecznych mechanizmów weryfikacji wieku. Umożliwiało to dzieciom poniżej 13. roku życia zakładanie kont przy użyciu fałszywych dat urodzenia.

Postępowanie Komisji Europejskiej przeciwko koncernowi Meta, właścicielowi m.in. Facebooka i Instagrama, znajduje się obecnie na etapie wstępnych ustaleń (preliminary findings). Na tym etapie Amerykanie mają prawo do odparcia zarzutów – mogą zapoznać się z materiałem dowodowym i przedstawić pisemną odpowiedź.

Jeśli po analizie stanowiska firmy Komisja podtrzyma swoje zarzuty, wyda ostateczną decyzję o braku zgodności. W takim przypadku Meta może zostać ukarana grzywną sięgającą do 6% jej globalnego rocznego obrotu, co przy przychodach z 2025 roku wynoszących około 201 mld dolarów oznacza potencjalnie karę rzędu kilkunastu miliardów dolarów.

Równolegle do działań unijnych, w marcu 2026 roku amerykański sąd nałożył na Metę karę 375 mln dolarów w odrębnej sprawie dotyczącej niewystarczającej ochrony dzieci przed zagrożeniami w internecie.

Amerykański sąd nałożył na Metę karę 375 mln dolarów w odrębnej sprawie dotyczącej niewystarczającej ochrony dzieci przed zagrożeniami w internecie

Duża awaria autonomicznych taksówek w Chinach. Około 200 pojazdów działających w ramach programu Apollo Go firmy Baidu nagle zatrzymało się podczas jazdy w centrum miasta Wuhan. Przyczyną tego zdarzenia było wydanie przez inżynierów Baidu podczas pracy pojazdów polecenia nakazującego im zatrzymanie się i zebranie danych na miejscu.

31 marca lokalna policja w Wuhan potwierdziła wystąpienie nieprawidłowości, wstępnie nazywając je „awarią systemu” i zaznaczając, że nikt nie odniósł obrażeń. Tego samego dnia w chińskich mediach społecznościowych rozeszły się jednak filmy przedstawiające pasażerów, którzy utknęli w korku, oraz filmiki z wypadków z udziałem niesprawnych taksówek autonomicznych Apollo Go na ruchliwych drogach.

Na początku tego miesiąca cztery agencje rządowe – ministerstwa transportu, przemysłu i technologii informacyjnych oraz bezpieczeństwa publicznego, a także potężna instytucja zwana Administracją Cyberprzestrzeni – wezwały osiem głównych chińskich firm zajmujących się autonomicznymi pojazdami, a także lokalnych urzędników, żądając przeprowadzenia „kompleksowej samokontroli” po tym incydencie.

Po tym, jak marcowa awaria floty bezzałogowych pojazdów firmy Baidu spowodowała zamieszanie na drogach w Wuhan, chiński rząd wstrzymał wydawanie nowych licencji na autonomiczne taksówki.

Wyjątkowy dług Unii Europejskiej być może będzie stały. Zamiast zastanawiać się nad tym, skąd wziąć pieniądze na spłatę obligacji wyemitowanych po pandemii, Unia Europejska powinna je po prostu zrolować, czyli spłacić je z emisji kolejnych obligacji – na tym przynajmniej polega pomysł prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Publicznie poparł go już premier Grecji.

Unia Europejska zaraz po pandemii, w 2021 roku, zdecydowała się na pierwszą w swojej historii dużą emisję obligacji – za ponad 900 mld euro. Z tego ponad 800 mld euro miało iść na finansowanie Funduszu Odbudowy, zwanego w Polsce KPO.

Dług ten ma zostać spłacony w latach 2028–2058. Początek spłat ma więc pojawić się w czasie trwania kolejnej unijnej perspektywy budżetowej na lata 2028–2034. Słowa prezydenta Francji padły w ramach politycznej debaty dotyczącej tej właśnie perspektywy.

Według Macrona szybkie spłacanie tego długu nie miałoby sensu w sytuacji, w której na rynkach jest duży popyt na europejskie obligacje, a państwa unijne stoją przed koniecznością zwiększania wydatków na zbrojenia.

Według Macrona szybkie spłacanie długu nie miałoby sensu w sytuacji, w której na rynkach jest duży popyt na europejskie obligacje, a państwa unijne stoją przed koniecznością zwiększania wydatków na zbrojenia

Polityczna zgoda na to, aby dług ten utrzymywać i obracać nim, wykorzystując w ten sposób zaufanie rynków do UE, byłoby kolejnym ogromnym przełomem w historii Wspólnoty, porównywalnym z tym z 2020, kiedy to postanowiono „jednorazowo i wyjątkowo” skorzystać z możliwości emisji wspólnego unijnego długu. Historycy przypominają, że emisja wspólnego długu zjednoczyła amerykańskie kolonie w Stany Zjednoczone Ameryki.

Niemcy sprzedadzą Indiom okręty podwodne? Plan Niemiec dotyczący sprzedaży Indiom sześciu okrętów podwodnych z napędem spalinowo-elektrycznym jest o krok bliżej realizacji po tym, jak indyjski minister obrony Rajnath Singh odwiedził stocznię Thyssenkrupp Marine Systems w Kilonii, gdzie budowane są okręty podwodne typu U34.

Thyssenkrupp oraz indyjska państwowa stocznia Mazagon Dock Shipbuilders wkrótce podpiszą umowę o przewidywanej wartości od 8 do 10 miliardów dolarów, po prawie pięciu latach negocjacji. Obie firmy będą wspólnie budować okręty w Mumbaju, w ramach inicjatywy „Make-in-India”, mającej na celu wzmocnienie sektora produkcyjnego na subkontynencie.

Niemcy już sprzedają Indiom broń, taką jak karabiny, materiały wybuchowe i amunicję, ale umowa dotycząca okrętów podwodnych będzie pierwszym od dziesięcioleci dużym kontraktem zbrojeniowym na systemy istotne w perspektywie strategicznej.

Ostateczne zawarcie tego kontraktu byłoby istotne nie tylko dla relacji RFN–Indie, ale też dla stosunków Indii z ich europejskimi partnerami. Indie nadal utrzymują ścisłą współpracę z Rosją w zakresie rozwoju i utrzymania floty okrętów podwodnych. W grudniu 2025 roku sfinalizowano umowę o wartości 2 mld dolarów na dzierżawę kolejnego rosyjskiego atomowego okrętu podwodnego, najprawdopodobniej klasy Akula (Szczuka-B). Jest to kontynuacja wieloletniej współpracy, w ramach której Indie użytkowały wcześniej jednostki takie jak INS Chakra. Rosja pozostaje również kluczowym partnerem w modernizacji i serwisie indyjskich okrętów konwencjonalnych, zwłaszcza jednostek klasy Kilo (typ Sindhughosh), a indyjskie stocznie, takie jak Hindustan Shipyard w Andhra Pradesh na wschodnim wybrzeżu Indii, regularnie współpracują z rosyjskimi podmiotami przy ich remontach. Współpraca obejmuje także uzbrojenie – przykładem są naddźwiękowe pociski manewrujące BrahMos, rozwijane wspólnie przez oba kraje.

Jednocześnie jednak Indie stopniowo zmieniają swoją strategię, dążąc do większej niezależności i dywersyfikacji partnerów. Kraj intensywnie rozwija własne programy budowy okrętów podwodnych, zarówno o napędzie atomowym, jak jednostki klasy Arihant, jak i konwencjonalnych, powstających w rodzimych stoczniach. Równolegle Indie coraz częściej sięgają po technologie zachodnie – w przetargach takich jak projekt P-75I preferowane są rozwiązania oferowane przez Francję, Niemcy czy Hiszpanię, co wskazuje na stopniowe odchodzenie od dominującej roli Rosji w tym sektorze.

Zachodnie koncerny z pewnością zadają sobie pytanie, jak można zapewnić, że poufne informacje techniczne nie trafią z Indii do Rosji

Równoczesne korzystanie z technologii rosyjskich i zachodnich daje Indiom zapewne unikalną wiedzę o obu ekosystemach produkcji zbrojeniowej. Zachodnie koncerny z pewnością zadają sobie pytanie, jak można zapewnić, że poufne informacje techniczne nie trafią z Indii do Rosji.


Ewolucja japońskiej polityki bezpieczeństwa: od pacyfizmu do „normalnego państwa”

Stanisław Kruszona-Barełkowski: W przestrzeni debaty publicznej oraz w analizach geopolitycznych coraz częściej pojawiają się doniesienia o planowanej rewizji japońskiej pacyfistycznej konstytucji, czy wręcz o powrocie do tzw. militaryzmu. Jakie są rzeczywiste fundamenty japońskiego podejścia do bezpieczeństwa narodowego i jak ewoluowały one na przestrzeni ostatnich dekad?

Dr Paweł Behrendt: Aby precyzyjnie przeanalizować ten proces, należy rozpocząć od zdefiniowania dwóch kluczowych dla japońskiej myśli strategicznej koncepcji. Pierwszą z nich jest heiwashugi, czyli specyficzny japoński pacyfizm. Wbrew obiegowym opiniom i według oficjalnej interpretacji ustrojowej, pojęcie to nie oznacza całkowitego wyrzeczenia się użycia siły. Jest to raczej pragmatyczna postawa, wywodząca się z tragicznych doświadczeń z pierwszej połowy XX wieku, opierająca się na założeniu, że implementacja siły militarnej jako instrumentu w polityce międzynarodowej jest strategicznie nieopłacalna. Okres japońskiej hegemonii w Azji Wschodniej zakończył się dewastacją kraju, zrzuceniem bomb atomowych przez amerykańskie lotnictwo oraz powojenną okupacją amerykańską. Skutkowało to narzuceniem i przyjęciem w 1947 roku nowej konstytucji. Jej słynny artykuł 9 zakładał, że Japonia na zawsze wyrzeka się wojny jako suwerennego prawa narodu i w tym celu nie będzie utrzymywać lądowych, morskich ani powietrznych sił zbrojnych. Od 1946 roku, czyli od początków prac nad ustawą zasadniczą, trwa jednak nieustanna debata nad interpretacją tych przepisów. Ostatecznie przyjęto wykładnię, według której Karta Narodów Zjednoczonych gwarantuje każdemu państwu niezbywalne prawo do samoobrony, co stanowi legalną podstawę funkcjonowania Sił Samoobrony. Jednocześnie bezwzględne odrzucenie działań zbrojnych jako narzędzia polityki zagranicznej przez ostatnie trzydzieści czy czterdzieści lat było wielokrotnie punktem zapalnym i przyczyną tarć z amerykańską administracją.

Japoński pacyfizm nie oznacza całkowitego wyrzeczenia się przemocy, lecz opiera się na historycznym doświadczeniu, z którego wyciągnięto twardy wniosek, że stosowanie siły militarnej w polityce międzynarodowej po prostu się nie opłaca.

Druga niezwykle istotna koncepcja to futsu no kuni, co w wolnym tłumaczeniu oznacza budowę „normalnego państwa”. Termin ten został ukuty w latach 70. przez profesora Hiroshiego Ozawę. Stanowił on bezpośrednią odpowiedź na powojenną doktrynę premiera Shigeru Yoshidy, który za bezwzględny priorytet uznał odbudowę zrujnowanej gospodarki, spychając kwestie rozwoju zdolności obronnych na dalszy plan. Zmianę tego paradygmatu zapoczątkował jeden z jego następców, premier Nobusuke Kishi. W realiach lat 50., kiedy de facto Japonia pozostawała amerykańskim protektoratem, a w Azji dynamicznie rosło napięcie ze strony Związku Radzieckiego i komunistycznych Chin – do tego stopnia, że w Tokio realnie obawiano się wybuchu komunistycznego powstania – Kishi zaczął patrzeć na kwestie bezpieczeństwa zupełnie inaczej. Na przełomie lat 50. i 60. postawił on sobie za cel zrewidowanie konstytucji i przekształcenie Japonii w pełnoprawne państwo, zdolne do prowadzenia w pełni samodzielnej polityki zagranicznej i obronnej, utrzymując przy tym ścisły sojusz ze Stanami Zjednoczonymi. Ten bardzo powolny proces transformacji przyspieszył w minionej dekadzie pod rządami Shinzo Abe, który prywatnie był wnukiem Kishiego. Obecnie premier Sanae Takaichi, polityczna wychowanka Abego, ma realną szansę, by ten wielopokoleniowy projekt dokończyć.

Stanisław Kruszona-Barełkowski: Proces redefinicji japońskiej polityki obronnej wydaje się być nierozerwalnie związany ze zmieniającą się pozycją samych Stanów Zjednoczonych. Gwarancje waszyngtońskie przez dekady były dla Tokio niepodważalne, jednak obecnie zaufanie do możliwości operacyjnych Amerykanów zdaje się maleć. Jak Japonia adaptuje się do tej nowej sytuacji?

Dr Paweł Behrendt: Mamy tu do czynienia z długotrwałym i złożonym procesem, który zapoczątkowany został jeszcze w latach 70.. To właśnie wtedy strona amerykańska zaczęła otwarcie komunikować, że Japonia musi wziąć na siebie większą odpowiedzialność za regionalne bezpieczeństwo i stać się znacznie bardziej użytecznym sojusznikiem wojskowym. Wówczas narodziła się doktryna tzw. burden sharing (podziału obciążeń), do której bardzo chętnie powracała później administracja Donalda Trumpa. Społeczeństwo i elity japońskie przez długi czas stawiały opór tym żądaniom, jednak pierwsza kadencja Trumpa wymusiła zasadniczy przełom i rozpoczęcie poważnych analiz scenariuszy, w których na amerykańskie wsparcie nie będzie można już liczyć w tak bezwarunkowy sposób jak dotychczas.

W odpowiedzi, wspomniany już Shinzo Abe zainicjował politykę dwutorową. Pierwszy tor to inwestowanie ogromnych środków w rozbudowę własnego potencjału obronnego. Chciałbym jednak wyraźnie zaznaczyć: to działanie trafniej określać angielskim terminem rearmament, czyli ponownym uzbrajaniem. Szeroko komentowana „remilitaryzacja” w rzeczywistości dokonała się już w latach 50., a rzekomy „powrót japońskiego militaryzmu” to wyłącznie narracja używana przez chińską propagandę. Celem rozbudowy Sił Samoobrony oraz dążenia do bycia normalnym państwem było zademonstrowanie Stanom Zjednoczonym, że Japonia jest wysoce zyskownym partnerem i warto w ten sojusz nadal strategicznie inwestować.

Drugim torem japońskiej strategii jest budowa struktur „trampoodpornych”. Zakłada on, że jeśli Stany Zjednoczone ograniczą swoje zaangażowanie w regionie lub okażą się niezdolne do wypełnienia zobowiązań, Japonia musi posiadać ramy instytucjonalne chroniące ją przed geopolitycznym osamotnieniem. Tokio powołało do życia i ugruntowało wiele takich inicjatyw. Abe zapoczątkował format Quad, integrujący politykę bezpieczeństwa Japonii, Indii, Australii i USA. Obecnie rozwijany jest także Squad, do którego dołączyły Filipiny. Po wycofaniu się przez administrację Trumpa z transpacyficznego układu handlowego TPP, to właśnie Abe uratował ten wielki projekt gospodarczy, doprowadzając do powstania struktury CPTPP, funkcjonującej bez udziału USA. Równolegle Japonia niezwykle aktywnie poszukuje bilateralnych formatów współpracy wojskowej i politycznej z Australią, Indiami, państwami europejskimi, a także organizacjami takimi jak NATO i Unia Europejska. Tak silne umiędzynarodowienie działań ma również wymiar wewnątrzpolityczny: ułatwia japońskiemu rządowi przełamanie wewnętrznego oporu społecznego i realizację doktryny określonej przez premiera Abe mianem „proaktywnego pacyfizmu”.

Polityka bezpieczeństwa Japonii opiera się dziś na dwóch filarach: zwiększaniu własnego potencjału militarnego, by udowodnić swoją użyteczność Stanom Zjednoczonym, oraz na jednoczesnej budowie wielostronnych sojuszy, tworzących struktury zabezpieczające państwo na wypadek amerykańskiego izolacjonizmu.

Stanisław Kruszona-Barełkowski: Rozbudowa potencjału wymaga określonych decyzji wewnętrznych. Zauważalna jest znacząca zmiana podejścia m.in. do kwestii eksportu uzbrojenia. Czy mamy do czynienia z rewolucją w japońskim przemyśle zbrojeniowym, czy to wciąż proces kosmetyczny? Jak reaguje na to nastawione dość pacyfistycznie społeczeństwo?

Dr Paweł Behrendt: Liberalizacja przepisów eksportowych to proces niezwykle długotrwały, który należy rozpatrywać w szerszym historycznym kontekście. W latach 60. rząd Eisaku Sato wprowadził tzw. politykę trzech zasad, zakazującą eksportu broni do krajów komunistycznych, państw objętych embargiem ONZ oraz państw uwikłanych w konflikty zbrojne. Z czasem przepisy te wyewoluowały w całkowity zakaz zbywania sprzętu wojskowego, z jedynym wyjątkiem na rzecz USA, co już w latach 80. stało się problematyczne w przypadku projektów sojuszniczych, w których wykorzystywano japońskie komponenty. Pod naciskiem Waszyngtonu powolne luzowanie tych regulacji rozpoczęło się w 2011 roku. Umożliwiono wówczas m.in. zaopatrywanie misji ONZ i eksport wybranych systemów.

Kamieniem milowym były reformy przeforsowane przez Shinzo Abe w 2014 roku. Pakiet ustaw otworzył Japonii drogę do wielostronnych układów bezpieczeństwa oraz umożliwił eksport pięciu ściśle zdefiniowanych kategorii sprzętu niezabijającego, w tym zaawansowanych systemów obserwacyjnych, radarów i sprzętu do zwalczania min. Pamiętajmy, że przepisy te wywołały gigantyczne protesty publiczne – największe w kraju od lat 70. – jednak premier zachował poparcie polityczne i narzucił ten kluczowy dla obronności kierunek. Kwietniowe nowelizacje wprowadzają ułatwienia operacyjne: wywóz niebroni i systemów rozpoznawczych odbywa się już bardzo płynnie, z wyłączeniem krajów objętych oenzetowskim embargiem. Wprowadzono jednak istotny w tym kontekście zapis warunkowy, iż eksport do państw w strefach konfliktu może być autoryzowany, jeżeli znacząco i pozytywnie wpływa on na stan bezpieczeństwa Japonii bądź na efektywność operacyjną Stanów Zjednoczonych w regionie Indo-Pacyfiku.

Inaczej kształtuje się eksport broni śmiercionośnej, który pozostaje restrykcyjnie regulowany. Może być on realizowany wyłącznie do 17 państw posiadających z Tokio umowę o wymianie i ochronie informacji niejawnej, w tym m.in. USA, Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec, Włoch i Szwecji. Procedura ta wzbudza ogromne kontrowersje, ponieważ kontrakty opiniuje Rada Bezpieczeństwa Narodowego (premier oraz kluczowi ministrowie: obrony, spraw zagranicznych i gospodarki), a następnie formalnie zatwierdza sam rząd. W efekcie te same podmioty polityczne decydują o transakcji, a parlament dowiaduje się o wszystkim dopiero post factum. To rodzi silny opór opozycji, zważywszy, że w świadomości japońskiej wszelkie kwestie militarne traktowane są z dużą podejrzliwością. Sondaż dziennika Nikkei pokazuje, że 55% obywateli jest przeciwnych zwiększaniu sprzedaży broni, przy 38% poparcia. Akceptacja przeważa jedynie w elektoracie Partii Liberalno-Demokratycznej (około 50%), podczas gdy wśród zwolenników opozycji przeciwnych jest blisko 60% respondentów.

Z perspektywy rządu w Tokio zwiększenie eksportu japońskiego uzbrojenia to czysta matematyka obronna. Większe zamówienia oznaczają wymierny spadek kosztów jednostkowych, co z kolei pozwala własnym Siłom Samoobrony pozyskać więcej niezbędnego sprzętu za te same pieniądze.

Wprowadzanie na rynki zewnętrzne sprzętu wymuszone jest pragmatyką ekonomiczną. Japonia zadeklarowała bezprecedensowe podwojenie budżetu obronnego – z 1% do 2% PKB. O ile społeczeństwo aprobuje te nakłady ze względów bezpieczeństwa, o tyle problemem pozostaje ich sfinansowanie bez drastycznego podnoszenia podatków w gospodarce walczącej od lat 90. z postępującą stagnacją i deflacją. Dodatkowym czynnikiem jest struktura własnego przemysłu zbrojeniowego. Nie wykształciły się tam potężne koncerny zbrojeniowe w stylu Lockheed Martin czy niemieckiego Rheinmetall. Produkcję sprzętu – od myśliwców, przez czołgi, po okręty wojenne – zabezpieczają wielkie konglomeraty, takie jak Mitsubishi, dla których produkcja dla skromnych Sił Samoobrony stanowiła biznesowy margines, obarczony ryzykiem strat wizerunkowych, zwłaszcza w Azji. Obecnie, ze względu na globalny wzrost wydatków na zbrojenia oraz wypieranie japońskich firm z rynku chińskiego przez tamtejszą konkurencję, eksport staje się potężnym akceleratorem rozwoju i szansą na rozruszenie całej gospodarki.

Stanisław Kruszona-Barełkowski: Omówiliśmy uwarunkowania wewnętrzne, należy zatem spojrzeć na sprawę w ujęciu czysto geopolitycznym. Działania Tokio silnie antagonizują Chińską Republikę Ludową, która aktywnie wykorzystuje pamięć o zbrodniach popełnionych w czasach II wojny światowej do celów propagandowych. Jak transformacja Japonii postrzegana jest z perspektywy władz w Pekinie?

Dr Paweł Behrendt: Stosunek Chin do polityki historycznej wobec Japonii ewoluował radykalnie. Warto zaznaczyć, że Mao Zedong w bezpośrednich rozmowach z japońskimi dyplomatami stwierdzał z rozbrajającą szczerością, iż w zasadzie powinni oni otrzymać podziękowania, gdyż bez ich inwazji na kontynent komuniści najprawdopodobniej nigdy nie przejęliby władzy w Chinach. Podejście to zmieniło się drastycznie na przełomie lat 80. i 90. Po brutalnym stłumieniu prodemokratycznych protestów na placu Tiananmen, by odbudować legitymizację władzy i zintegrować społeczeństwo wokół Partii Komunistycznej, celowo zaczęto stymulować agresywny nacjonalizm, wykorzystując właśnie wojenną traumę, mimo iż polityka samego Mao pochłonęła znacznie więcej ofiar niż okupacja japońska. Z tego powodu narracja o „powrocie militaryzmu” stanowi dla Pekinu bardzo wygodny mechanizm służący odwracaniu uwagi od rosnących problemów wewnętrznych państwa. Należy przy tym dodać, że w przeciwieństwie do minionych dekad, władze chińskie niezwykle rygorystycznie kontrolują i wręcz blokują antyjapońskie demonstracje uliczne, obawiając się, że mogą one przerodzić się w protesty o charakterze antyrządowym.

Patrząc z czysto mocarstwowej i militarnej perspektywy, obawy Chin są wysoce zracjonalizowane. Budżet wojskowy Pekinu wzrósł w ciągu ostatnich 25 lat kilkunastokrotnie, przez co na zbrojenia wydają oni aktualnie ponad sześciokrotnie więcej niż rząd w Tokio. Co więcej, Chiny agresywnie artykułują roszczenia graniczne wobec wielu sąsiadów, utrzymują parasol ochronny nad reżimem w Korei Północnej, aktywnie wspierają zbrodniczą politykę Rosji i grożą zbrojną inwazją Tajwanowi. W tej architekturze zbrojąca się, nowoczesna Japonia, będąca zarazem kluczowym sojusznikiem logistycznym i strategicznym Stanów Zjednoczonych, stanowi najważniejszą militarną zaporę dla chińskich ambicji. Posiadające znaczący i nadal zwiększany potencjał Siły Samoobrony mogą stać się czynnikiem determinującym porażkę Chin w przypadku wybuchu kryzysu w Cieśninie Tajwańskiej.

Gdyby Japonia pozostała politycznie spacyfikowana i pogrążona w całkowitym rozbrojeniu, Chinom znacznie łatwiej byłoby wypchnąć wojska Stanów Zjednoczonych poza tzw. pierwszy łańcuch wysp i po swojemu 'umeblować’ całą Azję Wschodnią.

Stanisław Kruszona-Barełkowski: W tej gęstej siatce wschodnioazjatyckich powiązań pojawia się również perspektywa europejska, a w tym i polska. Czy dla Tokio głos płynący z Europy ma jakiekolwiek wymierne znaczenie w kontekście rywalizacji w regionie Pacyfiku?

Dr Paweł Behrendt: Z japońskiego punktu widzenia deklaracje i kooperacja z Unią Europejską, w tym z Warszawą, są użyteczne jako narzędzie legalizacji własnych działań obronnych – dają dowód japońskiemu społeczeństwu, że obrana ścieżka polityczna znajduje szerokie międzynarodowe uznanie. Naturalnie musimy być realistami: w przypadku pełnowymiarowego, zbrojnego kryzysu kinetycznego ani wojska europejskie, ani polskie nie będą w stanie realnie wpłynąć na przebieg zdarzeń w regionie Azji i Pacyfiku, podobnie jak nikt nie oczekuje zbrojnej interwencji jednostek japońskich na wschodniej flance NATO.

Fundamentalne znaczenie ma jednak to, co ujął w ramy japoński premier Fumio Kishida tuż po niesprowokowanej inwazji wojsk rosyjskich na terytorium Ukrainy: teatry działań zbrojnych w Europie oraz w Azji Wschodniej nie funkcjonują w izolacji. To zintegrowana i jedna, wspólna przestrzeń bezpieczeństwa operacyjnego. Premier wprost przestrzegał globalną opinię publiczną słowami: „Ukraina dzisiaj może być Azją jutro”. Tokijski pragmatyzm sprowadza się więc do budowania złożonej i odpornej na zakłócenia sieci powiązań dyplomatycznych i w szczególności kooperacji inżynieryjnej, obniżającej jednostkowe koszty pozyskiwania sprzętu. To zjawisko już postępuje. Znakomitym przykładem jest historyczna decyzja o połączeniu sił w ramach programu GCAP, w wyniku którego inżynierowie japońscy, wspólnie z zespołami z Wielkiej Brytanii i Włoch, skonstruują myśliwiec przewagi powietrznej następnej generacji.

Dla Europy oraz Polski wyjątkowo obiecujące możliwości kryją się jednak nie w projektach ciężkich, a w segmencie bezzałogowych statków powietrznych. Potencjał Japonii polega na absolutnej perfekcji w wytwarzaniu nowoczesnych podzespołów teleinformatycznych. Oferowane przez Japończyków specjalistyczne silniki i superkomputery do dronów otwierają unikalną szansę na całkowite uniezależnienie cywilno-wojskowych łańcuchów dostaw od wrogiego rynku zdominowanego przez Chiny. Takie technologiczne współdziałanie funkcjonuje już skutecznie pomiędzy przemysłem zbrojeniowym Ukrainy a Tajwanem, systematycznie przełamując monopol Pekinu na komponenty dual-use, i do tego układu dołącza z ogromnym wkładem Japonia. Ten inżynieryjny potencjał dostrzega również Warszawa – dowodem jest umowa partnerska z minionego roku zawarta przez jednego z liderów rodzimego sektora dronowego, Grupę WB, ze strategiczną dla obronności japońską korporacją ShinMaywa.

Bezpieczeństwo Europy i Azji to dziś precyzyjny system naczyń połączonych. Technologiczny wkład z Japonii w dostawy podzespołów jest dla Europy wielką szansą, a tego rodzaju elektroniczna współpraca w kolejnych dekadach może stanowić o sile państwa w stopniu równym do ciężkiego sprzętu wojskowego.

Stanisław Kruszona-Barełkowski: Podsumowując naszą dyskusję – widzimy zmianę optyki i pragmatyzm. Premier Japonii otwarcie i jednoznacznie określa możliwą chińską napaść na Tajwan jako stanowiącą dla jej kraju egzystencjalne zagrożenie. Czy to oznacza, że ta polityczna ofensywa skutecznie trwale zredefiniuje równowagę sił wokół Morza Południowochińskiego i Pacyfiku?

Dr Paweł Behrendt: Analizując realne uwarunkowania, ta równowaga sił pod pewnymi względami jest już redefiniowana każdego dnia. Twarda i asertywna postawa, jaką w parlamencie zademonstrowała premier Takaichi, przynosi bardzo stanowcze implikacje dyplomatyczne – chińska administracja uruchomiła zorganizowaną nagonkę w infosferze. Jej skala doprowadziła nawet do bezprecedensowej kompromitacji chińskiego konsula generalnego w Osace, który po wezwaniu w internecie do zabicia premier Japonii został pośpiesznie odwołany ze swojego stanowiska przez wizerunkowo obciążony Pekin. Jednocześnie ten otwarty kryzys werbalny unaocznia schizofreniczne podejście Chin: w trakcie, gdy oficjele grożą japońskiemu państwu, wysłannicy ambasady ChRL po cichu odbywają szereg spotkań z przedstawicielami najważniejszej federacji japońskich pracodawców, Keidanren, błagając ich o kontynuowanie produktywnych i lukratywnych dla Chin projektów gospodarczych, zapewniając przy tym, że stanowisko dyplomatów nie naruszy bezpieczeństwa kapitału inwestorów.

Pamiętajmy również o uwarunkowaniach instytucjonalnych, w jakich operuje partia rządząca. Premier, konsekwentnie kontynuując twardą doktrynę polityczną zapoczątkowaną przez Nobusuke Kishiego i zmodyfikowaną przez zmarłego Shinzo Abe, posiada dominującą na scenie absolutną większość w kluczowej niższej izbie parlamentu. Ewentualne zreformowanie konstytucji w celu całkowitej delegalizacji zapisów pacyfistycznych wymagać będzie żmudnego zdobywania konsensusu ustrojowego w izbie wyższej. Niemniej polityczny popyt społeczny na takie reformy istnieje – administracja dysponuje bezprecedensowym i mocnym demokratycznym mandatem zmian, ciesząc się poparciem oscylującym w badaniach opinii wokół stabilnych dwóch trzecich.

Nie jesteśmy zatem świadkami doraźnego buntu politycznego, ale bardzo spójnego procesu polegającego na powolnym przekształcaniu państwa. Japonia, po dekadach bycia określaną jako potęga wyłącznie w wymiarze finansowo-technologicznym i zarazem „karzeł polityczny”, ewoluuje w ustandaryzowaną, normalną architekturę państwową, która na powrót będzie odgrywała wiodącą rolę strategiczną – w skali całego globu – całkowicie współmierną do swojej potęgi oraz posiadanego potencjału demograficznego i materialnego. Ta poniekąd smutna refleksja jest przejawem realizmu, ponieważ we współczesnej dżungli stosunków wielostronnych armia stanowi po prostu użyteczne narzędzie stanowiące naturalne przedłużenie twardej polityki zagranicznej dla państw zabezpieczających swój własny byt.


Dwulecie międzywojenne. O potencjalnych skutkach porażki USA w Iranie

Wojna w Iranie to kolejny akt obnażania słabości USA. Po przegranych w wojnach handlowych z Chinami, po braku sprawczości w wojnie na Ukrainie, gdzie Waszyngton, mimo buńczucznych zapowiedzi, nie potrafił wpłynąć na strony konfliktu, po niemal groteskowych groźbach wobec Duńczyków, którzy ostatecznie oświadczyli, że będą Grenlandii bronić militarnie, mamy Iran, który nie będąc przeciwnikiem równorzędnym, nie pozwolił się złamać.

O ile USA zademonstrowały przewagę militarną w sensie dominacji powietrznej, zdolności do obezwładniających, dekapitujących uderzeń, o tyle wojna wykazała również niezdolność do prowadzenia długiego konfliktu, nieprzystosowanie armii USA do nowoczesnych metod walki. Iran, mimo że brutalnie atakowany, był w stanie uszkodzić bazy amerykańskie w regionie. Nie mamy już zatem do czynienia z komfortem ataku z sanktuariów, jak na początku XXI wieku w Iraku. To daje wyobrażenie, jak mógłby wyglądać konflikt USA z wielokrotnie silniejszymi Chinami.

Kompromitacja w wojnie dronowej

Najbardziej kompromitującym wymiarem tej wojny okazała się wojna dronowa. CSIS podkreśla, że irańskie Shahedy służyły nie tylko do zadawania strat, ale do wymuszania kosztów: tanie systemy zmuszały obronę do zużywania drogich interceptorów. W samych ZEA między 1 a 8 marca odnotowano 1422 drony i 246 pocisków, a AP pisała potem o ponad 3300 irańskich pociskach i dronach wystrzelonych na ZEA od początku wojny, z czego około 95% przechwycono. To właśnie pokazuje bezsilność USA i ich partnerów w wojnie na wyczerpanie: nawet wysoki odsetek przechwyceń nie dawał strategicznego przełamania, bo Iran zachowywał zdolność nękania, zakłócania i narzucania kosztów.

To pokazuje dzisiejsze pole walki: mimo ewidentnej przewagi USA nawet średnie państwo jest w stanie, dzięki zastosowaniu masowych i tanich platform, opierać się mocarstwu.

Mimo ewidentnej przewagi USA nawet średnie państwo jest w stanie, dzięki zastosowaniu masowych i tanich platform, opierać się mocarstwu

W dodatku Iran nie został złamany politycznie. Reuters pisał po rozejmie, że Iran wyszedł z wojny „poturbowany, ale wciąż silny”, zachowując dźwignię decyzji nad Ormuz, podczas gdy USA nie były w stanie zniszczyć ich zdolności rakietowo-dronowych. Teheran odrzucał jednostronne propozycje, przedstawił własne 10 klauzul – obejmujących m.in. sankcje, żeglugę i odbudowę – i powtarzał, że bez uzgodnionej ramy porozumienia nie będzie kolejnych rozmów. To nie jest rozejm po bezwarunkowym złamaniu Iranu, lecz pauza wynegocjowana przez państwo, które mimo ciężkich strat zdołało narzucić część własnych warunków.

Najwięcej zapłacili sojusznicy USA, zwłaszcza Arabia Saudyjska – i to właśnie ona została wystawiona najbardziej cynicznie. Państwo, które od lat pompuje miliardy w amerykański przemysł zbrojeniowy, w chwili próby nie dostało realnej ochrony. Według SIPRI w latach 2020–2024 aż 74% saudyjskiego importu głównych systemów uzbrojenia pochodziło z USA, a w 2025 r. Waszyngton ogłosił z Rijadem pakiet zbrojeniowy wart blisko 142 mld dol. Mimo tego irańskie uderzenia obniżyły saudyjską zdolność wydobywczą o 600 tys. baryłek dziennie. Trafiono kluczowe elementy infrastruktury energetycznej, zginął pracownik ochrony sektora naftowego, a siedem osób zostało rannych. Państwa Zatoki ostrzegały Waszyngton przed takim scenariuszem, ale zostały zignorowane; po ataku miały też pretensje, że nie dostały nawet właściwego uprzedzenia. Bilans jest brutalny: Saudowie latami płacili Amerykanom za parasol bezpieczeństwa, a gdy przyszła wojna, dostali rachunek, zniszczenia i dowód, że amerykańskie gwarancje nie są warte tyle, ile kosztują.

Saudowie latami płacili Amerykanom za parasol bezpieczeństwa, a gdy przyszła wojna, dostali rachunek, zniszczenia i dowód, że amerykańskie gwarancje nie są warte tyle, ile kosztują

Skutki wojny

Stany Zjednoczone sekwencją działań, których szczytowym momentem był atak na Iran, nie wzmacniają dziś swojej pozycji, lecz ją przejadają. Andrew P. Miller i Michael Clark w Foreign Affairs komentują, że wojna z Iranem ujawniła „niezdolność administracji do zarządzania wieloma globalnymi wyzwaniami”, nawet takimi, które były „wytworem jej własnych działań”. Zamiast demonstracji kontroli dostaliśmy obraz mocarstwa, które działa impulsywnie, gubi priorytety i samo wpędza się w kryzysy. Ameryka miała ujarzmić Iran, a skończyła jako państwo, które „nadszarpnęło swoją reputację, działając nieprzewidywalnie, zdradzając sojuszników i rozpoczynając wojnę”, która uderzyła zarówno w światową gospodarkę, jak i w pozycję samego Waszyngtonu.

Największym beneficjentem tej polityki okazały się Chiny. Autorzy piszą wprost: „wojna z Iranem jest zwycięstwem Chin”. Gdy USA ugrzęzły na Bliskim Wschodzie, Pekin dostał „swobodniejszą rękę w Azji Wschodniej”. Kiedy Trump „zachowuje się chaotycznie i narusza prawo międzynarodowe”, Chiny mogą przedstawiać się jako „odpowiedzialny rozjemca”. To szczególnie ważne, bo przewaga Chin nie musi polegać na przejęciu całej amerykańskiej roli. Wystarczy, że pozostaną „bardziej przewidywalnym aktorem w coraz bardziej nieprzewidywalnym świecie”. Innymi słowy: Waszyngton sam pracuje na relatywny wzrost pozycji Pekinu.

Kluczowy jest też wątek sojuszników. Miller i Clark pokazują, że wojna z Iranem została opłacona bezpieczeństwem partnerów USA. Przerzut zasobów z Azji na Bliski Wschód, w tym systemów obrony zdjętych z Korei Południowej, pokazał, „jak niewiele Waszyngton obchodziły poświęcenia jego sojusznika”. Jeszcze mocniejsze jest zdanie, że taki ruch wysłał sygnał wszystkim partnerom w Azji, iż „region nie jest priorytetem”. Sojusznicy nie dostają więc gwarancji, lecz rachunek: mają ufać Ameryce, choć sama Ameryka w każdej chwili może zabrać im kluczowe środki obrony.

Podobna jest wcześniejsza, napisana jeszcze przed wojną z Iranem, diagnoza Stephena Walta. Jego zdaniem strategii Trumpa nie da się dobrze opisać ani jako realizmu, ani izolacjonizmu, lecz jako „drapieżną hegemonię”. Jej istotą jest wykorzystywanie uprzywilejowanej pozycji USA do „wydobywania ustępstw, trybutu i oznak uległości zarówno od sojuszników, jak i od przeciwników”. Taki hegemon nie chroni sojuszników, lecz ich eksploatuje; wiąże ochronę wojskową z wymuszeniami gospodarczymi, podważa zobowiązania sojusznicze i traktuje relacje jako grę „o czysto zerowej sumie”. Jak pisze Walt, „co moje, to moje, a to, co twoje, podlega negocjacji” staje się faktycznym credo Waszyngtonu. Problem polega na tym, że taka polityka może dawać doraźne zyski, ale strategicznie jest samobójcza. Skutek jest podwójny: część państw będzie ograniczać zależność od USA, a część „zawrze nowe układy z ich rywalami”, przede wszystkim z Chinami. Agresywna polityka USA nie odbudowuje hegemonii, lecz podkopuje sprawczość Waszyngtonu, kompromituje jego wiarygodność i czyni z Chin głównego politycznego beneficjenta amerykańskiej nadaktywności. Upadek wpływów może następować – jak cytuje Walt za Hemingwayem – „stopniowo, a potem nagle”.

Taki hegemon nie chroni sojuszników, lecz ich eksploatuje; wiąże ochronę wojskową z wymuszeniami gospodarczymi; podważa zobowiązania sojusznicze

Offshore balancing z przymusu

Najbliższe tygodnie zdecydują o dalszej postawie USA. Czy USA będą próbowały zachować strategię prymatu, odejdą na offshore balancing czy wręcz zdecydują się na miękką formę izolacjonizmu? Oczywiście prezydent Trump będzie nadal tweetował o sukcesach, ale w swej propagandzie sukcesu zaczyna przypominać późnego Gierka.

W rzeczywistości wydaje się, że już wcześniej USA zaczęły odchodzić od strategii prymatu. Jednym z głównych orędowników tego kierunku w obecnej administracji jest Elbridge A. Colby, który bardzo wyraźnie odrzuca strategię prymatu USA, sugerując „strategiczną priorytetyzację”, „równowagę sił” . To jest podejście bliskie do offshore balancing. Już w 2024 roku w tekście dla Financial Times napisał, że „polityka prymatu w przypadku USA jest dalej niemożliwa”, a rozwiązanie leży w „strategicznej polaryzacji”, czyli w skupieniu zasobów i woli politycznej tam, gdzie stawką są najważniejsze interesy USA – przede wszystkim w Azji. Odrzucał też izolacjonizm, twierdząc, że nie należy „wycofać się wszędzie”, tylko odejść od prymatu i priorytetyzować równowagę sił. Najpełniej swe tezy wyłożył w doskonałej książce „Strategia wypierania”, gdzie opisał preferowany przez niego model polityki USA jako „external cornerstone balancer”, co definiuje w ten sposób, że Stany powinny działać jako zewnętrzny filar równoważenia, głównie w Azji, przeciw ewentualnej hegemonii Chin; ale zarazem zaznaczył, że zbyt luźna, całkiem uznaniowa relacja z koalicją nie wystarczy, bo sojusznicy nie uwierzą wtedy w amerykańskie zobowiązania. To właśnie odróżnia go od najbardziej „czystej” wersji offshore balancing.

Najmocniejszy sygnał formalny wskazujący na odejście Stanów Zjednoczonych od globalnej dominacji stanowi Narodowa Strategia Obrony z 2026. Dokument wprost wskazuje, że USA odrzucają „błędną koncepcję globalnej dominacji samej w sobie”, zastępując ją „równowagą sił” (balance of power), która ma polegać na ograniczaniu wpływów głównych rywali, a nie interweniowaniu wszędzie i zawsze. Zamiast „koncentracji na wszystkim, która jest koncentracją na niczym” centrum zainteresowania mają stanowić „rdzeniowe narodowe interesy bezpieczeństwa”. Wprost mówi się też w nim o odejściu od intencji zdominowania Chin, a celem jest jedynie uniemożliwić Chinom dominację nad USA i ich sojusznikami i zachowaniu równowagi sił na Indo-Pacyfiku.

Wojna w Iranie była zaprzeczeniem tez strategii, która przewidywała koncentrację na zachodniej półkuli i Chinach (Indo-Pacyfiku), „burden shifting” w Europie i na Bliskim Wschodzie, w Korei. Wydaje się, że strategia źle się starzeje i wymaga szybkiego aneksu: USA nie są zdolne do powstrzymywania Chin w Azji, USA nie są w stanie zmusić do posłuszeństwa średniego kalibru przeciwnika, jakim jest Iran, USA nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa sojusznikom. USA nie tyle chcą, ile będą zmuszone do odejścia na „offshore balancing”, bo na nic innego nie mają sił.

USA nie tyle chcą, ile będą zmuszone do odejścia na „offshore balancing”, bo na nic innego nie mają sił

To powoduje kaskadę pytań: po co płacić Amerykanom haracz za ich broń, skoro w godzinie prawdy zostaje się zdradzonym? Czy nie lepiej zacząć układać się z Chinami? Jak ma sobie poradzić osamotniona, zadłużona Europa? Ponadto USA wydaje się nie rozumieć, albo pomijać fakt, że w każdej strategii, poza skrajnym izolacjonizmem, sojusznicy będą im potrzebni. Wbrew tezom Trumpa o tym, że NATO zawiodło – atak na Iran nie byłby możliwy bez baz:

  • Souda Bay na Krecie (Grecja), gdzie USS Gerald R. Ford zawinął po zaopatrzenie przed rejsem na Bliski Wschód;
  • Lajes na Azorach (Portugalia), gdzie Lizbona potwierdziła 76 lądowań amerykańskich samolotów i 25 przelotów od początku wojny;
  • oraz Ramstein w Niemczech.

Może należałoby USA wystawić rachunek za korzystanie?

Coraz mniej czasu

Na Bliskim Wschodzie możliwe są dwa scenariusze. Pierwszy to długotrwały „zbrojny pokój”, w którym Chiny pośrednio utrzymują USA i Iran w stanie nierozstrzygnięcia, zmuszając Waszyngton do ciągłej koncentracji uwagi i środków w regionie. Drugi to częściowe wycofanie się USA i pozostawienie regionu do dominacji Iranu jako najsilniejszego gracza lokalnego. Ten drugi wariant wydaje się mniej prawdopodobny, bo wymagałby od Trumpa pośredniego przyznania się do porażki, a psychologia przywódców, ich emocje i wadliwe „mapy mentalne” często ważą więcej, niż chcieliby zwolennicy czystej geopolityki do tych map mentalnych się odwołujący. Obie drogi prowadzą jednak do jednego: dalszego osłabienia wiarygodności USA i prawdopodobnej porażki Republikanów w 2028 r. Jeśli kandydatką Demokratów zostałaby Alexandria Ocasio-Cortez, mogłoby to oznaczać jeszcze mocniejsze przesunięcie Ameryki od prymatu ku wersji „progresywnego antyinterwencjonizmu” w wersji lewicowej: mniej interwencji, mniej „wiecznych wojen”, większy nacisk na dyplomację, prawa człowieka i ograniczanie kosztów hegemonii. AOC nie jest klasyczną offshorebalancerką, ale z pewnością nie jest też rzeczniczką militarnego prymatu.

Z polskiej perspektywy różnica między Trumpem a takim nurtem nie jest bez znaczenia. Co prawda oba warianty oznaczają mniejszą gotowość USA do angażowania się w konflikty peryferyjne, a za takie mogą zostać uznane zarówno Ukraina, jak i nawet kryzys wokół państw bałtyckich, ale nieprzewidywalność Trumpa może działać powstrzymująco na Rosję, a naiwna wiara w lepszy świat kandydatki Demokratów będzie wodą na młyn dla Kremla.

Nieprzewidywalność Trumpa może działać powstrzymująco na Rosję, a naiwna wiara w lepszy świat kandydatki Demokratów będzie wodą na młyn dla Kremla

Po odejściu USA – wcześniej lub później – na offshore balancing możemy mieć nie tyle trwały pokój, ile raczej krótkie okno oddechu, a potem powrót do twardszej gry sił i wojen, także w Europie. Nie musi to oznaczać automatycznie wojny „za dwa lata”, ale logika jest czytelna: po przesileniu zwykle przychodzi chwilowe uspokojenie, bo wojna kosztuje zbyt dużo, a jej polityczne i społeczne rachunki stają się nie do utrzymania, na co zwraca uwagę L. Johnson, były analityk CIA. W USA widać to choćby w wrażliwości na ceny paliw i koszty zewnętrznych interwencji. Jeśli przyjąć, że wojna z Iranem dodatkowo nadszarpnęła amerykańskie możliwości militarne, to Waszyngton ma dziś coraz mniej zasobów do jednoczesnego prowadzenia kilku kryzysów.

Moim zdaniem realna jest zatem aktualnie „pieredyszka”, dwulecie międzywojenne, gdy zachowane zostaną pozory starego ładu, USA będą zbyt słabe, by wymusić cokolwiek na Chinach, a Pekin zbyt mądry, by eskalować sytuację, w której czas gra na jego korzyść. Później spodziewałbym się dogrywki, niczym rok 1939 po Wersalu. Chiny, już na tyle mocne, by zająć Tajwan, uruchomią kaskadę zdarzeń, wobec których USA będą bezsilne, co spowoduje ponowny zryw w Rosji, która może kinetycznie zaatakować Polskę i kraje bałtyckie.

Oceniając dziś, dla Polski przegrana USA z Iranem jest zła, bo przyspiesza erozję amerykańskiej wiarygodności i może stać się katalizatorem szybszego, bardziej radykalnego, ostentacyjnego odejścia Waszyngtonu od strategii prymatu, zachęcając Kreml do działań bardziej agresywnych. To oznacza po prostu mniej czasu na dostosowanie.

Ale jest i druga strona: porażka USA – o ile ją właściwie odczytamy – może być dla Polski brutalnym, lecz potrzebnym impulsem do dorośnięcia. Zwycięstwo Ameryki tylko utrwalałoby w Warszawie złudzenie, że dawny parasol działa tak jak kiedyś. Tymczasem realia się zmieniły. Trwanie przy micie amerykańskiej wszechmocy przypomina trwanie w toksycznej relacji, podtrzymywanej po to, by nie podejmować trudnych decyzji. Jest to któryś z licznych sygnałów dla Warszawy. Oby tym razem nie został ponownie zignorowany.

Trzeba przygotowywać się na epokę, w której amerykańska pomoc może nadejść za późno, w zbyt małej skali albo wcale

Wniosek nie powinien być jednak histeryczny. Nie chodzi o zerwanie z USA czy NATO, lecz – jak sugeruje prezydent Finlandii Alexander Stubb – o chłodne „ratowanie tego, co się da” ze starego układu, bez złudzeń, że dobry wujek z Ameryki będzie nas zawsze osłaniał. Warto przypomnieć doktrynę Guam: USA już raz ograniczały gotowość bezpośredniego wspierania sojuszników. Korea Południowa zrozumiała wtedy, że musi budować własną siłę w cieniu silniejszego przeciwnika i niepewnego patrona – czas wykorzystała należycie. Dla Polski lekcja jest podobna: trzeba przygotowywać się na epokę, w której amerykańska pomoc może nadejść za późno, w zbyt małej skali albo wcale. Należy budować niezależność, samodzielność, lokalne sojusze i być gotowym na to, że w chwili kryzysu zostaniemy sami. Czas kurczy się coraz bardziej.


Persja. Jak państwa umierają

(Persien. Huru stater dö. Opublikowano po raz pierwszy 26 października 1907 r.)

Państwa rodzą się i państwa umierają. Dotyczy to nie tylko sztucznych, a więc efemerycznych tworów państwowych, jak napoleońskie królestwa Italii i Westfalii czy twory Kongresu Wiedeńskiego – Kraków (1815–1846) i Wyspy Jońskie (1815–1864).

Również państwa wyrosłe naturalnie i spontanicznie zdają się – jak inne formy życia – podlegać prawu skończoności.

Przykładów nie brak nawet w najnowszych czasach. Historia państw Europy po Napoleonie ukazuje nam następujący „rejestr urodzeń”: Belgia, Luksemburg, Grecja, Rumunia, Serbia, Czarnogóra, Bułgaria i Norwegia, a także zjednoczone Włochy i Niemcy.

Lista zmarłych obejmuje cztery królestwa – Hanower, Polskę, Sardynię, Królestwo Obojga Sycylii – oraz co najmniej dwa razy tyle mniejszych państw: Kurhessen, Nassau, Frankfurt nad Menem, Lukka, Parma, Modena, Toskania i Państwo Kościelne.

Okazuje się, że większość tych państw umarła dla większej sprawy – dla jedności Włoch i Niemiec. Jedne poświęciły się dobrowolnie, jak większość włoskich, inne zostały do tego zmuszone siłą, jak państwa niemieckie.

Pozostaje jednak jeden przypadek, w którym przemijanie dokonało się bez jakiegokolwiek pojednawczego cienia nad grobem. Polska nie weszła w żadną wyższą jedność, nie oddała swego bytu na rzecz narodowości, nie umarła też śmiercią naturalną; została wymazana z historii cudzą ręką, jej głos w świecie został siłą uciszony, a jej bezdomny naród żyje dziś pod cudzym dachem.

Nie minęło jeszcze pół wieku od chwili, gdy wbito ostatni gwóźdź do tej trumny. A przecież Polska była przez stulecia potężnym państwem – pierwszą wielką potęgą wschodniej Europy.

Jej los wzbudził też silne współczucie świata. Niewiele wydarzeń w czasach nowożytnych poruszyło ludzkie serca tak jak upadek Polski – choć nie można było nie dostrzec, że w pewnej mierze sama nań zasłużyła.

Ludzkość jednak łatwo zapomina w troskach codzienności: sprawy Polski dawno przestały nas obchodzić. Co więcej – przyzwyczailiśmy się do samego widoku śmierci państw, tego najgłębszego i najbardziej tragicznego widowiska historii świata. Przyzwyczailiśmy się patrzeć na nie z suchymi oczami i twardym sercem.

Tak było, gdy u progu naszego stulecia nadeszły wieści z najdalszej Afryki, że przemoc Anglii wymazała z istnienia dwa państwa. Tragizm był tu tym większy, że państwa te umierały w pełni moralnej siły swoich obywateli.

A jednak los Transwalu i Oranii nie poruszył świata nawet w przybliżeniu tak jak los Polski. Nie jesteśmy już tak sentymentalni – a Anglia cieszy się przecież od dawna opinią ojczyzny wolności…

Potem przyszły wieści z Dalekiego Wschodu: tysiącletnia historia Korei dobiegła końca, jej byt państwowy został unicestwiony przemocą Japonii.

To była ta sama historia – lecz tym razem zapewne nie spadła ani jedna obca łza na jej grób. Japonia jest przecież tak wielkim i rycerskim państwem, że śmierć z jej ręki musi uchodzić niemal za zaszczyt.

Nie może więc dziwić, że kolejny taki przykład śmiertelności państw przeszedł niemal bez śladu żałoby czy moralnego oburzenia. Rosja i Anglia wytyczyły swoje „strefy interesów” w Persji – i to wszystko.

Władcy Polski i Transwalu podali sobie ręce w jawnym zamachu na byt jeszcze jednego państwa; powszechnie bowiem uznaje się, że traktat między nimi to przyłożenie siekiery do korzeni perskiego drzewa.

A przecież swój finał osiągnęła osobliwa historia: drzewo perskie było blisko dwa i pół tysiąca lat temu drzewem świata – i z każdego punktu widzenia trudno znaleźć dla niego odpowiednik.

Szacuje się bowiem, że obejmowało niemal jedną trzecią znanego wówczas świata. W sensie absolutnym było największym państwem starożytności. O ile imperium Aleksandra i cesarzy rzymskich nie przekraczało rozmiarów dzisiejszej europejskiej Rosji, państwo perskie za Dariusza I sięgało niemal rozmiarów współczesnych Stanów Zjednoczonych.

Jego cień groził zduszeniem zarodków kultury europejskiej. Dziś, gdy skurczyło się do mniej niż jednej czwartej dawnej wielkości – i gdy raz już musiało zapłacić całym swoim istnieniem za zemstę Greków (w osobie Aleksandra) – dziś obce mocarstwa, w imię kultury europejskiej, zagrażają jego życiu.

Mamy więc do czynienia z bardzo starą formą państwowości, która ma utracić swoje miejsce w „towarzystwie państw”.

Nie będziemy powiększać żalu lamentem ani zakłócać iluzji spokojnej śmierci moralnymi rozważaniami. Wiemy, że gdzie jest padlina, tam zbierają się orły. Taki jest porządek świata i prawo rzeczy – równie pewne jak to, że próżnia zasysa powietrze.

Państwo perskie od dawna pozbawione jest powietrza niezbędnego dla rozwoju. W starczej słabości wegetowało. Nie wnosiło nic do wspólnego dorobku ludzkości.

W ostatnich czasach próbowało upiększyć swoje oblicze nowoczesną konstytucyjną zasłoną, lecz nawet ten pobożny pozór nie przekonał świata, że Persja ma jeszcze jakąkolwiek rzeczywistą rację bytu.

Popełniła grzech niewybaczalny – grzech przeciw rozwojowi. Została zważona na wadze historii i uznana za zbyt lekką.

Pod tym względem jest to po prostu powtórzenie losu Polski i Korei.

Ale w przypadku Persji pojawia się szczególna okoliczność, która zasługuje na uwagę z czysto politycznego punktu widzenia: sposób wykonania wyroku.

*

Polega na podziale na strefy wpływów z dwóch stron, tak aby środek kraju pozostał nienaruszony.

Perskie słońce uległo zaćmieniu z dwóch stron: cienie nadciągnęły od północnego zachodu i południowego wschodu. Pozostała jeszcze jasna plama – niestety najmniej istotna praktycznie część kraju. Podczas gdy główne metropolie znalazły się pod cieniem rosyjskim, dostęp do mórz – pod angielskim.

Od razu widać, że mamy tu do czynienia z powtórzeniem wielkiego precedensu pierwszego rozbioru Polski z 1772 roku.

Taka sama interwencja z zewnątrz, takie samo rozczłonkowanie jedności narodowej, to samo tłumienie niezależności, ta sama polityka stopniowego duszenia. Różnica jest tylko jedna: motywy.

Dziś nie ma już żadnych łagodzących okoliczności, które niegdyś usprawiedliwiały interwencję wobec „anarchicznej” Polski.

Dziś chciwość występuje nago.

Rosja ma w tej dziedzinie długą praktykę. Warto jednak przypomnieć, że niedawno próbowała podobnego rozwiązania wobec Korei – przed wojną z Japonią w 1904 roku: podział na strefy wpływów z neutralnym pasem pośrodku i – oczywiście – „gwarantowaną integralnością”.

Również Anglia próbowała tej polityki – nie tylko jeśli chodzi o zasady, lecz także w technicznym wykonaniu. W Syjamie (1896 i 1904) wraz z Francją stworzyła bliźniaczy układ: strefy wpływów z obu stron, stopniowo okrawające niezależne państwo.

Dziś Syjam zachował jedynie około 40% terytorium wolnego od cudzego cienia.

Ta sama metoda była stosowana wobec Chin na przełomie stuleci – i zapewne poszłaby dalej, gdyby Japonia nie wkroczyła w ostatniej chwili.

Wygląda więc na to, że mamy do czynienia z regułą.

Najpierw wielkie mocarstwa przekraczają granice i wdzierają się w życie gospodarcze małego państwa – rywalizując między sobą. Następnie uznają je za bufor i deklarują jego nienaruszalność. Wreszcie, gdy ich interesy się skrystalizują, zawierają nowe porozumienie – o podziale, który dla tego państwa oznacza początek końca.

Niech więc mali mają się na baczności.

Lepiej mieć przy drzwiach kilka konkurujących mocarstw niż jedno – można przez pewien czas żyć z ich wzajemnych animozji. Ale to nie gwarantuje, że któregoś dnia nie dojdą do porozumienia kosztem tego, kto stoi między nimi.

*

Państwa rodzą się i państwa umierają.

Ale mogą też rodzić się na nowo – jeśli ich narody zachowają dość siły, by przetrwać pod obcym panowaniem.

Tak było w przypadku większości państw wymienionych na początku – poza Belgią i Luksemburgiem. Odrodziły się po wiekach przerwy.

Sama Persja jest tego przykładem: jej dzieje to rytm powrotów.

Czy więc i tym razem zniknięcie z listy państw samodzielnych będzie tylko kolejną przerwą?

A może jednak Persja przetrwa obecny wyrok? W Syjamie proces się zatrzymał, w Chinach nie doszedł do końca. Być może i tu wielkie mocarstwa znajdą wkrótce inne zajęcie niż wykonywanie „wyroków historii” w imię kultury.

Czasy są złe dla małych.

Ale być może nie do końca dobre dla wielkich.

Przekład: Krzysztof Zmyśliński


Zarejestruj się i zapisz się do newslettera, aby otrzymać wszystkie treści za darmo