Newsletter

Więcej demokratycznej energii!

Im częściej organizuje się referenda, tym mniejsze jest zadłużenie budżetu, niższe są podatki, lepsze – usługi administracji i większe zadowolenie obywateli

Im częściej organizuje się referenda, tym mniejsze jest zadłużenie budżetu, niższe są podatki, lepsze – usługi administracji i większe zadowolenie obywateli

W poprzednim numerze „Nowej Konfederacji” Piotr Trudnowski przedstawił arcyciekawy, autorski program wzmocnienia instytucji referendum w Polsce (Uwolnić referendalną energię, „NK” nr 8/2015). Wskazując zarazem (niesłusznie) na ograniczoną jakoby zasadność jej stosowania.

Skorzystajmy z cudzych doświadczeń

Zarówno „Nowa Konfederacja”, jak i Klub Jagielloński właściwie przeczuwają, że referenda mogą być narzędziem, które zbliży nas do ideałów republikańskich. Ponieważ od 2008 roku zajmuję się promowaniem tego narzędzia, cieszę się ogromnie z zainteresowania tematem. Zwracam jednak uwagę, że projektowanie od zera systemu wykorzystującego referenda może okazać się o wiele trudniejsze niż skorzystanie z doświadczeń innych krajów.

Szczęśliwie mamy do dyspozycji zarówno historie sukcesu (Szwajcaria), jak i porażki (Kalifornia). Dzięki temu wiemy dość precyzyjnie, co jest dobrym pomysłem, a co nie. W poniższej polemice postaram się wskazać, jakie okoliczności należy brać pod uwagę, projektując narzędzia dla naszej wspólnoty politycznej. W stu procentach popieram ideały republikańskie. Celem tej dyskusji jest dla mnie nawiązanie dialogu i współpracy pomiędzy nie znającymi się do tej pory środowiskami.

Pierwszą część swojego artykułu Trudnowski poświęcił wykorzystaniu referendów przez polityków, ponieważ jednak jestem zdania, że demokracja przedstawicielska wyczerpała swoje możliwości, nie odniosę się do tego aspektu. O wiele ciekawsze jest pytanie postawione w drugim rozdziale: Czy referenda są republikańskie.

Republikanizm rozumiem jako sposób myślenia politycznego, kładący szczególny nacisk na udział obywateli w kształtowaniu życia publicznego. Idee republikańskie kształtowały się w opozycji do takich ustrojów jak monarchia absolutna.

Gdyby w miejsce słowa „republikanizm” wstawić „system referendalny”, to w dalszej części powyższej definicji nie trzeba by zmieniać ani jednego znaku. Według mnie nasze cele są zbieżne, a nawet tożsame. Brakuje jednak wiedzy. Abym mógł się odnieść do stanowiska Trudnowskiego, muszę wyjaśnić różnicę pomiędzy referendum z inicjatywy przedstawicieli a referendum z inicjatywy obywateli. Pierwsze z nich rzeczywiście bywa wykorzystywane przez polityków do ich własnych interesów – na który to aspekt Trudnowski kładzie duży nacisk – ale dzieje się tak tylko wtedy, gdy obywatele nie mają prawa do referendum. W przypadku referendum z inicjatywy obywateli żadne fakty nie potwierdzają tezy, że populizm przeważa szalę decyzji. Praktyka pokazuje, że jest odwrotnie, a stojąca za nią teoria mówi, że po przeniesieniu całej odpowiedzialności na obywateli są oni zmuszeni do dbania zarówno o przychody, jak i o rozchody. Rozważają więc bardzo skrupulatnie, czy ich własne pieniądze zostaną spożytkowane z korzyścią dla nich. Sam egoizm wystarcza, żeby zmotywować głosujących do optymalnej decyzji. Takiej presji politycy nie odczuwają, bo wydają cudze pieniądze na cudze potrzeby.

Stąd zarzut populizmu i oportunizmu przedstawiony przez Trudnowskiego w stosunku do referendów można odnieść do polityków, ale nie do samej instytucji referendum (z inicjatywy obywateli).

Redaktor „Nowej Konfederacji” przedstawia w swoim tekście próg frekwencji jako zabezpieczenie – według mnie natomiast jest to jedynie odebranie obywatelom prawa do decydowania. Wyobraźmy sobie sytuację, w której politycy chcą nas zadłużać, a obywatele się temu przeciwstawiają i organizują referendum. Aby uratować kraj, potrzeba osiągnąć 50 proc. frekwencji. Czy dzięki temu będziemy bezpieczniejsi?

Po przeniesieniu całej odpowiedzialności na obywateli są oni zmuszeni do dbania zarówno o przychody, jak i o rozchody

Drugi argument przeciwko wszelkim progom frekwencji to fakt, że każdy taki próg różnicuje wagę głosu. Skoro obywatele są równi wobec prawa i równi sobie nawzajem, to głos oddany w referendum powinien znaczyć tyle samo, niezależnie od tego, czy głosuje się ZA danym rozwiązaniem, czy PRZECIW niemu. Tymczasem gdy istnieje próg frekwencji, osoba głosująca ZA ma o wiele słabszy głos niż osoba głosująca PRZECIW. Dzieje się tak dlatego, że osoby niegłosujące przyczyniają się do zwiększenia szans na wybór opcji PRZECIW. I rzeczywiście, praktyka to potwierdza. Większość referendów w Polsce jest nieważna, ponieważ nie osiąga wymaganego progu frekwencji. Wygrywa zatem grupa przeciwstawiająca się zmianom. Zwolennicy zmian natomiast – przegrywają.

Im częściej, tym lepiej

Prezentowanie w referendum pytań kierunkowych jest raczej błędem i przypadkiem niż zabezpieczeniem. Tak naprawdę referendum powinno dotyczyć przyjęcia (lub odrzucenia) konkretnego przepisu (ustawy lub jej fragmentu). Dopiero wtedy można by dyskutować, czy dane rozwiązanie jest korzystne, czy nie. Dzięki takiemu podejściu ujawnia się też naturalny mechanizm obronny referendów. Otóż, aby obywatele zagłosowali ZA nowym rozwiązaniem – musi ono być dobrze wyjaśnione, musi być proste i zrozumiałe, musi być dobrej jakości, mówiąc krótko – nie może budzić wątpliwości. Ile razy widzieliśmy przechodzące przez parlament niedopracowane buble. Takie niedopatrzenie nie ma szans zaistnieć, gdy zostanie poddane pod rozwagę wszystkich zainteresowanych. Mówiąc inaczej – obywatelom w razie jakichkolwiek wątpliwości bardziej opłaca się odrzucić nowy przepis, niż narażać się na nieznane ryzyko, a takie ryzyko występuje zawsze, gdy nie jest dopracowana Ocena Skutków Regulacji.

Wracając do artykułu Trudnowskiego: jego postulat pomocy prawnej przy formułowaniu obywatelskich ustaw jest znakomitym pomysłem. Zgadzam się również, że milion podpisów pod wnioskiem o referendum to za dużo. Uważam nawet, że 500 tysięcy to też zbyt wiele. Być może tak duża liczba jest korzystna dla władzy, która nie chce zbyt często słuchać wyborców. Szacując liczbę podpisów, trzeba wziąć pod uwagę, że referendum ma być narzędziem należącym do obywateli. Wymaganych podpisów powinno być nie więcej, niż są w stanie zebrać zapracowani i nie zawsze zamożni zwykli ludzie. Jak do tej pory wymagane 500 tysięcy podpisów zostało zebrane przez dużą partię polityczną, ogromny związek zawodowy i fundację. Gdy za zbieranie podpisów pod referendum AntyACTA wzięli się niezrzeszeni obywatele, udało się zebrać około 250 tysięcy podpisów – a i to tylko dzięki międzynarodowemu rozgłosowi, powszechnemu oburzeniu i ulicznym demonstracjom. Ta liczba to maksimum. Każda wartość powyżej niej oznacza odebranie obywatelom ich jedynej broni. Dla porównania w Szwajcarii liczba wymaganych podpisów wynosi 100 tysięcy. W Kalifornii jest to milion podpisów, więc referendum trafiło w ręce dużych organizacji i bogatych firm.

Znakomity jest również sformułowany przez Trudnowskiego pomysł Dnia Referendalnego (wyodrębniony dzień w roku, w którym głosowane byłyby wszelkie wnioski referendalne). Wprawdzie w Szwajcarii referendum konstytucyjne może się odbyć nawet cztery razy w roku, ale w naszej raczkującej demokracji mniejsze tempo na starcie wydaje się być rozsądnym podejściem. W tym przypadku jestem w stanie dorzucić argument za opłacalnością referendów. Otóż w badaniach naukowych wykazano (prace m.in. Bruno Freya, Larsa Felda, Justiny Fischer), że im częściej organizuje się referenda, tym mniejsze jest zadłużenie budżetu, niższe są podatki, lepsze – usługi administracji i większe zadowolenie obywateli. Cóż, czy nie jest naturalne, że ci, którzy decydują o sobie, mają się lepiej niż ci, którzy takiej możliwości nie mają?

Przy tej okazji warto zwrócić uwagę na rozwiązania bardziej doświadczonych pod tym względem Szwajcarów. Otóż w Szwajcarii Obywatelska Inicjatywa Ustawodawcza może dotyczyć jedynie konstytucji. Ma to dwa zasadnicze skutki. Po pierwsze, referenda nie muszą być organizowane zbyt często, bo obywatele nie muszą zajmować się każdą pojedynczą ustawą. Po drugie zaś, ponieważ konstytucja jest ustawą nadrzędną wobec wszystkich pozostałych – obywatele są w stanie zachować kontrolę nad całą sytuacją. Poza zakres tej polemiki wykracza omówienie instrumentu szwajcarskiego weta ludowego, które jest jeszcze bardziej precyzyjnym narzędziem kontroli. Warto jednak pamiętać o jego istnieniu.

Sformułowany przez Trudnowskiego pomysł Dnia Referendalnego jest znakomity

W swoim artykule Trudnowski odniósł się do referendów lokalnych, ale nie dokonał żadnego rozróżnienia pomiędzy referendami odwoławczymi a merytorycznymi. A przecież różnica jest ogromna. Z punktu widzenia metod i efektów referenda odwoławcze stanowią element demokracji przedstawicielskiej (powołanie i odwołanie). Jedynie referendum z inicjatywy obywateli i dotyczące konkretnego tematu jest narzędziem demokracji bezpośredniej.

Aby zobrazować tę różnicę, wyobraźmy sobie bryczkę. Powożą nią obywatele, którzy mają do dyspozycji lejce i mogą wymienić konia – jeśli zechcą. Skoro naszym celem jest dojechać do domu, to jaka taktyka sprawdzi się lepiej? Czy powinniśmy wymieniać konie tak długo, aż któryś z nich szczęśliwym trafem domyśli się, dokąd chcemy jechać? Owszem – istnieje szansa, że przypadkiem kiedyś to się uda. Lecz czy nie lepiej byłoby móc po prostu wskazać koniowi, którędy ma jechać? Analogia ta idzie jeszcze dalej – koń raz nauczony typowych tras jest w stanie doprowadzić nas do celu nawet bez naszego udziału.

Współdziałajmy!

Zgłoszona przez Trudnowskiego propozycja przećwiczenia referendów na poziomie gminy jest według mnie rozsądna, ponieważ naśladuje drogę, jaką przebyli Szwajcarzy. Oni również na początku decydowali o małej wspólnocie, a dopiero później o dużej. To dobre ćwiczenie, które minimalizuje ryzyko.

System szwajcarski powstawał przez 150 lat i był tworzony przez miliony ludzi, za pomocą tysięcy decyzji. Wypracowanie równie skutecznych rozwiązań w laboratorium, nawet zapełnionym najlepszymi specjalistami, nie jest możliwe. Dlatego sięgnięcie po dostępną wiedzę jest niezbędne, aby uniknąć niepotrzebnych błędów.

Cieszę się, że zgadzamy się z Piotrem Trudnowskim co do ogólnego kierunku i mam nadzieję, że wspólnie przyczynimy się do wzmocnienia instytucji referendum w Polsce.