Newsletter

Ucieczka na najdalszy Zachód

Na „Do Wyoming” Korzeniewskiego można spojrzeć jako na dramatyczne studium duszy Polaka na obczyźnie. To studium staje się aktualne zwłaszcza teraz, podczas jednego z największych exodusów polskiej młodzieży

Na „Do Wyoming” Tadeusza Korzeniewskiego można spojrzeć jako na dogłębne i dramatyczne studium duszy Polaka na obczyźnie. Takie studium staje się zaś aktualne zwłaszcza teraz, podczas jednego z największych w historii exodusów polskiej młodzieży.

Tadeusz Korzeniewski to autor mało znany i raczej mało płodny. Choć bowiem pisze od wielu lat, do tej pory wydał tylko dwie zwięzłe książki. Mimo to warto poświęcić mu uwagę. Po jego najnowszą opowieść, czyli „Do Wyoming” (wydana po polsku w 2013, a po angielsku w 2014) można sięgnąć z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze, Korzeniewski to bezsprzeczny literacki talent; włada doskonałą frazą, której wielu luminarzy może mu tylko pozazdrościć. Po drugie, na „Do Wyoming” można spojrzeć jako na dogłębne i dramatyczne studium duszy Polaka na obczyźnie. Takie studium staje się zaś aktualne zwłaszcza teraz, podczas jednego z największych w historii exodusów polskiej młodzieży.

Skomplikowana dusza emigranta

Ostrzegam jednak: „Do Wyoming” nie jest lekturą lekką i łatwą. To książka trudna, duszna i intensywna. Czuć w niej nie do końca spełniony wielki talent i obsesje na granicy obłędu. Do drugiej powieści Korzeniewskiego mam jednak stosunek osobisty. Przypomina mi ona, dlaczego nie każdy może wyjechać na drugi koniec świata i żyć w obcej kulturze. Przypomina mi, że w oderwaniu od swojej ojczyzny u niektórych z nas, tak jak u narratora powieści, występują silne mechanizmy obronne, dochodzi do swoistej duchowej implozji, zgorzknienia, osamotnienia. Nie śmiem sugerować, że roszczę sobie choć krztynę pretensji do imponujących zdolności pisarskich czy wrażliwości Korzeniewskiego. Muszę jednak powiedzieć wprost, że jego powieść w pewnym sensie przypomina mi, dlaczego sam po prawie czterech latach w USA wróciłem do Polski. I to pomimo sugestii rodziny oraz znajomych tłumaczących mi, że przecież „stąd każdy ucieka”.

Korzeniewski jednak został za granicą. Wyjechał zaś w 1981 r. jako trzydziestodwulatek. Jak czytamy na obwolucie książki, wychował się w rodzinie „AK-owskiej i niepartyjnej, czyli szlacheckiej”. Był działaczem podziemia, pisarzem i drukarzem. Jego zbiorek opowiadań „W Polsce” w 1984 r. otrzymał Nagrodę Kościelskich. Autor mieszka w Seattle, za prozę anglojęzyczną otrzymał nagrodę National Endowment for Arts. Zarówno w swojej biografii, jak i jako narrator książki „Do Wyoming” podkreśla z uporem, że „nigdy nie wystąpił o obywatelstwo innego kraju”. Pozostał Polakiem.

Dlaczego jednak pozostał nim w Seattle? Myśląc poetycko, można powiedzieć, że właśnie w tym mieście świat tzw. Zachodu zatacza w sensie metaforycznym i dosłownym koło. Można o nim myśleć jako o „najdalszym zachodzie”. Metropolii malowniczo położonej na wzgórzach schodzących do oceanu, za którym zaczyna się już przecież to, co Europejczycy i ich potomkowie („eurowie”, jak mówi narrator „Do Wyoming”) nazywają Dalekim Wschodem. Dlaczego Korzeniewski nigdy nie wrócił do swojego kraju, choć zachował jego obywatelstwo? Dlaczego napisał tak mało, mając jednak tak niezaprzeczalny talent? Ile w powieści „Do Wyoming” jest prawdziwego Korzeniewskiego, a ile to tylko kreacja? Dlaczego, jak znowu informuje obwoluta, „W XXI w. rozmawiał po polsku tylko dwie godziny, z czego 90 proc. przez telefon”?

Jak na literata przystało, Korzeniewski nie odpowiada na podobne pytania wprost, choć bardzo mocno sugeruje autobiograficzność. Pozostają domysły. Pisane wartko, w pierwszej osobie „Do Wyoming” można traktować jako intelektualną autobiografię, a można jako powieść o skomplikowanej duszy emigranta i podróżnika, który nigdzie nie osiadł na stałe. A przecież, jak przyznaje sam narrator w ostatnich akapitach, kusiło go niemało pięknych syren.

Żadnych kompromisów

I tu chyba kryje się wielki paradoks i tragiczna oś, na której osadza się ta cała powieść drogi, jaką jest „Do Wyoming”. A przynajmniej ja tak „Do Wyoming” widzę. Narrator tak dobrze dostrzega bowiem jałowość współczesnej, korporacyjno-urzędowej ideologii globalnej tolerancji i multikulturowości, że nie chce iść ze współczesnym życiem na żadne kompromisy. A czując, jak sam powiada, głód „przynależności wspólnotowej”, musiałby na jakiś kompromis pójść. Gdzieś tam pośród owego „mułu wielokulturowego” uwić sobie gniazdko. I nawet gdyby go bronił, gniazdko i tak byłoby przecież na mule osadzone.

Wrócić? Mówi przecież o swoim przyjacielu, że „zmogła go marchewkowymi wyziewami III RP, czyli chłam, zdrajca i piąta kolumna”. Słusznie czy nie? Przyjaciel stał się w końcu dla niego godnym pogardy „żonatym kierowcą ciężarówki w trasie”. Zostać? Powiada przecież, że tuż przed możliwym przyjęciem obywatelstwa amerykańskiego poczuł, że „nie może złożyć nowej przysięgi”. Mało tego, nawołuje, by Polska odmawiała „wiz marksizmowi amerykańskiemu”, odrzucając „kult wielokulturowości, a w realnym nazewnictwie wieloetniczności”.

Czy to znaczy, że odrzuca całą wieloetniczną, choć jak wiadomo wcale nie wielokulturową, amerykańskość? Bynajmniej. Czuje jednak, że Ameryka coś bezpowrotnie straciła. A może zresztą i on coś w Ameryce utracił?

W „Do Wyoming” pojawia się bowiem autentyczny problem nędzy naszych czasów, w których istotnie ludzie uciekają już nie tyle „od wolności”, ile „od globalności”. Co więcej, ten sprzeciw będzie narastał

Uprzedzam przy tym: narratora „Do Wyoming” tak jak Gide’a można nazwać antysemitą (mowa np. o „agresywnym niezasymilowanym żydzie”). Tak jak Dostojewskiemu i Sołżenicynowi można mu też zarzucić rasizm i fetyszyzację wąsko pojętej etniczności (powiada np.: „Polacy są nienawidzeni jako organizujący się etniczni Polacy”). Tylko że to nie załatwia sprawy. Nie można mu bowiem zarzucić braku talentu i umiejętności obserwacji. W tym również przypomina wielkich i niepoprawnych. Jest w tej literaturze potoczystość, która zdaje się sama formować swoje koryto, tworzyć własne kolokwializmy, własną mowę i frazę. A w naprawdę dobrej literaturze, niezależnie do tego, jak bardzo może ona oburzać, zawsze jest coś, obok czego nie można przejść obojętnie. Stąd pewne wyrazy uznania dla prozy Korzeniewskiego ze strony bardzo różnych środowisk.

W „Do Wyoming” pojawia się bowiem autentyczny problem nędzy naszych czasów, w których istotnie ludzie uciekają już nie tyle „od wolności”, ile „od globalności”. Co więcej, ten sprzeciw będzie narastał. Bo istotnie, jak sugeruje autor, jego źródła zdają się tkwić w samej naszej biologicznej naturze. Potrzebie posiadania korzeni, a nie tylko anten. Do tej diagnozy nawiązuje wszak nawet ów globalny kontrruch, o którym pisze przecież również od lat lewica.

Pijany etnicznością

Należy jednak uważać na powoływanie się na biologię. Ludzie są może i „politycznymi zwierzętami”, ale to tylko zdolność do budowania wspólnot, a nie sama wspólnota. Wspólnoty formujące się spontaniczne, bez skomplikowanych ideologii, są zresztą zwykle małe. Korzeniewski sam powołuje się na „liczbę Dunbara” – cyfrę mówiącą, że człowiek może utrzymywać na raz tylko ok. 150 aktywnych znajomości. Potem zaś pisze z rozbrajającą szczerością: „Wszelka pozycja polityczna w grupach większych niż określone wyżej [kilkaset] grozi politycznym alkoholizmem… Za dużo jest we władzy politycznej aewolucyjnej heroiny. Nigdy, nigdy nie wolno zarządzającym nami w wielomilionowych molochach na 100 proc. ufać”.

Jednocześnie jednak sam narrator jest pijany etnicznością i podobnie jak w słowianofilstwie Dostojewskiego (analizowanym przez Miłosza) jest w tym zapatrzeniu w prostą ideę „coś na siłę”. Z dala od polskości staje się bohater powieści polskością i jej „czystością” namiętnie opętany. Odrzuca nawet dawną polską republikańską tradycję i zżyma się na pomysły tworzenia „wielkich narodów” kulturowych, jakie wysuwali nawet niektórzy narodowcy (choćby Adam Doboszyński). Nie nawołuje do przemocy, mówi o „cywilizowanym szacunku” do obcego. Staje się jednak mimo to wyobcowanym szalonym etnocentrykiem, gotowym odrzucić jako niepolskie wszystko, co do tej wizji nie pasuje, i znowu zejść do podziemia.

Czy istnieje inna droga? Czy można w Polsce coś zmieniać od środka, nawet w owej znienawidzonej przez narratora III RP? Czy broniąc racji państwa narodowego, nie warto porozumieć się z dominującym obecnie filozoficzno-społecznym głównym nurtem (jak czyni to np. Pierre Manent)? Czy wreszcie można widzieć narody jako wspólnoty połączone różnym spoiwem, nie zawsze przecież i nie wszędzie tylko etnicznym?

Ucieczka

Ktoś, kto stara się dziś budować jakąś politykę i jakąś wspólnotowość narodową, na te wszystkie pytania musi sobie dopowiedzieć: „tak”. Ktoś, kto tak jak narrator „Do Wyoming” odpowiada:, „nie”, musi uciekać, choćby na najdalszy zachód. Duchowe i duchowo-fizyczne ucieczki to zresztą w literaturze nic nowego. Pozostaje przypomnieć sobie biblijny tytuł powieści Faulknera, geniusza, którego prozę wciąż nawiedzały kawalkady duchów i zjaw ze starego Południa USA, krainy, po której tak mocno przejechał się walec historii. Pozostaje zawołać za uciekającym Korzeniewskim: Absalomie, Absalomie…

Tadeusz Korzeniewski, „Do Wyoming”, wyd. Dwa Kolory, 2013

[wykres]

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY TYGODNIK IDEI, NR 31 (43)/2014, 31 LIPCA–6 SIERPNIA, CENA: 0 ZŁ