Trump triumfator

Aktualności,

Zarówno świat jak i USA powinny dać Trupowi pewien minimalny kredyt zaufania. Prezydent-elekt zdaje się dobierać sobie sprawdzonych już współpracowników, znanych w Waszyngtonie od lat.

Zgodnie z październikowymi prognozami „Nowej Konfederacji”  tegoroczne wybory prezydenckie wygrał Donald Trump. Nie jest on więc już przerażającym elity barbarzyńcą, tylko czterdziestym piątym prezydentem Stanów Zjednoczonych. Szkoda, że nie wszyscy politycy i komentatorzy to zauważyli, może uniknęliby wtedy pewnych niezręczności. Sigmar Gabriel, wicekanclerz Niemiec, powiedział na przykład, że Donald Trump jest „pionierem nowego autorytarnego i szowinistycznego ruchu międzynarodowego”. 

Oto jeden z czołowych polityków kraju, który nie tak dawno temu skonstruował najbardziej zbrodniczy system polityczny w historii ludzkości, poucza o demokracji nowego prezydenta-elekta USA, jednej z najstarszych i najstabilniejszych demokratycznych republik. Rzecz więcej niż niestosowna. A poza tym, że niestosowna, to po prostu niemądra. Poważni politycy nie powinni tak jak Gabriel w ostentacyjny sposób okazywać strach, że i ich dosięgnie fala antyestablishmentowej i antyglobalistycznej rewolty. Takie słowa pokazują bowiem tylko ich niemoc i panikarstwo. 

Zresztą gdyby nie machinacje besserwisserów pokroju Sigmara Gabriela właśnie, dziś prezydentem zostałby pewien sympatyczny starszy pan imieniem Bernie. Według miarodajnych symulacji, Sanders wygrałby bowiem z Trumpem w cuglach. Globalistyczny i neoliberalny establishment demokratów nie dał mu jednak żadnych szans, co również opisywaliśmy na łamach NK. Wybrano za to kandydatkę ustosunkowaną, tyle, że słabego zdrowia, niesympatyczną, skorumpowaną i nieumiejącą nawiązywać kontaktów z wyborcami.

Ale pastwienie się nad Hillary nie ma już sensu, bo mowa przecież o politycznym trupie. Kandydatka, która nie miała nawet odwagi wyjść do swoich zwolenników w noc wyborczą, nie ma już czego szukać w życiu publicznym. Teraz o wiele ważniejszym pytaniem staje się to jakim prezydentem będzie Trump? Cóż, kiedy jest się przez mainstream posądzanym o chęć budowania rasistowskiego autorytaryzmu i przedstawianym jako niosący apokalipsę wysłannik sił chaosu, to nietrudno jest wypaść powyżej oczekiwań. Już inauguracyjna mowa Trumpa tchnęła raczej spokojem i statecznością niż siarką. 

Biografowie Trumpa podkreślają jednak, że jest on raczej kameleonem, który przez całe życie co innego mówi, a co innego robi. Choć kocha być w centrum uwagi, to w gruncie rzeczy jest jednak introwertykiem, który tylko przybiera rozmaite ekstrawertyczne pozy

Armagedonu raczej nie zapowiadają też nazwiska potencjalnych kandydatów na kluczowe stanowiska w nowej administracji. Stary wyjadacz Newt Gingrich jako sekretarz stanu? Niezłomny Rudy Guiliani jako prokurator generalny? Złotoręki chirurg Ben Carson jako sekretarz ds. edukacji? Chris Christie jako szef personelu Białego Domu? Czy to nazwiska rewolucjonistów? Prawdziwi nowocześni autorytaryści zwykle szli przecież do władzy tak jak Mao czy Mussolini, czyli z całą, młodą i zupełnie nową partią gotową do przejęcia państwa, a potem zastąpienia jego struktur strukturami partyjnymi. Tymczasem Trump zdaje się dobierać sobie raczej sprawdzonych i niemłodych już współpracowników, którzy znani są w Waszyngtonie od lat.

Owszem, aby spełnić swoje postulaty reindustrializacji USA Trump musi sięgnąć po narzędzia protekcjonistyczne, a tym samym zwiększyć napięcia w stosunkach z Chinami. By sobie na to móc pozwolić, chciałby zaś znormalizować stosunki z Rosją, nawet kosztem Krymu i wschodniej Ukrainy. Apokalipsy jednak nie będzie. Nawet rynki po chwilowych spadkach szybko oswoiły się z myślą, że nowym prezydentem jest Donald Trump. 

Zaś co do Rosji i Ukrainy, to jego plan poza niecodzienną retoryką niewiele różni od analogicznego pomysłu na reset jaki miała administracja Obamy. Cóż z tego, skoro do tanga trzeba dwojga, a Kremlowi wciąż wydaje się, że może stawiać żądania z pozycji globalnego supermocarstwa, a nie mocarstwa regionalnego, którym jest w rzeczywistości. Miłość Trumpa do Putina może się więc okazać krótkotrwała, a zawiedziona miłość może się z kolei przerodzić w równie silną nienawiść. 

Oczywiście rozhisteryzowanych elit, a zwłaszcza klerków pokroju Jacka Żakowskiego czy Sławomira Sierakowskiego, to raczej nie uspokoi. Zapewne dzieje się tak dlatego, że są oni przekonani, że każde słowo Trumpa z czasów kampanii było zapowiedzią konkretnych kroków politycznych. Biografowie Trumpa podkreślają jednak, że jest on raczej kameleonem, który przez całe życie co innego mówi, a co innego robi. Choć kocha być w centrum uwagi, to w gruncie rzeczy jest jednak introwertykiem, który tylko przybiera rozmaite ekstrawertyczne pozy. 

Podrywa, uwodzi lub napastuje, ale głównie w rozmowach. Jest duszą towarzystwa na rautach, ale od wczesnej młodości nie pije, nie pali i nie stosuje żadnych używek. To pewnie właśnie te kameleonie zdolności pozwoliły mu teraz tak łatwo przybrać pozę koncyliacyjną. Straszny szczerzący zęby Trump z czasów kampanii tymczasem jakby gdzieś zniknął. 

Być może był zresztą potrzebny tylko w czasach kampanii i był też na nią obliczony. Trump bowiem jest jednym z pierwszych polityków, którzy odnieśli tak spektakularne sukcesy dzięki strategii, którą na łamach NK określiliśmy jako zszywaniem „plemion”. Nie szukał więc wcale wyborców umiarkowanego centrum, tylko sięgał po skrajności z obu stron. Przecież to na niego swoje poparcie przerzuciła pokaźna część wyborców lewicowego Berniego Sandersa, zwłaszcza ze stanów takich jak Michigan, zamieszkałych przez zbiedniałą, biała populację, która straciła pracę w przemyśle. Aby dokonać takiej operacji Trump musiał zaś działać w świecie mediów po partyzancku. 

Po pierwsze, skupić się na nowych mediach. Po drugie, założyć, że tradycyjne mainstreamowe media będą w większości przeciwko niemu. Po trzecie zaś, założyć, że ludzie (a przynajmniej jego wyborcy) nie ufają za grosz tym właśnie tradycyjnym mainstreamowym mediom. Konkluzja była oczywista: dla kampanii nie ma znaczenia, czy w mainstreamie mówią o Trumpie dobrze czy źle; wychodzi wręcz lepiej na ich prowokowaniu. Ważne, aby mówiono o nim cokolwiek. 

Teraz jednak kończy się już czas słów, a zaczyna czas czynów. Zarówno świat jak i USA powinny dać Trupowi pewien minimalny kredyt zaufania, aby te czyny umożliwić. Paradoksalnie bowiem w tej chwili to antytrumpowscy histerycy, zarówno na ulicach amerykańskich miast, jak i w mediach w USA oraz na świecie, podważają demokrację, siejąc przy okazji strach i nienawiść.