Fałsz postępowych dogmatów

Aktualności,

W przeciwieństwie do starszych o pokolenie kolegów z intelektualnej prawicy, nie uważam polemizowania z „Gazetą Wyborczą” za najważniejsze zadanie. Środowisko to już za rządów PO stało się umysłowo jałowe i do bólu przewidywalne, w czym trwa do dziś. Jednak artykuł Stanisława Skarżyńskiego z ostatniego „Magazynu Świątecznego” („Jarosław Kaczyński. Brzydkie kaczątko konserwatyzmu”, „GW” z 10.02.2017) prosi się o odniesienie w dwóch punktach. Autor  atakuje bowiem szeroko rozumianą prawicę z pozycji tak kuriozalnych, że chyba pokazujących pewne ważne zjawisko.

Pisze Skarżyński: „Co przytomniejsi konserwatyści pamiętają, że z jednego pnia wyrośli i oni, i liberalna lewica, która dziś pozwala na takie skandale, jak multikulturalizm, gender, małżeństwa homoseksualne z adopcją dzieci czy osiągnięcia medycyny – od szczepionek, przez transfuzję i transplantologię, po diagnostykę prenatalną oraz in vitro. Tym wspólnym korzeniem było przekonanie o istnieniu zmiany społecznej, którą trzeba dopuszczać do głosu. Liberałowie są tej zmiany – w uproszczeniu – entuzjastami, a konserwatyści chcą, żeby legalizować zmiany powoli, nie ryzykując nadmiernych wstrząsów społecznych”.

Mamy tu powtórzenie progresistowskiego dogmatu o nieuchronnym rozwoju ludzkości w kierunku wyznaczonym przez Oświecenie, w stronę „końca historii”, pełnej racjonalności i doskonałej emancypacji. Z czego wynika oczywiście również taki nieuchronny wniosek, że konserwatyści muszą stopniowo wymierać. Mamy postawienie w jednym szeregu postępu medycznego z (rzekomym) progresem obyczajowym. Mamy wreszcie, stanowczy podział konserwatystów na „co przytomniejszych” i – w domyśle – zupełnie nieprzytomnych, wsteczniackich na granicy obłędu.

Republikanizm to nie to samo co konserwatyzm

Powstało już wiele książek kwestionujących dogmat liniowego rozwoju ludzkości, diagnozujących wewnętrzne sprzeczności i cofanie się postoświeceniowych ideologii, słabnięcie zbudowanej na nich kultury. Przytoczmy tylko niedawne „Samobójstwo oświecenia” prof. Andrzeja Zybertowicza, pracę, w której znany socjolog występuje (wraz z zespołem młodych badaczy) w roli naukowca, nie publicysty czy polityka. Współczesna nauka – od filozofii, przez ekonomię i kognitywistykę, po biologię – na bardzo wiele sposobów zakwestionowała aksjomat ludzkiej racjonalności. Wnioski zostały wyciągnięte i są na co dzień stosowane przez manipulujących naszymi emocjami spindoktorów, macherów finansowych itd.

Nie żyjemy już w spokojnych i przewidywalnych czasach. Kryzys finansowy, eksplozja egoizmów narodowych, konflikt amerykańsko-chiński, renesans nastrojów konserwatywnych i nacjonalistycznych, kariera Donalda Trumpa – są oczywistymi znakami nowej epoki.  Kto może jeszcze wierzyć w „wieczny pokój” i „koniec historii”? Chyba tylko ślepiec lub progresistowski fanatyk.

Skarżyński najwyraźniej zalicza się do jednej z tych grup. I nie byłoby w tym nic szczególnego gdyby nie to, że – sądząc choćby po braku polemiki z jego artykułem na łamach „GW” – są podstawy uważać, że to sposób myślenia charakterystyczny dla największego opozycyjnego ośrodka intelektualnego. Może nawet dla większości politycznych oponentów PiS.

To by znaczyło, że obóz ten tak głęboko utkwił mentalnie w nieaktualnych diagnozach, obalonych przekonaniach i skompromitowanych postulatach, że zwyczajnie przestał dostrzegać najważniejsze „znaki czasu”. W sensie politycznym oznaczałoby to rolę „funkcjonalnego koalicjanta” PiS, dostarczającego bardzo wygodnej osi konfliktu, w którym zwycięzca może być tylko jeden. Michnik fundatorem władzy Kaczyńskiego – to dopiero chichot historii!

W tekście Skarżyńskiego jest jeszcze jeden wątek warty poruszenia. Pomimo mojej wyraźnej samoidentyfikacji republikańskiej, stanowczo i uparcie nazywa mnie „konserwatystą”. Postawienie w jednym szeregu z m.in. Ludwikiem Dornem i Kazimierzem Ujazdowskim poczytywać można wprawdzie za komplement, ale nieporozumienie wymaga wyjaśnienia.

Republikanizm to nie to samo co konserwatyzm. Ten ostatni – zostawiając niezliczone różnice pomiędzy poszczególnymi nurtami – cechuje się w Polsce generalnie afirmacją religii i tradycyjnej obyczajowości, pochwałą wolnego rynku, potępieniem rewolucji. Tymczasem, czy można uczciwie odmówić Joachimowi Lelewelowi czy Adamowi Mickiewiczowi miana republikanów? Chyba nie. Jednocześnie, na pewno nie byli oni konserwatystami. Republikanizm to bowiem przede wszystkim pragnienie silnego państwa jako emanacji silnej wspólnoty politycznej, a w tych ramach: maksimum wolności i własności. Owocem napięcia między tymi parami wartości jest postulat republikańskiego ustroju mieszanego.

Jeśli współczesny polski republikanizm ma być czymś więcej niż nowym opakowaniem na stare, prawicowe treści (a więc formułką z dziedziny public relations) jego przedstawiciele muszą poważnie traktować te rozróżnienia. Mają też one istotne konsekwencje praktyczne. Nie trzeba na przykład koniecznie chodzić do kościoła, żeby być republikaninem. Ale podstawowe wartości właściwe swojemu nurtowi ideowemu szanować należy; stąd akceptacja wywłaszczeń czy zamordyzmu – to już dość oczywiste samowykluczenie się z republikańskich szeregów.

Osobiście, jestem także umiarkowanym konserwatystą. Ale to drugorzędna i bardziej prywatna tożsamość. W takim republikańsko-konserwatywnym miksie odnajduje się pewnie większość środowiska „Nowej Konfederacji”. Co nie zmienia faktu, że priorytet na takie a nie inne wartości idzie pod pewnymi względami w poprzek podziałów prawica-lewica, zwłaszcza przy ich osobliwym często w Polsce rozumieniu. Republikanizm stał się już w naszym kraju na tyle znaczącym nurtem, że osoby aspirujące do rozumienia i wyjaśniania życia publicznego powinny zacząć rozróżniać różnice tego rodzaju.

Stanisław Skarżyński nic sobie nie robi ani a cudzych deklaracji, ani z upadku własnych dogmatów. Stąd już tylko krok do kontrfaktycznych stwierdzeń o nieuchronnym upadku prawicy, konserwatywnym samoobrzydzeniu, konserwatystach jako obrońcach silnych, a polskich liberałach – trybunach uciśnionych. I publicysta Oko Press ten krok w swoim tekście wykonuje.

Naprawdę ciekawe jest jednak pytanie: czy mówi w imieniu wąskiej, czy szerokiej grupy. Odpowiedź powie nam wiele o przyszłości polskiego życia publicznego.