Newsletter

Czy Stany mają dość Putina?

Można zaryzykować stwierdzenie, że jeśli Putin się zachwieje, to nikt go nie będzie w Waszyngtonie specjalnie podtrzymywał. USA tracą cierpliwość i boją się destabilizacji Rosji mniej niż Europa

Można zaryzykować stwierdzenie, że jeśli Putin się zachwieje, to nikt go nie będzie w Waszyngtonie specjalnie podtrzymywał. USA tracą cierpliwość i boją się destabilizacji Rosji mniej niż Europa.

Dostarczone przez Rosję rakiety strącają samolot. Na pokładzie ginie co najmniej jeden Amerykanin (19-letni Quinn Schansman). Rakiety odpalają separatyści walczący o Noworosję, czyli organizacja wspierana przez Kreml, o czym otwarcie mówi prezydent Obama. Krótko potem dochodzi do samobójczego zamachu z inspiracji tych samych ludzi. Wojska ukraińskie odnajdują zaś na odbitych terenach ciała zamordowanych przez separatystów zakładników oraz oswobadzają tych, którzy przeżyli.

Zmiana perspektywy

W oczach Ameryki analogie są dość oczywiste. Władimir Putin nagle dołączył do tej samej kategorii „przywódców”, co Saddam Husajn i Muammar Kadafi. Oczywiście dzierży stery władzy potężnego kraju, a amerykańska opinia publiczna jest nastawiona wciąż raczej izolacjonistycznie. A więc trudno powiedzieć, że ze stwierdzenia, iż oto Putin dołącza do grona sponsorów międzynarodowego terroryzmu, miałyby zostać natychmiast wyciągnięte twarde, polityczne wnioski. Nie ma też na razie mowy o tym, by wesprzeć militarnie Ukrainę. Nowe sankcje wiszą jednak w powietrzu, w tym również te najbardziej dotkliwe.

W wypowiedziach polityków i analityków amerykańskich wyczuwa się też teraz autentyczną niechęć, oskarżenia i frustrację wobec polityki Kremla. I choć za oceanem nadal rozumie się znaczenie, a nawet użyteczność Rosji, to sam Putin jest już wyraźnie przywódcą, do którego USA tracą cierpliwość.

Ambasador Stanów Zjednoczonych przy ONZ Samantha Power wypowiedziała się na ten temat dość ostro. „Rosja nie opanowała tego, co sama rozpętała” – grzmiała na forum ONZ. Nie uspokoiło jej nawet poparcie Kremla dla rezolucji wzywającej do przeprowadzenia niezależnego, międzynarodowego śledztwa. „Żadna rezolucja nie byłaby potrzebna, gdyby Rosja użyła swoich wpływów, zmuszając separatystów do udostępnienia miejsca katastrofy” – powiedziała. Wcześniej zaś oznajmiła, że to Rosja „musi skończyć tę wojnę”.

Jej szef prezydent Obama jest tradycyjnie politykiem unikającym ostrych sformułowań. I u niego widać jednak wyraźne zaostrzenie retoryki. Zwłaszcza jeśli porówna się jego poniedziałkowe przemówienie poświęcone Ukrainie z wypowiedziami z marca. Ba takie porównanie pokazuje jego ostatnią wypowiedź jako niezwykle ostrą, bo niewykluczającą już wyraźnie rozwiązań innych niż dyplomatyczne.

W marcu bowiem prezydent USA bardzo dobitnie podkreślał, że to nie jest „kolejna zimna wojna”. W czerwcu w Warszawie mówił tylko o przeciwstawianiu się „rosyjskim prowokacjom”. Jakby mimochodem zaznaczał jednak, że zjednoczona Ukraina potrzebuje silnych więzi zarówno z Europą, jak i z Rosją.

Dopiero po strąceniu malezyjskiego samolotu pojawiły się ostrzejsze tony. Po raz pierwszy zaczął otwarcie powtarzać określenie „wspierani przez Rosję separatyści” [russian-backed separatista]. Co jednak najważniejsze, zamiast wciąż podkreślać, że nawołuje obie strony do pokoju, stwierdził sucho, iż rozwiązania dyplomatyczne „są wciąż możliwe” i on je „preferuje”. Zaraz potem padło zaś zawieszone w powietrzu „ale”, a następnie już nieco mniej ostre zdanie o „rosnących kosztach wspierania separatystów” i dalszej izolacji.

Kto się boi destabilizacji?

Co do sankcji, to zdaniem ekspertów na horyzoncie pojawia się możliwość wprowadzenia przez USA zakazu handlu ropą i bronią w stylu sankcji irańskich. To zaś mogłoby Putina zaboleć szczególnie, zważywszy na to, że również sytuacja gospodarcza Rosji powoli się pogarsza. Bank centralny przewiduje w tym roku zerowy wzrost, w przyszłym grozi recesja. Nawet jeśli dziś Putin jest zakładnikiem własnej propagandy przerzucającej winę na Kijów, to wydaje się, że jeszcze trudniej będzie propagandowo upudrować realny spadek poziomu życia. W efekcie i bez specjalnych działań ze strony Zachodu dojść może w Rosji do politycznego przesilenia. Naturalnie mowa tu o perspektywie raczej kilku lat niż kilku miesięcy, tak jak w 1983 r., po zestrzeleniu innego pasażerskiego samolotu, prawdopodobieństwo przemian jednak rośnie.

Już od jakiegoś czasu analizy amerykańskie mówią o tym, że za barbaryzację rosyjskiej polityki jest osobiście odpowiedzialny Putin i jego najbliższe otoczenie towarzysko-biznesowe

Zdaniem autorów znanej monografii o krajach autorytarnych, Stevena Levitsky’ego i Lucana A. Waya, w okresach takiego przesilenia kluczowe jest to, czy dla przemiany istnieje korzystny klimat międzynarodowy. To, czy świat jest skłonny nową ekipę poprzeć. W przypadku Rosji czynnikiem hamującym pozostaje perspektywa destabilizacji całej Federacji Rosyjskiej, czego Zachód z pewnością by nie chciał. Jednak wizja odbudowy agresywnego imperium lub utrzymania się przy władzy nieprzewidywalnego przywódcy, który stał się uzależniony od własnej agresywnej retoryki, również nie jest nęcąca.

Próby kopania dołków pod Putinem to naturalnie zachowanie zdecydowanie odległe od stylu politycznego Baracka Obamy. Można jednak zaryzykować stwierdzenie, że jeśli pewnego dnia Putin się zachwieje, to nikt go nie będzie w Waszyngtonie specjalnie podtrzymywał. Są ku temu co najmniej trzy przesłanki geopolityczne. Po pierwsze, Stany są od Rosji wystarczająco oddalone, by w mniejszym stopniu niż Europa Zachodnia odczuwać zagrożenie destabilizacją Federacji Rosyjskiej. Po drugie, już teraz Waszyngtonowi przeszkadza wyraźne zbliżenie Kremla oraz Pekinu i może woleć pewną niestabilność w Azji Środkowej niż wzrost potęgi Chin. Po trzecie, USA inaczej niż Europa Zachodnia nie importują rosyjskiego gazu, tylko eksportują własny, a wiec na zamieszaniu w Rosji mogą wręcz, do pewnego stopnia, skorzystać.

Rosja to wróg!

Względne poczucie bezpieczeństwa sprawia, że amerykańskie media nie oszczędzają Władimira Władimirowicza. Nawet dotychczas raczej łagodny wobec Rosji „New York Times” obarcza Rosję winą za zestrzelenie malezyjskiego samolotu. Edytorial „Washington Post” pisze wprost o Federacji Rosyjskiej jako o „rogue state” [kraju zbójeckim], co przedtem zarezerwowane było tylko dla państw takich jak Korea Północna. Publicysta „Wall Street Journal” stwierdza też, że Rosja znowu staje się „wrogiem USA”. „Foreign Policy” porównuje zaś sytuację po zestrzeleniu malezyjskiego samolotu do kryzysu kubańskiego i zestrzelenia w 1983 r. przez ZSRR samolotu koreańskich linii lotniczych. Jak wiadomo, w obu poprzednich przypadkach napięcia na linii Zachód–Kreml doprowadziły do eskalacji na granicy wojny nuklearnej. „Wtedy nie doszło do katastrofy, za trzecim razem świat może mieć mniej szczęścia?” – spekuluje analityk. Swoje obawy uzasadnia zaś tym, że Putin jest niewolnikiem własnej propagandy w nawet większym stopniu niż Andropow, który zamiast uparcie fabrykować alternatywne historie, po pewnym czasie przyznał, iż to rosyjskie siły lotnicze omyłkowo zestrzeliły liniowiec.

Jednocześnie jednak wpływowy „Foreign Policy” roztacza przed czytelnikami wizję nowej pierestrojki, która może pogrzebać władzę Putina. To samo czyni George Friedman, wraz z ośrodkiem Stratfor, który bywa określany jako „cywilne CIA”, i pyta, „czy Putin może przetrwać?”. Friedman stwierdza bowiem, że Władimir Putin nie wycofa się z Ukrainy, bo straci twarz. A równocześnie nie może również dalej wspierać separatystów bez rozpoczęcia prawdziwej wojny, której skutki społeczeństwo rosyjskie boleśnie odczuje. Bez względu na to, jak się sprawy potoczą, jego pozycja w polityce wewnętrznej ulegnie więc osłabieniu.

Friedman nie przeczy przy tym, że Putin skupił całą władzę w rękach swoich i swego zaufanego grona, swoistego, nowego „politbiura”. Dlatego najbardziej prawdopodobny scenariusz jego zdaniem jest taki, że prezydentowi Rosji cios w plecy w pewnym momencie zada właśnie człowiek mu już bliski. Stratfor mówi np. wprost o merze Moskwy Siergieju Sobianinie i ministrze obrony Siergieju Sojgu lub wicepremierze Siergieju Iwanowie jako o popularnych politykach, którzy mogą się stać rosyjskimi Brutusami.

Warto dodać, że już od jakiegoś czasu analizy amerykańskie mówią o tym, iż za barbaryzację rosyjskiej polityki jest osobiście odpowiedzialny Putin i jego najbliższe otoczenie towarzysko-biznesowe. Dlatego też pierwsze sankcje były wymierzone personalnie w tych właśnie ludzi. Dalsze mogą być odczuwalne również przez zwykłych Rosjan, którzy mogą wtedy zapragnąć zmian.

Taki scenariusz wydaje się oczywiście nadal rodzajem „political fiction” [fantastyki politycznej], ale nie zapominajmy, że jeszcze w tym ćwierćwieczu widzieliśmy na ulicach Moskwy czołgi, było to podczas puczu Janajewa. Wówczas świat naturalnie kibicował młodemu postępowemu przywódcy – Borysowi Jelcynowi. Dziś przynajmniej USA byłyby chyba gotowe poprzeć nawet twardogłowego generała, byleby nie oglądać już oblicza Władimira Władimirowicza Putina.

[wykres]

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY TYGODNIK IDEI, NR 30 (42)/2014, 24–30 LIPCA, CENA: 0 ZŁ