Newsletter

Czy koncert mocarstw uchroni nas przed III wojną światową?

Należy się zastanowić, jak zapobiec czarnemu scenariuszowi rywalizacji amerykańsko-chińskiej. Odpowiedzią może być nowy ład azjatycki oparty na formule koncertu mocarstw

Bezzwłocznie należy się zastanowić, jak zapobiec czarnemu scenariuszowi rozwoju rywalizacji amerykańsko-chińskiej. Dobrą odpowiedzią może być nowy ład azjatycki oparty na sprawdzonej formule koncertu mocarstw.

„Wszystkie państwa pragną pokoju, ale pragną pokoju, który promuje ich interesy” – admirał Jacky Fisher, twórca nowoczesnej Royal Navy, przed wybuchem I wojny światowej

Stany Zjednoczone i Chiny są najbogatszymi i najsilniejszymi państwami na świecie. Ich gospodarki i interesy są wzajemnie bardzo mocno powiązane. Oba kraje mają przemożny wpływ na globalną gospodarkę, której są najważniejszymi elementami. Jednak dalszy wzrost bogactwa i potęgi Chin zmusza do postawienia fundamentalnego pytania: co dalej? Co dokładnie oznaczać to będzie dla świata? Czy Chiny i USA staną się wrogami, czy będą może współpracować?

Rosnące napięcie

Historia uczy niestety, że konkurencja do hegemonii gospodarczej zawsze przeradza się w rywalizację strategiczną, a ta bardzo często w wojnę o dominację. Jedynym sposobem na uniknięcie niebezpiecznej i eskalującej rywalizacji może być ograniczenie części własnych ambicji przez mocarstwo wschodzące (Chiny) przy jednoczesnym udzieleniu mu stosownych koncesji w aktualnym systemie przez mocarstwo słabnące (USA). Takie elastyczne podejście do kwestii wzrostu Chin i ich roli w świecie musiałoby wymagać stworzenia zupełnie nowej architektury bezpieczeństwa i współpracy w Azji. Taki nowy ład, aby odzwierciedlał zmieniający się układ sił i miał szansę na przetrwanie, musiałby wyglądać jak koncert mocarstw, model znany nam z historii Europy po 1815 r. Tak właśnie zdefiniował problem słynny na świecie (w Polsce nieznany) australijski politolog i strateg prof. Hugh White w książce „The China Choice”.

Do realizacji takiego scenariusza wciąż daleko, ponieważ ciągle pewni siebie Amerykanie nie chcą się dzielić posiadaną władzą nad instytucjami globalnymi oraz mechanizmami dającymi im supremację w Azji i na Zachodnim Pacyfiku. W ogóle trudno znaleźć Amerykanów, którzy byliby zdania, że muszą cokolwiek dawać Chińczykom, czy też takich, którzy sobie wyobrażają, iż Stany miałyby ustąpić pola na rzecz Państwa Środka. Chińczycy natomiast wolą poczekać z rozstrzygnięciami, aż w przyszłości staną się znacznie silniejsi od USA i jednym ciosem zamienią istniejący układ (najlepiej bez zawsze ryzykownej wojny) na dużo bardziej korzystny dla siebie i swoich interesów.

Największymi zwolennikami ustanowienia systemu koncertu mocarstw są średnie i małe państwa w Azji oraz Australia, które znalazły się w sytuacji nie do pozazdroszczenia i są przerażone perspektywą bycia zakładnikami hegemonicznej rywalizacji chińsko-amerykańskiej. Taka rywalizacja, nasilając się, miałaby fatalny wpływ na rozwój gospodarczy regionu, przede wszystkim zaś zmuszałaby państwa Azji i Pacyfiku do dokonania wyboru pomiędzy Chinami a USA. A co za tym idzie, do wyboru niepewnego, obarczonego wielkim ryzykiem obstawienia przyszłego, przegranego losu.

Presja czasu

Mało kto rozumie, że tego wyboru Amerykanie muszą dokonać niebawem. Już wkrótce Chińczycy będą bowiem zbyt silni. Waszyngton ma trzy opcje. Albo zrezygnuje z prymatu w Azji, albo będzie się starać zachować status quo ze swoją dominującą rolą. Albo też stworzy nowy ład oparty na koncercie mocarstw, ustępując częściowo na rzecz Chin.

Niestety tylko kilku analityków i strategów w USA rozważa opcję pierwszą, właściwie wszyscy inni drugą, a nikt trzeciej. Tymczasem rywalizacja z Chinami się nasila, obie strony nie ufają sobie zarówno w kwestiach bezpieczeństwa, jak i gospodarczych, co wpycha oba mocarstwa w pułapkę poszukiwania przewag swoich i eksploatacji słabości drugiego. Amerykanie dokonują pivotu do Azji, implementując klasyczną politykę powstrzymywania i okrążania Chin. W siłach zbrojnych wdrażają koncepcję wojny powietrzno-morskiej wymierzoną w Chiny i jej wojskowe zdolności asymetryczne. Chińczycy zaś wdrażają w swoich siłach zbrojnych koncepcję „sznuru pereł” (string of pearls, przesuwanie granicy wpływów w oparciu o wyspy na wodach przybrzeżnych) i z sukcesami testują amerykańskie gwarancje dla państw w regionie Morza Południowo-Chińskiego. Oraz balansują w oparciu o Rosję przeciw USA co najmniej w zakresie polityki surowcowej, pokazując, że nie są zależni od blokady morskiej, jak chcieliby Amerykanie kontrolujący morskie szlaki transportowe do i z Chin.

Wybór, przed którym stoi dziś Ameryka, jest chyba najtrudniejszym w jej mocarstwowej historii

Realistyczna wydaje się ocena, że ani USA, ani Chiny w ciągu najbliższych kilku dekad nie będą na tyle silne, by podporządkować sobie cały region. A próba dominacji podjęta przez jedno z tych państw przyniesie chaos, koszty gospodarcze i dramatycznie zwiększy ryzyko wojny o hegemonię. Tymczasem bezzwłocznie należy się zastanowić, jak zapobiec czarnemu scenariuszowi. I właśnie nowy ład azjatycki oparty na sprawdzonej formule koncertu mocarstw może być dobrą odpowiedzią.

Wybór, przed którym stoi dziś Ameryka, jest chyba najtrudniejszym w jej mocarstwowej historii. Sytuacja jest bezprecedensowa. Od lat 80. XIX w. USA cieszyły się największym dochodem narodowym na świecie. Żaden z ich konkurentów w XX w.: Niemcy, Japonia, Związek Sowiecki, nie mógł się z nimi równać gospodarczo. Dziś Chiny według Międzynarodowego Funduszu Walutowego stały się największą gospodarką świata, wyprzedzając amerykańską według kryterium parytetu siły nabywczej (komunikat z października 2014). A w połowie wieku XXI mogą mieć gospodarkę nawet dwa razy większą od gospodarki Stanów. I nie chodzi tu o mniej lub bardziej prawdopodobny upadek USA, ale o obiektywny i – wydaje się – nieprzerwany wzrost Chin. Chodzi więc o względny schyłek Ameryki jako supermocarstwa, widoczny w relacji do postępującego wzrostu bogactwa i potęgi Chin.

Kurs na rywalizację

Po układzie Mao-Nixon z 1972 r. zagrożone dominacją sowiecką Chiny zaakceptowały supremację USA w Azji. W zamian otrzymały możliwość błyskawicznego rozwoju gospodarczego, pojawił się napływ inwestycji kapitałowych, dostęp do globalnego (w tym amerykańskiego) rynku. Chińczycy najwyraźniej chcą ten model zmienić, gdyż jego formuła i funkcjonalność w ostatnich latach się wyczerpały. Z perspektywy Pekinu amerykańskie interesy w regionie mocno uwierają – tłumiąc możliwości dalszego chińskiego rozwoju i de facto nie akceptując statusu Chin jako mocarstwa, bez którego zgody nic się nie da w Azji zrobić.

Chińczycy widzą to w ten sposób: z punktu widzenia geopolitycznego USA, nie licząc się z interesami Chin, w zasadzie stosują na Zachodnim Pacyfiku odpowiednik dawnej doktryny Monroe’a. W XIX w. oznaczała ona sprzeciw wobec poszerzania europejskich wpływów w Amerykach. Dziś – konserwację amerykańskiej hegemonii w Azji, z pominięciem skokowego wzrostu znaczenia Chin. Amerykańska polityka wobec Chin w ostatnich 20 latach oparta była na tzw. Hedgingu: Chiny akceptowały dominację polityczną i gospodarczą USA w regionie oraz system zasad w handlu narzucony przez Waszyngton, a w zamian za to mogły nieskrępowanie handlować ze światem. Amerykanom wydawało się, że kontrolują system właśnie poprzez zapewnianie dostępu do rynków światowych, a Chiny potrzebują przecież do swojego rozwoju spokoju w handlu. Problem w tym, że zajęci wojną z terrorem po 2001 r. decydenci w USA przespali moment, w którym Chiny stały się zbyt ważne dla handlu światowego, by można było je karnie odizolować od globalnego obrotu. Teraz jest już na to za późno. W Waszyngtonie zrozumiano ten błąd w czasie kryzysu finansowego 2008–2009.

Kryzys ten przebudował myślenie amerykańskich decydentów o przyszłych relacjach z Chinami. Ogłoszono sławny już pivot na Pacyfik. Przedsięwzięto spektakularną akcję dyplomatyczną mającą na celu przekonanie państw w regionie, że Ameryka wciąż jest silna i wciąż jest gwarantem bezpieczeństwa i dobrobytu, którym cieszyła się Azja w dobie prymatu USA od 1972 r. Kulminacją strategicznego przesunięcia na Pacyfik było bardzo stanowcze i konfrontacyjne wystąpienie prezydenta USA w parlamencie Australii w Canberze (listopad 2011), które zostało uznane przez azjatyckich obserwatorów za doktrynę Obamy. Jego sygnał był klarowny: Ameryka z całą swoją siłą stoi na straży status quo w Azji i będzie go broniła wszelkimi metodami, a porządek ten uważa za najlepszy z możliwych. Już później sekretarz stanu Clinton zmiękczała przekaz wobec przerażonych wizją konfrontacji azjatyckich państw położonych na osi konfliktu USA–Chiny, mówiąc o specjalnej relacji, jaką Stany muszą wypracować z Chinami. Specjalnej to znaczy takiej, jaka nigdy jeszcze nie istniała pomiędzy naturalnie konkurującymi supermocarstwami.

Czego chcą Chiny

Chiny z kolei mają małe szanse, by z sukcesem doprowadzić do pełnej hegemonii w rejonie Azji i Pacyfiku. Istnieje po prostu zbyt wiele silnych państw obecnych w regionie, które będą się temu sprzeciwiać. Są to nie tylko Stany Zjednoczone. To także trzecia gospodarka świata Japonia, wzrastające Indie, słaba gospodarczo, ale wojskowo silna i dysponująca arsenałem nuklearnym Rosja oraz cała rzesza państw średnich, które mają swoje oddziaływanie na ład polityczny w Azji: Korea Południowa, Wietnam czy Indonezja. Celem Chin jest natomiast stopniowe zaprowadzenie własnej wersji doktryny Monroe’a w Azji i na Zachodnim Pacyfiku, z wypchnięciem USA z regionu: tak jak kiedyś Amerykanie wypchnęli Brytyjczyków z zachodniej półkuli. Doktryny przypominającej stary, dobrze znany elitom chińskim system trybutarny oparty na dominacji ekonomicznej i prymacie interesów Chin. Wraz ze stopniową dominacją nad centrum produkcyjnym świata w XXI w. przyjdzie potęga gospodarcza, która przerodzi się w światową dominację.

Decydenci w USA przespali moment, w którym Chiny stały się zbyt ważne dla handlu światowego, by można było je karnie odizolować od globalnego obrotu

Chińczycy, napotykając opór USA i innych państw, stają także przed dylematem. Na razie są za słabi, by sięgnąć wprost po hegemonię, ale już za silni, by dalej akceptować prymat Stanów kosztem własnego rozwoju i własnych interesów. Narasta powodująca destabilizację sprzeczność interesów, co również nie sprzyja podstawowemu celowi Chin – szybkiemu rozwojowi gospodarczemu, który może przecież stopniowo doprowadzić do dominacji chińskiej. Zrozumienie tej pełnej napięcia zależności otworzyłoby drogę do docenienia potrzeby ustanowienia koncertu mocarstw w Azji.

Logika koncertu mocarstw

Trzeba zdać sobie sprawę z ryzyka, jakie płynie dla świata z pogłębiającej się rywalizacji chińsko-amerykańskiej. Status quo jest nie do utrzymania. Próba jego utrzymania za wszelką cenę przez USA może doprowadzić do wojny, czego pierwsze sygnały już widać na horyzoncie azjatyckim. Oddanie Azji i Zachodniego Pacyfiku w dominację Chinom może przynieść z kolei nieprzewidywalne skutki dla całego globu, w tym dla całej sieci powiązań handlowych i międzynarodowych, jakie znamy od kilkuset lat, właściwie od początku wielkich odkryć geograficznych dokonanych przez Europejczyków. Wszystkie scenariusze jawią się zatem jako jeszcze gorsze od koncertu mocarstw.

Zarazem sam koncert mocarstw jest i tak trudny do wyobrażenia, a tym bardziej do uzgodnienia, wprowadzenia i utrzymania. W ogóle nie byłby rozpatrywany, gdyby inne rozwiązania były mniej beznadziejne. Last but not least – koncepcja koncertu mocarstw nie może zostać Waszyngtonowi ani Pekinowi narzucona. Oba supermocarstwa muszą się na nią zgodzić.

W roku 1815 Europa była zmęczona i zniszczona wojnami napoleońskimi, które były klasycznymi wojnami o hegemonię europejską. Pięć mocarstw (Wielka Brytania, Francja, Prusy, Austria i Rosja) spotkało się w Wiedniu, by wynegocjować powojenny ład w Europie. Celem było zredukowanie ryzyka wielkiej wojny pomiędzy nimi. Stworzony ład w zasadzie przetrwał do 1914 r. I cokolwiek myślą o tym Polacy, to wiek XIX, od Wiednia do Sarajewa, był bezspornie „Wiekiem Europy” – rozwoju demograficznego, bogactwa i potęgi oraz ekspansji kolonialnej. Państwa koncertu mogły konkurować, ale w ramach limitu polegającego na niepozbawianiu innych mocarstw statusu mocarstwa w systemie. Stąd rywalizowano w koloniach i na peryferiach Europy (sprawa upadających Osmanów).

Podobnie koncert azjatycki z pewnością rywalizowałby o wpływy i zasoby w Afryce i na Bliskim Wschodzie. Do dziś widać w Europie konsekwencje powiedeńskiego ładu. I o ile na Starym Kontynencie wybuchały w XIX w. wojny, to żadna z nich nie zmieniła się w ogólnoeuropejską batalię o hegemonię. Kongres wiedeński bowiem wprowadził zasadę, iż żadne mocarstwo nie stara się zdominować innych, a jeśli to robi, wszystkie pozostałe jednoczą się przeciw niemu. Małe i średnie państwa oczywiście w tym dealu nie uczestniczą. Kryterium była i jest siła. Należy mieć taką, żeby móc zagrażać niepodległości innych mocarstw. A zatem koncert dotyczył tylko naprawdę potężnych państw. Jak każdy system miał wady, ale zapobiegł wielkiej wojnie, czego nie można powiedzieć o XX w.

Kamieniem węgielnym koncertu mocarstw jest przekonanie, że poszukiwanie samodzielnej hegemonii jest mniej korzystne niż utrzymanie koncertu. Należy przy tym odróżnić koncert mocarstw od systemu równowagi sił, który z kolei panował w Europie od czasu wojny trzydziestoletniej. Koncert wymaga porozumienia dosłownego lub dorozumianego pomiędzy mocarstwami. W systemie równowagi sił gracze nie porozumiewają się, lecz sam system czyni spontanicznie próby hegemoniczne trudnymi. Ze strachu inni zawiązują sojusze, i to często prewencyjnie, co czyni jednak system równowagi sił niezmiernie niestabilnym, podatnym na błędne kalkulacje dotyczące potencjału własnego oraz sił i intencji innych graczy.

Celem Chin jest stopniowe zaprowadzenie własnej wersji doktryny Monroe’a w Azji i na Zachodnim Pacyfiku, z wypchnięciem USA z regionu

Wydaje się, że istnieje siedem założeń udanego koncertu mocarstw w Azji: po pierwsze każde mocarstwo koncertu uznaje legitymację wewnętrzną innych mocarstw; po drugie każde mocarstwo akceptuje to, że każdy ma legitymowane interesy, omawiane w negocjacjach i nie ma dominatora, który „wie lepiej” od innych; poza tym każdy gracz koncertu ma prawo do rozwijania sił zbrojnych i obrony swoich interesów, natomiast siły zbrojne zdolne do zagrożenia i kontroli całego systemu są nieakceptowalne; koncert mocarstw nie jest więc paktem rozbrojeniowym, lecz dominacja militarna jednego nad wszystkimi innymi niszczy koncert; co więcej, muszą zostać ustalone procedury i zasady dozwolonego postępowania mocarstw w ramach nieposzukiwania dominacji; musi istnieć również dorozumiane uzgodnienie, że wszyscy sprzeciwiają się dominacji jednego z nich; kolejne założenie: społeczeństwa i narody mocarstw z koncertu muszą zaakceptować mentalnie i aksjologicznie ograniczenia płynące z koncertu mocarstw, co wydaje się trudne zarówno dla kultury amerykańskiej, jak i chińskiej; I, co istotne, w zakresie prestiżu i statusu mocarstwa koncertu muszą się traktować jak równi.

Ta lista dobitnie pokazuje, dlaczego koncert mocarstw należy do rzadkich zjawisk w historii.

O zaproszeniu do koncertu decyduje następująca zasada: członkowie układu nie muszą być równie silni. Ale najsłabszy musi być na tyle silny, aby mieć moc przeciwstawienia się działaniom koncertu, jeśli pozostałby poza nim albo jego interesy nie byłyby reprezentowane i zaspokajane przez uzgodnienia koncertu. Najsilniejszy gracz natomiast nie może być też tak silny, by mógł zdominować wszystkich innych – bo wtedy nie jest powstrzymywany przez tych działających w ramach koncertu. Aby koncert był trwały, musi zaprosić wszystkie państwa w regionie mieszczące się w powyżej zdefiniowanych ograniczeniach.

Kogo zaprosić, kogo pominąć

Do koncertu mocarstw w Azji zaproszone zostałyby USA, Chiny, Japonia i Indie. Poza prącymi do dominacji Stanami i Chinami oczywistym członkiem zaproszonym do niego byłaby Japonia: trzecia gospodarka świata, morskie, handlowe państwo o olbrzymich zasobach technologicznych i organizacyjnych, którego położenie geograficzne umożliwia kontrolę szlaków morskich do wschodniej Azji i w kierunku Pacyfiku do USA. Uczestniczenie Japonii w koncercie azjatyckim w roli mocarstwa wymagałoby ogromnej zmiany mentalnej i wojskowej. Jednocześnie bez udziału w nim Japonii nie da się ustanowić koncertu.

W przypadku japońskim zachodzi bardzo interesujący paradoks. Bez ścisłego sojuszu z Japonią USA nie mogą dzierżyć prymatu w Azji. Bez podporządkowania Japonii z kolei Chiny nie uzyskają własnego statusu hegemona w regionie. A zatem Japonia jest w pułapce: im bardziej się boi Chin, tym bardziej zależy od USA. A paradoks polega na tym, że im silniejsze są Chiny, tym mniej Japonia może polegać na Stanach, ponieważ Chiny stają się zbyt wartościowe i niebezpieczne dla żywotnych interesów Ameryki, co może doprowadzić do poświęcenia przez USA interesów Japonii w razie potrzeby. To stwarza dla Japonii sytuację strategiczną nie do utrzymania na dłuższą metę: polegania w zakresie bezpieczeństwa na rywalizacyjnej relacji pomiędzy swoimi dwoma najważniejszymi partnerami gospodarczymi i międzynarodowymi. Eskalacja rywalizacji amerykańsko-chińskiej byłaby dla Japonii katastrofalna. Równie niekorzystna, a nawet katastrofalna, byłaby ścisła współpraca i przyjaźń strategiczna pomiędzy Chinami a USA. Jedynym wyjściem Japonii będzie ucieczka od uzależnienia od Stanów w zakresie bezpieczeństwa i zdolności wojskowych aż po uzyskanie japońskiej broni nuklearnej. To doprowadziłoby do końca sojuszu z USA. I tylko pozornie byłoby to dla nich niekorzystne.

Albowiem wraz ze wzrostem Chin Japonia staje się z każdym dniem większym ciężarem dla USA – wikła Amerykanów w spory japońsko-chińskie oraz utrudnia poszukiwanie porozumienia z Chinami ponad interesami Japonii. Zatem utrzymanie ścisłego sojuszu Stanów z Japonią czyni niemożliwym powstanie koncertu mocarstw w Azji. Chyba że Amerykanie za wszelką cenę chcą zachować hegemonię – wówczas ścisły sojusz z Japonią jest niezbędny. Sama Japonia w sensie teoretycznym nie ma chyba alternatywy. Jeśli bowiem pozostanie klientem USA, będzie uwięziona w dylemacie strategicznym opisanym powyżej, może też wpaść łatwo w pułapkę wahadła przy ostrym przesileniu geopolitycznym w stronę uzależnienia wobec Chin. Niektórzy analitycy wątpią, czy Japonia jest zdolna mentalnie do wielkiej metamorfozy i przeformułowania swojego miejsca w świecie. A bez udziału Japonii nie będzie koncertu mocarstw. Zresztą tak długo jak Japonia pozostaje klientem USA, Ameryka jest zbyt silna dla Chin, by zaakceptować koncert mocarstw w Azji. Sojusz Japonii z Chinami prawie symetrycznie by tę zależność odwrócił. Konkluzja zatem jest następująca: koncert mocarstw powstanie i utrzyma się, jeśli Japonia stanie się bardziej niezależna od USA.

Indie rosną gospodarczo i demograficznie, pozostając jednak znacznie słabsze od pozostałych trzech mocarstw projektowanego koncertu. Niebagatelna jest jednak niezastąpiona rola w oddziaływaniu Indii na basen Oceanu Indyjskiego, który w XXI w. będzie autostradą handlową i surowcową świata oraz drogą mocarstw azjatyckich do Afryki i na Bliski Wschód. Dlatego Indie powinny wejść do koncertu.

Status quo jest nie do utrzymania. Próba jego utrzymania za wszelką cenę przez USA może doprowadzić do wojny światowej

Rosja, choć bardzo by chciała być w układzie mocarstw w Azji, pozostałaby poza koncertem, bo jest w Azji zwyczajnie za słaba i nie spełnia założeń definicji koncertu wyłożonych wyżej. Choć trzeba przyznać, że obecna gra rosyjska nastawiona na rewizję całego ładu międzynarodowego, skupiona wokół kwestii Ukrainy, ma na celu zbudowanie koncertu decydujących mocarstw z udziałem Rosji nie tylko w Europie, lecz także w Azji. Brak Rosji w koncercie azjatyckim po prostu zupełnie nie wpłynie na jego funkcjonalność ani istnienie. Wprawdzie Rosja wydaje się potencjalnie partnerem, który może pomóc USA w rozgrywce z Chinami, jednak trudno przewidzieć jej rolę. Po pierwsze, nie wiadomo, jak silna będzie – ma bezsprzecznie wielkie terytorium, zasoby i wykształcone społeczeństwo, i to pomimo słabości demograficznych. Ale rosyjska gospodarka jest słaba, płytka i bardzo wrażliwa na wahania na rynkach surowcowych i nie stanie się mocarstwem w Azji w najbliższych dekadach. Postępująca słabość wobec Chin i długa z nimi granica będzie czynić Kreml ostrożnym w prowadzeniu proamerykańskiej polityki wobec Chin. W najbliższej sytuacji nie ma wątpliwości, iż Rosja ma w Azji status jedynie silnego państwa średniego. To samo dotyczy innych kandydatów: Korei Południowej, Wietnamu i Indonezji.

Największe wyzwanie

Obecna sytuacja i wybór, przed którym stoją Amerykanie, jest wielkim testem dla politycznych elit w Waszyngtonie. Samo postawienie w ten sposób sprawy kwestionuje ich postrzeganie sytuacji na świecie, dodatkowo wzmocnione w sumie niedawną supremacją USA po zakończeniu zimnej wojny. Amerykanie będą musieli przetrawić nie tylko swoje przywiązanie do Bretton Woods II, konsensusu waszyngtońskiego, MFW i Banku Światowego i własnej roli w Azji oraz w gospodarce światowej, lecz także do kwestii liberalizmu gospodarczego, demokracji i zachodniego rozumienia praw człowieka. Do własnego przekonania, iż są „miastem na wzgórzu” i własnej wyjątkowości oraz roli na świecie. Fundamentalne pytania będą musiały być zadane w sprawie własnych sił zbrojnych i zdolności do projekcji siły w relacji do sił innych mocarstw. Pytania już nie mocarstwa bezsprzecznie dominującego nad wszystkimi, ale jednego z wielu w systemie, nawet jeśli pojedynczo wciąż najsilniejszego. Amerykanie będą zmuszeni do zdefiniowania wąskiej grupy interesów, których nie będą mogli odpuścić, a pogodzić się z wynegocjowaniem innych, których do tej pory strzegli i które uważali za w pełni uprawnione. To bardzo trudna droga dla supermocarstwa, które przed I wojną światową sięgnęło po prymat gospodarczy, nie musząc brać udziału w koncercie mocarstw lub w grze równych graczy w systemie.

Powyższe ćwiczenie się przyda, nawet jeśli nie powstanie formalnie koncert mocarstw w Azji, a Chiny siłą rzeczy, albo, jak to ujął Kissinger, dzięki „niewidzialnej ręce” uzyskają koncesje i nowy status kosztem Amerykanów. Brak stosownej refleksji i dostosowania się może przemienić rodzącą się konfrontację strategiczną w nową zimną wojnę, tym razem amerykańsko-chińską, ta zaś łatwo może przerodzić się w wojnę gorącą. A warto pamiętać, że Chiny są znacznie potężniejsze w relacji do swoich potencjalnych przeciwników, niż były nazistowskie Niemcy czy Związek Sowiecki.

Właściwe podejście to tego problemu to największe globalne wyzwanie nadchodzących lat.

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY MIESIĘCZNIK IDEI, NR 2 (53)/2014, 5 LISTOPADA–2 GRUDNIA, CENA: 0 ZŁ